Dolnośląski projekt "Miasto dzieci"

Być dorosłym, ale tylko na godzinę, może dwie…Niezwykły dolnośląski projekt, w którym dzieci bawią się w dorosłych, poznając wartość pracy, pieniędzy i troski życia swoich rodziców.

– Nie jest tak źle, tylko igły nawlec nie potrafię – denerwuje się 10-letni Wiktor, który w „Mieście dzieci” pracuje dziś jako krawiec. Liczy minuty do końca zmiany i biegnie do banku po wypłatę. Za 50 wagonów – to jego dniówka – kupi sobie naleśnika i gorącą czekoladę.

W restauracji tłum i ładna blondynka o łobuzerskim spojrzeniu za bufetem ma problem z opanowaniem sytuacji.

– Po co te nerwy, zaraz wszyscy zostaną obsłużeni – pokrzykuje do kolegów w kolejce. Po chwili wzdycha zrezygnowana: – Nie wiedziałam, że tak trudno być dorosłym…

Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej. Stara, nieczynna zajezdnia, zabytkowe lokomotywy, wagony towarowe. Przy wejściu kolorowy baner „Miasto dzieci” i kierunkowskazy jak w centrum prawdziwej aglomeracji: bank, krawiec, restauracja, szpital, urząd. Każda instytucja to inny wagon, w każdym gwar i śmiechy dzieci.

– Złamałam rękę, więc jestem na zwolnieniu lekarskim i nie pracuję – mówi 11-letnia Magda i puszcza do mnie oko. – To tak na niby, ale przecież dorośli też nieraz udają, że są chorzy. Marta miała dziś pracować w ogrodnictwie. Przyznaje, że nie lubi plewić kwiatów, ani układać bukietów.

– Jutro będę bankowcem, wiec na pewno się przez noc wyleczę – mówi rozbrajająco szczerze.

Katarzyna Szczerbińska, pracownik muzeum i koordynator projektu „Miasto dzieci”, cieszy się, że dzieci bardzo szybko odnalazły się w nowej sytuacji.

– Pracują tu we wszystkich ważnych zawodach, załatwiają sprawy urzędowe, robią zakupy i muszą zarobić, by kupić obiad czy deser. Dzięki temu poznają wartość pieniędzy, choć nasze papierowe wagony mogą wydać tylko tutaj. Mimo to, wiedzą, że rodzice na każdą złotówkę muszą ciężko pracować i przekonują się, jak ważne jest to, by swoją pracę lubić – dodaje.

Z wagonu „Szpital” dochodzą głośne krzyki.

– Mówię, że jest pan chory, to proszę mnie słuchać, ja tu jestem lekarzem! – pokrzykuje 11-letnia Ola.

Ładna, z burzą gęstych włosów i rozbrajającym uśmiechem, który najwyraźniej nie działa kojąco na pacjentów. Ubrana w biały fartuch, ze stetoskopem na szyi, wygląda bardzo poważnie. Stara się być troskliwa i spokojna, ale widać, że trudno jej się opanować.
– Co za uparci ludzie – mówi o kolegach. – Nie słuchają się i w dodatku zachowują się, jakby byli mądrzejsi od lekarza – narzeka.

– A mnie się podoba i jak dorosnę, to zostanę lekarzem. Można dużo zarobić – mówi 6-letni Kacper, chirurg. – Fajne jest bandażowanie na niby złamanych rąk – twierdzi.
Zachowuje się fachowo, mówi powoli, tylko jak coś mu nie wychodzi, skacze w miejscu i denerwuje się na siebie.

– W sumie to nic trudnego być dorosłym, nie wiem, dlaczego rodzice tak narzekają – dodaje, uśmiechając się, by po chwili machać rękoma, wypraszając mnie ze szpitala. – Na dziś skończyłem pracę i idę do banku po pieniądze – tłumaczy. Zdejmuje fartuch i ustawia się w kolejce przed „Bankiem”

W środku widać skupionych strażników miejskich.

– Pilnujemy, by nikt banku nie okradł – tłumaczy 10-letni Michał, jeden z nich. – Szkoda tylko, że broni nie mamy, przecież teraz tylu przestępców. Wtedy nikt by nam nie podskoczył – opowiada, machając plastikową pałką, by dodać sobie powagi.

