Duch Gór

Przemysław Wiater

Karkonoski Duch Gór – rozpowszechnienie pewnej legendy

Legendarnym władcą Karkonoszy i Gór Izerskich jest Duch Gór; najczęściej zwany przez Niemców Rübezahlem, u Czechów Krakonošem lub Panem Janem, a Polacy określali go niezbyt właściwie jako Liczyrzepę, Skarbnika Ryfejskiego, Rzepolicza lub Rzepióra. Sława karkonoskiego Ducha Gór od średniowiecza szeroko rozpowszechniła się w Europie. Legendy o nim rozpowszechniali ludzie czerpiący z bogactw pochodzących z jego królestwa: dawni walońscy poszukiwacze skarbów, minerałów i kamieni szlachetnych, hutnicy szkła, zielarze-laboranci oraz zamieszkali w Karkonoszach twórcy.

Walonowie

W średniowiecznej Europie Walonowie, którzy zamieszkiwali tereny leżące na pograniczu dzisiejszej Belgii i Francji, byli uznanymi specjalistami, poszukiwaczami minerałów i kamieni szlachetnych. Podczas swoich wędrówek Walonowie zainteresowali się zasobnymi w bogactwa mineralne Sudetami Zachodnimi.

Walonowie swoje znaleziska spisywali w księgach walońskich. Były to zazwyczaj krótkie, częściowo szyfrowane notatki i instrukcje przeznaczone dla poszukiwaczy skarbów. Na ich kartach wielokrotnie pojawia się postać karkonoskiego Ducha Gór. W należącej do najstarszych „Trutnowskiej Księdze Walońskiej”, pochodzącej przypuszczalnie z 1466 r., znajduje się następujący fragment:
„Blisko Zamku Wieczornego jest skalny mur, który znany jest tylko nielicznym ludziom. Tam jest Duch, który powszechnie zwany jest Rüben Zahl.”

Na dawnych rycinach przedstawiano Walonów jako postawnych, częstokroć obdarzonych bujnym zarostem mężczyzn, odzianych w spodnie do kolan i kubraki, w okrągłych filcowych czapkach, kapturach bądź kapeluszach. W odnalezieniu pokładów kruszcu pomagała im umiejętność obserwacji przyrody, koloru ziemi, przebiegu żył wodnych oraz wieloletnie doświadczenie. Na wyprawy, oprócz kilofów i łopat, zabierali różdżki, wahadełka, zwierciadła czy piony, które niezawodnie miały wskazywać najwłaściwsze miejsca poszukiwań.

Wydaje się, że Walonowie nie osiedlali się w Karkonoszach na stałe, być może aby przez swoją obecność nie zdradzić postronnym sekretu istnienia bogatych złóż. Przebywali natomiast w Starej Wsi Szklarskiej – najstarszej części Szklarskiej Poręby i wskazywali hutnikom miejscowe złoża kwarcu. Pierwsza huta szkła wymieniona jest w dokumencie z dnia 7.08.1366 r. jako „od dawna już znajdująca się w Szklarskiej Porębie”, a ulokowana była przypuszczalnie obok skrzyżowania ul. Piastowskiej z Wiejską. Z czasem rozwinęła się wieś z nie zachowaną dziś kaplicą pielgrzymkową na Orlej Skale, w której znajdował się cudowny obraz Matki Boskiej. Poniżej powstała karczma i wyrosła „lipa sądowa”- miejsce, gdzie wójt stanowił lokalne prawo.

Szczególne znaczenie miał pobliski Chybotek – granitowy, łatwo dający się rozkołysać olbrzymi głaz, który według legend miał zamykać dostęp do ukrytych skarbów i uważany był za miejsce, z którego Walonowie po odbyciu stosownych obrzędów, rozpoczynali swoje wyprawy.

