Biały Jar wciąż niebezpieczny

Kolejna ofiara Białego Jaru.

21 marca minęła 40. rocznica najtragiczniejszej lawiny w polskich górach.
Doszło do niej w Białym Jarze. Na zamknięty szlak weszli rosyjscy i niemieccy turyści oraz polski przewodnik. Zginęło 19 osób.

Tablica „Stop – lawiny”, która zakazuje wjazdu do Białego Jaru w Karpaczu, nie zapobiegła tragedii. Nie pomogły też rozwieszone na słupach taśmy, które odgradzają bezpieczną nartostradę Złotówka od zdradliwego zbocza.

W sobotę, gdy zeszła lawina, te znaki zlekceważyło co najmniej kilku narciarzy i snowboardzistów. Choć zagrożenie lawinowe było wielkie, ryzykowali, by pojeździć w głębokim, świeżym śniegu. Szusowali zboczem Złotówki w Kocioł Białego Jaru jeszcze kilkanaście minut przed wypadkiem. Im się udało, bo nie naruszyli delikatnej struktury śniegu.

Tego szczęścia zabrakło 27-letniemu Szymonowi. Pierwsza wywołana przez niego lawina była niewielka. Jeden z towarzyszących snowboardziście kolegów widział, jak chłopak znika pod śniegiem. To on zawiadomił ratowników GOPR. Zanim jednak dotarli na miejsce, w dół runęły masy śniegu, naruszone przez pierwsze osunięcie. Tysiące ton oberwały się ze żlebu centralnego Białego Jaru i zlały się w zwężającym się gardle. Lawinisko miało ponad 800 metrów długości, 25-30 metrów szerokości, a śniegowe zaspy piętrzyły się na kilkanaście metrów.

Poszukiwania trwały dwa dni. Miejsce tragedii przeszukiwali goprowcy i ratownicy czeskiej Horskiej Sluzby. Pomagali też strażacy. Na miejsce sprowadzono psy nauczone odnajdywania ludzi pod śniegiem.

Początkowo była to akcja ratownicza. Przez pierwsze godziny istniała bowiem nadzieja, że chłopak przeżył pod śniegiem. W sąsiednim Kotle Małego Stawu zdarzyło się już, że zasypany narciarz został uratowany po dziewięciu godzinach. Jednak bardzo zła pogoda i ryzyko ponownej lawiny sprawiły, że ratownicy wycofali się z lawiniska. Wrócili następnego dnia, ale wtedy wiadomo było, że szukają już tylko ciała. Znaleziono je na głębokości trzech metrów. Sondą lawinową wyczuł je jeden z ratowników.

– Chłopak nie miał żadnych szans, by samodzielnie się wydostać. Śnieg był bardzo zbity i twardy – mówi Maciej Abramowicz, naczelnik GOPR. Według ratowników, przed podobnymi zdarzeniami może chronić jedynie rozsądek.

Rafał Święcki – POLSKA Gazeta Wrocławska
www.naszemiasto.pl

Facebook

Dodaj komentarz