Dla Michała wakacje w „Mieście dzieci” to najfajniejsza rozrywka. Nigdzie w tym roku nie pojedzie. Jego i trójkę rodzeństwa wychowuje tylko mama, w domu brakuje pieniędzy. O projekcie usłyszał od znajomego z podwórka, potem zobaczył w mieście kolorowy plakat, więc przyszedł zobaczyć i został. Inne dzieci trafiły tu podobnie. Przyjechały z całej okolicy, jedne na dzień, dwa, inne spędziły tu blisko dwa tygodnie.

– Na ziemię! Spokojnie, ręce przy sobie! – krzyczy w banku kolega Michała. Wyraźnie naoglądał się za dużo kryminalnych seriali.

Nikt na niego nie zwraca uwagi, bo wszyscy chcą jak najszybciej otrzymać wypłatę. Każde dziecko oddaje bankierowi kartę pracy i dostaje wypłatę. Po 50 wagonów. Niektóre cieszą się z zarobionych pieniędzy, ale są i wyraźnie rozczarowani.

– Kurcze, dwie godziny pracy i tak mało. Starczy mi tylko na naleśnika i batona, a chciałem jeszcze kiełbaskę – marudzi jeden z chłopców.

– Jak ci mało, to zostań w pracy po godzinach, na drugą zmianę – odpowiada mu kolega. To Patryk. On po południu będzie pracował. Tym razem jako strażak.

– Rano byłem barmanem, więc teraz dla odmiany będę gasił pożary – mówi. Tłumaczy, że liczy od razu na wysokie stanowisko, bo należy do ochotniczej straży pożarnej.

– Myślę, że od razu awansuję na komendanta, a to przecież dobrze płatne zajęcie – dodaje.

Wszystkiemu przysłuchuje się jego mama. Jest zadowolona z wakacji syna. Cieszy się, że chłopak na własnej skórze przekonał się, ile warte są pieniądze. To lepsza nauka niż mówienie na ten temat. Nie kryje, że jest dumna z Patryka, bo nie spodziewała się, że będzie pracować na dwie zmiany, a pieniądze zarobione w „Mieście dzieci” sprawią mu tyle radości.

– Syn powiedział mi dziś, że przez całe dwa tygodnie nie chce ode mnie ani złotówki, bo sam sobie na słodycze i lody tutaj zarobi – mówi zadowolona.

Zza jej pleców wyskakuje uśmiechnięty chłopiec. Wyraźnie chce włączyć się do rozmowy. – A ja tam zostanę burmistrzem – krzyczy.

To Dawid, który całe przedpołudnie lepił gliniane garnki. Mimo fartucha, cały upaćkany jest w glinie.

– Fajnie było, ale, wie pani, bycie burmistrzem to lepsza fucha – przekonuje dwunastolatek. – Nic nie trzeba robić, nawet specjalnej szkoły nie trzeba kończyć. A samochód się dostaje, wypasioną komórkę…

Rozmarzonemu Dawidowi przysłuchują się dwie trzynastolatki. Są dziś dziennikarkami i tropią nieprawidłowości. Już zauważyły, że sprzedawane w barze naleśniki miały za mało słodkiego nadzienia, a w pracowni biżuterii zginęło kilka koralików. Ale to nic w porównaniu z tematem politycznym.

– Burmistrza, który nic nie robi, to my opiszemy na okładce naszej gazetki. To świetny temat – mówią.

Katarzyna Szczerbińska biega między wagonami zmęczona, ale uśmiechnięta. Mówi, że „Miasto dzieci” to pierwszy taki projekt w Polsce, że wiele było znaków zapytania, mało pieniędzy, ale mimo to, wszystko się udało.

– Najważniejsze, że dzieci są zadowolone i chcą tu przychodzić – podkreśla pani Katarzyna. – Jestem pewna, że teraz, biorąc pieniądze na lody od mamy, zastanowią się, ile musiała na nie pracować, a idąc do lekarza, nie zrobią histerycznej sceny, bo przekonały się na własnej skórze, jak to w pracy przeszkadza. A przecież o edukację przez zabawę tu głównie chodzi – dodaje.

Organizatorzy „Miasta dzieci”uważają, że projekt się udał i myślą nad tym, by go powtórzyć w przyszłym roku.

Ma on opierać się, podobnie jak tegoroczny, na pracy dorosłych wolontariuszy, przedstawicieli różnych zawodów, którzy pokazują dzieciom swój dorosły świat.

Małgorzata Moczulska – POLSKA Gazeta Wrocławska
www.naszemiasto.pl

Facebook

Dodaj komentarz