Walonowie odkryli w Karkonoszach i Górach Izerskich złoto, miedź, rudy żelaza, kryształ górski, ametysty, piryty, granaty, opale, szmaragdy, a przede wszystkim największe w Europie złoża kwarcu. Zapewne Walonowie nie czuli się zbyt pewnie w mało znanych, nieprzystępnych terenach. Zadomowiona tutaj postać karkonoskiego Ducha Gór kojarzona była przez nich z groźnym strażnikiem podziemnych skarbów. Nie trudno zrozumieć, jaki lęk w ciemnym, oddalonym od siedzib ludzkich lesie budził każdy szelest czy odgłos, który zwiastować mógł nadejście groźnego karkonoskiego władcy. Na walońskich poszukiwaczy czyhało też wiele realnych zagrożeń, tak ze strony zmiennej górskiej aury, jak trudnego, nieznanego terenu, dzikich zwierząt i zawistnych ludzi. O wielkiej liczbie występujących na tym terenie niedźwiedzi świadczy fakt, że w XVII w. odstrzał niedźwiedzia był tańszy od odstrzału rysia, a jeszcze w drugiej połowie XVIII w. w lasach Gór Izerskich urządzano masowe łowy na tego zwierza. Jednocześnie jednak sami walońscy poszukiwacze skarbów wędrując po Europie podsycali panującą wokół gór atmosferę obaw i strachu. W swoich opowieściach przywoływali postać karkonoskiego władcy, co tym skuteczniej chroniło przed niepowołanymi ich mineralogiczne znaleziska.

Hutnicy szkła

W średniowiecznej Europie Karkonosze i Góry Izerskie były miejscem doskonale nadającym się do produkcji szkła. Zaletami regionu były ustronne położenie, zasobne w lasy dające niezbędny opał i popiół ze spalania drzew liściastych – tak zwany potaż, jeden ze składników z którego powstaje masa szklana. Z górskich potoków czerpano niezbędną przy produkcji szkła wodę. Duże znaczenie miały zlokalizowane tutaj przez walońskich poszukiwaczy bogate złoża kwarcu.

Hutnicy, podobnie jak i Walonowie, skrzętnie chronili tajemnice swojego fachu, gdyż wyroby ze szkła należały w średniowiecznej Europie do przedmiotów luksusowych. Działali, gromadząc się w niewielkie zespoły wytwórcze i zakładając swego rodzaju wspólnoty rzemieślnicze. Budowali niewielkie piece hutnicze, lokując je w odludnych miejscach, żeby nie zdradzać sekretów produkcji przed niepowołanymi. Po dokonaniu wytopu i podziale wykonanych przedmiotów, hutnicy rozchodzili się, aby sprzedawać swoje wyroby. Zapewne opowiadali przy tym o karkonoskim Duchu Gór.

Dawni szklarze stanowiska, w których zakładali huty otaczali legendami, tak aby niepowołanych utrzymywać z dala od miejsc ich pracy. Przykładem takich praktyk, mających na celu odstraszenie postronnych obserwatorów, były historie rozpowszechniane wokół jednej z najstarszych hut szkła w Karkonoszach, która znajdowała się w Piechowicach -Cichej Dolinie. Ustronnie położona huta działała w porośniętym gęstym lasem wąwozie, pomiędzy wzniesieniami Młynnik i Trzmielak oraz Sobiesz, do którego prowadziła „Ścieżka zadżumionych”. Nie można wykluczyć, że nazwa ścieżki powstała w okresie wielkiej epidemii dżumy, zwanej „Czarną Śmiercią”, która szalała w Europie od 1348 r. Choroba ta pochłonęła co najmniej dwadzieścia pięć procent ludności kontynentu i wydawała się być biczem Bożym karzącym za grzechy. Tak więc już sama nazwa ścieżki musiała napawać strachem mieszkańców Karkonoszy. Cicha Dolina była miejscem, w którym pojawiać się też miały nocne pochody szkieletów czy postać mężczyzny bez głowy. Dawne przekazy wzmiankowały w Cichej Dolinie istnienie kaplicy, którą wybudowano po zakończeniu pracy średniowiecznej huty szkła. Kaplica miała zapewne za zadanie odpędzać zadomowione tutaj złe moce, które strzegły tajemnic karkonoskich szklarzy.

