Inwazja szkodników na dolnośląskie lasy

Jeszcze kilka lat wrocławski ogród zoologiczny był jednym z nielicznych miejsc na Dolnym Śląsku, gdzie można było podziwiać żywego jenota, szopa pracza lub piżmaka. Dzikiej przyrodzie naszego regionu zwierzęta rodem z Dalekiego Wschodu i Ameryki Północnej były nieznane.
Pochodzący z dalekiej Azji jenot szybko zaaklimatyzował się w lasach naszego regionu.

Teraz przy odrobinie szczęścia można się na nie natknąć, spacerując po lasach lub w pobliżu zbiorników wodnych.

To efekt działalności człowieka. Zwierzęta sprowadzono do Europy w celach hodowlanych. Z farm zaczęły jednak uciekać lub były wypuszczane, ze względu na brak popytu na futra. Jenoty przywędrowały na Dolny Śląsk ze wschodnich rejonów Polski, szopy z Niemiec, a piżmaki z okolic czeskiej Pragi. W nowych warunkach, gdzie nie mają zbyt wielu naturalnych wrogów, szybko się zaaklimatyzowały. Budzi to uzasadniony niepokój przyrodników.
– Pojawienie się w dolnośląskich lasach jenotów i szopów praczy sprawiło, że znacznie zmniejszyła się populacja wielu gatunków ptaków, gadów i płazów. Niektórym grozi nawet wyginięcie w naszym regionie – przyznaje Radosław Ratajszczak, dyrektor wrocławskiego ogrodu zoologicznego. – Piżmaki dla odmiany niszczą wały przeciwpowodziowe, w których drążą korytarze.

Największym problemem dla przyrodników są obecnie jenoty. Pojawiły się u nas jako pierwsze i jest ich najwięcej. Według leśników i myśliwych są bardziej niebezpieczne niż lisy. W poszukiwaniu pożywienia są dokładniejsze i nic nie umknie ich uwadze. Mimo że importowany drapieżnik nie podlega ochronie, zmniejszenie jego populacji jest niezwykle trudne.

– Na zimę zaszywa się w norach i zapada w sen – tłumaczy Tadeusz Ćwieluch, leśniczy z Wałbrzycha. – Przesypia zatem okres łowny, a wiosną i latem jest pod ochroną, bo rodzi i wychowuje młode. I koło się zamyka.

Pojawienie się w wyniku ingerencji człowieka nowych gatunków zwierząt może mieć katastrofalne skutki również dla nich samych.

Przyrodnicy podają przykład zasiedlenia Dolnego Śląska muflonami. Rozmnażając się przez wiele lat w ramach tego samego stada, samce zaczęły cierpieć na chorobę genetyczną. Ich zawinięte rogi zamiast równolegle do pyska, wrastają w kark i powodują śmierć w męczarniach. Z pomocą naukowców z Instytutu Biologii Akademii Pedagogicznej w Krakowie, podjęto próbę ratowania zwierząt. W ubiegłym roku sprowadzono w Góry Stołowe 180 muflonów ze Słowacji, aby przemieszać chorujące stado.

– To dowód, że człowiek nie powinien ingerować w prawa natury – mówi Ratajszczak. – Wypuszczając nowe gatunki zwierząt na wolność, ludzie po prostu zaśmiecają przyrodę.

Artur Szałkowski – POLSKA Gazeta Wrocławska
www.karpacz.naszemiasto.pl

Facebook

Dodaj komentarz