Zielarze – laboranci

Trzecią grupą penetrującą w dawnych czasach Karkonosze i Góry Izerskie byli „laboranci” – poszukiwacze i wytwórcy ziołowych medykamentów. Legendarny początek kręgowi śląskich „laborantów” dali rozczarowani oficjalną nauką studenci medycyny uniwersytetu w Pradze. Pojawili się w górach i przy współpracy z miejscowymi zielarzami podnieśli lecznicze wykorzystanie tutejszych roślin do wyżyn medycznej doskonałości. „Laboranci” zajmowali się nie tylko zbieraniem, przygotowywaniem leków i ich sprzedażą, ale też czasem nielegalnymi praktykami lekarskimi. Głównym miejscem sprzedaży ziołowych medykamentów były jarmarki i odpusty oraz handel domokrążny. Do ogromnej popularności leków przyczyniła się legenda otaczająca od wieków Karkonosze – siedzibę Ducha Gór.

W drugiej połowie XVII w. M. J. Praetorius w zbiorze „Znane i nieznane historie o karkonoskim Duchu Gór” zamieścił wiele legend dotyczących zielarzy i postaci karkonoskiego władcy. W jednej z nich pisał:
Duch Gór nie pozwala ograbić swego ogrodu.

Pewnego razu czterech Walończyków [ Walonowie zajmowali się również zielarstwem – przyp. P.W.] poszło do Krebsa [laborant z Piechowic – przyp. P.W.], który mieszka pod górami i prosili go, żeby zechciał z nimi pójść w góry. Obiecali przy tym postępować według jego woli. Krebs zapytał ich, czego zamierzają szukać w górach. Odpowiedzieli, że chcą korzeni i szlachetnych kamieni, między innymi także prawdziwego korzenia mandragory. Krebs powiedział im i sumienie ich ostrzegł, żeby szukali czego chcą, ale korzeń mandragory mają zostawić w spokoju, ponieważ Pan Gór, jeśliby miał ów korzeń, to zostawi go dla siebie. Nie da go nikomu innemu, prócz tego, komu zechce go dać. Odpowiedzieli, że to właśnie z powodu korzenia mandragory wybrali się w tak daleką podróż i zamierzają poważyć się na to na własne ryzyko i odpowiedzialność. Krebs ostrzegł ich jeszcze raz sumiennie, lecz nie chcieli go słuchać. Kiedy później jeden z nich wziął motykę i uderzył nią pierwszy raz w ziemię, wtedy upadł, stał się czarny jak węgiel i natychmiast skonał. Trzej pozostali tak się przestraszyli, że uwierzyli Krebsowi, który ich przecież ostrzegał. Wtedy poszli z nim szukać innych kamieni szlachetnych, a swego dobrego kompana pochowali”.
„Laboranci” podtrzymywali ten mit obierając sobie za patrona karkonoskiego władcę, niejednokrotnie jego podobiznami ozdabiając zielarskie kramy. Duch Gór bywał określany przez nich jako „Wurzelmann”, czyli „korzennik” – najbardziej wtajemniczony w leczniczą skuteczność karkonoskich ziół.

Z 1690 r. zachował się opis śląskiego „laboranta”:
„Wysoki, ubrany cały na zielono, miał na głównie ogromny wieniec z różnorodnych ziół i równie ogromną brodę. Wokół szyi wisiały mu żywe żmije; dawał się on im kąsać po rękach aż do krwi, by następnie pokazywać moc leczniczą żmijowego sadła, którym smarował świeże ukąszenia. Miał różne zioła. chodziły wieści, że nawet posiadał środki na odczynienie uroków.”
Co zrozumiałe „laboranci” starli się ukrywać przed niepowołanymi miejsca swoich poszukiwań i tajniki produkcji karkonoskich medykamentów.

Duch Gór i karkonoscy twórcy

Od XVI w. Duch Gór zaczął się pojawiać w krążących po Europie różnego rodzaju opisach Śląska, Karkonoszy i Gór Izerskich.

Postać ta stała się twórczą inspiracją dla wielu pokoleń literatów i artystów. W przedstawieniach Ducha Gór dominowały dwa nurty: tradycyjny-baśniowy oraz symbolizujący karkonoskiego władcę jako uosobienie sił natury. Z upływem czasu zaczęto go przedstawiać jako zamyślonego wędrowca, najczęściej z maczugą lub kosturem jako symbolem władzy, wiecznie przemierzającego karkonoskie królestwo. W trudnych chwilach dobrym ludziom niósł pomoc, lecz złym potrafił dotkliwie zaszkodzić. Po czeskiej stronie spotykano go najczęściej dobrotliwie kurzącego fajkę, w otoczeniu ptaków i zaprzyjaźnionych zwierząt leśnych.

W 1828 roku karkonoski Duch Gór stał się tematem obrazu wybitnego malarza epoki niemieckiego romantyzmu Moritza von Schwind, który przechowywany jest obecnie w monachijskiej Schack Galerie. Karkonoski władca przedstawiony został pod postacią brodatego mnicha z maczugą, samotnie wędrującego przez ciemny bór. O sile oddziaływania legendy świadczy fakt, że monachijski malarz, który sportretował Ducha Gór sam nigdy nie odwiedził Karkonoszy. Jednak wizja Moritza von Schwind tak mocno utrwaliła się, że jest po dziś dzień powielana w różnych technikach malarskich, graficznych czy rzeźbiarskich. W Kotlinie Jeleniogórskiej postać karkonoskiego władcy według monachijskiego pierwowzoru wykuto między innymi nad wejściem do głównego budynku poczty w Jeleniej Górze przy ul. Pocztowej. Dzierżąc w rękach pióro „monachijski” Duch Gór jest też symbolem na stronie tytułowej „Dwutygodnika szklarskoporębskiego”.

Z upływem lat karkonoski Duch Gór stawał się coraz bardziej pogodny i łaskawy, choć nie stracił nic z legendarnej mocy. Postać karkonoskiego władcy od końca XIX w. była bardzo popularna, tak za sprawą bogatej literatury, jak i teatralnych przedstawień, a nawet oper, których był bohaterem. Należy wspomnieć, że sama tylko dziewiętnastowieczna bibliografia dotycząca Ducha Gór zawiera około tysiąca tytułów. W 1904 r. w Szklarskiej Porębie Średniej powstała nieistniejąca dziś „Sagenhalle” – „Hala Baśni” z cyklem ośmiu wielkoformatowych obrazów przedstawiających Ducha Gór ukazanego jako uosobienie sił natury. Autorem obrazów był Hermann von Hendrich, jedna z czołowych postaci dawnej kolonii artystów w Szklarskiej Porębie. Władca Karkonoszy ukazany został jako tuman mgły na górskiej grani, śpiący olbrzym zamieniony w skałę, błysk pioruna w Śnieżnych Kotłach czy deszczowa chmura nad Wielkim Szyszakiem… Do malowniczo położonej „Halę Baśni” przybywały corocznie dziesiątki tysięcy zwiedzających.

Carl Hauptmann był wybitnym filozofem i literatem, miłośnikiem Karkonoszy, autorem korekty literackiej niemieckojęzycznego tłumaczenia powieści Władysława Reymonta „Chłopi”. W wydanym w 1915 r. cyklu baśni o karkonoskim Duchu Gór pisał:
„Rzepiór od pradawnych już czasów pojawia się w tysiącach postaci żywych i nieożywionych. Mknie on w przestworza niczym jeździec na wietrze, choć przed momentem ledwie stał na drodze w postaci nieruchomego głazu. Albo jak mysz znika w szparze w podłodze, by po chwili w jakiejś opuszczonej chacie wycinać podskoki w tańcu z córką pasterza i pokrzykiwać i jodłować na całe, ochrypłe gardło.
Także określenia „stary” czy „młody” w żadnym stopniu nie mogą go opisać. Tajemniczości dodaje mu i to, że żaden człowiek nie jest w stanie powiedzieć czym, czy też kim właściwie jest ów Duch Gór …”

Również po II wojnie światowej karkonoski Duch Gór stał się twórczą inspiracją dla licznych artystów i literatów: Henryka Wańka, Pawła Trybalskiego, Eugeniusza Geta – Stankiewicza, Tadeusza Różewicza, Urszuli Broll, Andrzeja Jarodzkiego, Macieja Wokana czy Beaty Kornickiej – Koneckiej.

Wizerunek karkonoskiego Ducha Gór powstał w charakterystycznym dla śląskiego obszaru zagmatwanym, wielowarstwowym krajobrazie kulturowym. Niezależny, często przewrotny w swych działaniach, surowy, lecz sprawiedliwy – pozostaje legendarnym władcą ludzi i przyrody, a wszyscy jesteśmy tylko gośćmi w jego karkonoskim królestwie.

Facebook

0 odpowiedzi do “Duch Gór”

  1. Ups, przepraszam, pomyłka w dacie powstania wizerunku karkonoskiego Ducha Gór, którą błędnie podałem za Wielką Encyklopedią Powszechną PWN, hasło: Moritz von Schwind.
    Prawidłowo powinno być 1859 r.

Dodaj komentarz

Duch gór

Jego legenda narodziła się ponad 1000 lat temu u źródeł Łaby, ale w X w. cały obszar powyżej Vrchlabi uważano za jej źródło (vrch-Labi), bo dalej nie dotarło jeszcze osadnictwo. Dopiero od XII w. zaczęto te źródła lokalizować coraz wyżej. Personifikowanie sił przyrody jest wspólną cechą wszystkich pierwotnych wierzeń, obrzędy religijne odbywały się zwykle na najwyższych wzniesieniach lub u źródeł wielkich rzek. W przypadku kilku największych rzek takie uroczystości mają miejsce i dziś (np. Ganges i Nil).

Od najdawniejszych czasów ludzie mieszkający nad Łabą wędrowali w 2. poł. czerwca w górę rzeki i aż do XIX w. składali ofiary z czarnych kogutów. Był to kult Światowida, czczonego przez całą północną słowiańszczyznę. Po wprowadzeniu chrześcijaństwa w Czechach uznano, że dobrym patronem katedry w Pradze będzie św. Wit, bo po czesku svaty Vit brzmi prawie identycznie, jak Svatevid. Dodatkowo do walki z pogańskim kultem wykorzystano postać św. Jana Chrzciciela, czczonego dokładnie w czasie przesilenia wiosennego (24 VI) i patrona od powodzi. Dlatego też najstarsze znane z czeskich źródeł pisanych imię Ducha Gór jest chrześcijańskie (Dominus Johannes). Dokumenty te pochodzą jednak dopiero z pocz. XVII w. Dlatego też św. Jan stał się patronem uzdrowiska Janskě Lázně i kościoła w Cieplicach. Przez wiele lat panowało przekonanie, że kto pod koniec czerwca napije się tam wody, weźmie kąpiel, to nie zachoruje, a jeśli chory, to wyzdrowieje. Ciągną tam tłumy, są przypadki połamanych kończyn, zatratowania i dlatego pojawiają się tam klasztory i duchowni próbują pod starą pogańską formę narzucić nową, chrześcijańską treść. Natomiast czarny kogut staje się atrybutem św. Wita, jednak tylko w ikonografii Czech i Śląska.

W XVI i XVII w. duch Karkonoszy staje się tematem rozpraw pseudo-naukowych, w których powszechnie kwalifikuje się go do kategorii złych duchów, diabłów i szatanów. Pisze o nim nawet Schwenckfeldt: nie zrobi nikomu krzywdy, chyba że ktoś się zeń śmieje, drwi lub pragnie go ujrzeć, wtedy napełnia powietrze nagłą, nieoczekiwaną burzą, grzmotami, błyskawicami, gradem i ulewą. Dodaje jednak: choć wielokrotnie byłem w tych górach i schodziłem je wzdłuż i wszerz, a nawet noce w nich spędzałem, to jednak niczego podobnego nie spotkałem. Pojawiają się jego nazwy: Rubenzagel, Rübenzabel, Rubenzal, a nawet Ruppert Jahn. Najbardziej rozpowszechnia się w języku niemieckim Rübezahl. Imię to przetłumaczone na polski przez Stanisława Bełzę (W Górach Olbrzymich, Kraków 1898) i Józefa Sykulskiego (Liczyrzepa, zły duch Karkonoszy, Jelenia Góra 1945) niefortunnie na Liczyrzepę zdobyło sobie rozgłos. Nazywano tak (czasem do dziś) hotele, schroniska, narciarskie trasy zjazdowe, przez ponad 20 lat działała dolnośląska gra liczbowa liczyrzepka, obecnie starosta jeleniogórski wręcza co roku statuetki Liczyrzepy jako nagrody w dziedzinie turystyki. Tymczasem trzeba sięgnąć do średniowiecznej niemczyzny: Rübe mogło powstać od Rabe, oznaczającego kruka lub od Riph – góra, skała. Z kolei Zahl to dawniej ogon lub korzeń, natomiast Zabel oznaczało kiedyś diabła. Nie powinien zatem dziwić najstarszy wizerunek Ducha Gór z mapy M. Hellwiga, z 1541 roku: korpus i głowa gryfa, rozłożyste rogi jelenia, nogi capa, ogon, a w pazurach, laska (berło?). Podobnie jest przedstawiany na kilku późniejszych mapach.

Nie wiemy, jakie imię nosił przed XVI-XVII w. karkonoski Duch Gór i czy w ogóle nosił, bo przecież aż do okresu renesansu budził powszechny strach. Po pojawieniu się Śląskiej Drogi doszło do „wyeksportowania” jego mitu na śląską stronę gór. Może Walończycy i inni cudzoziemcy dołożyli doń trochę własnych legend i tradycji, także później górnicy, drwale, szklarze, laboranci i pasterze. W XVII w. trafił on do literatury: ukazało się w sumie 241 legend o nim w 3 wydaniach (Johannes Praetorius: Daemonologiae Rubinzahli Silesi. Lipsk 1662-1672) i zdobyły one sobie uznanie. Wielkie laury literackie zdobył w XIX w. w czasach romantyzmu, wtedy zostaje utrwalona mylna interpretacja jego imienia, piszą o nim wielcy pisarze niemieccy i czescy. Czesi nazywają go jednak po prostu Karkonoszem, w ten sposób widać wyraźnie skąd te legendy pochodzą, bo w XIX w. zaczęto dla potrzeb turystycznych wymyślać opowieści o Liczyrzepie i w innych rejonach Sudetów (np. na Szczelińcu). Karkonosz przedstawiany jest podobnie, jak niemiecki Rübezahl w XIX w.: jako stary, ale muskularny mężczyzna z długą brodą i włosami, czasem w stroju myśliwego i z kosturem w dłoni. Jest jeszcze inne jego polskie imię, bardziej ludowe: Rzepiór, ale też nawiązuje niefortunnie do rzep. Zygmunt Bogusz Stęczyński w swym poemacie Śląsk nazywa go Rzepoliczem.

Karkonosz – Rübezahl trafił też do dzieł muzycznych: występuje w ok. 15 utworach, w tym w 5 operach (m. in. Carla Marii Webera), z których dziś grywana jest chyba tylko jedna, czeskiego kompozytora J. Razkošnego pt. Krkonoš.

Od 2 poł. XIX w. mitem Karkonosza zajęli się naukowcy, do dziś powstało ponad 200 prac naukowych (w tym doktorskich i habilitacyjnych) na jego temat.

Facebook

Dodaj komentarz