Gołębiewski Karpacz opinie

Spotkanie z zimą, halnym i Gołębiewskim w Karpaczu

Zdążyłem na spotkanie z zimą w Karkonoszach. Zmarznięty śnieg chrupał mi pod butami już w pierwszej wędrówce niebieskim szlakiem na Polanę. Za „(powitanie) w Karkonoskim Parku Narodowym” opłata ulgowa dwa i pół złotego. Kiedy byłem u celu, zerwała się wichura i towarzyszyła mi przez cały powrót aż do Wangu. Natura za to wynagrodziła mnie słońcem. Niestety, marzenie powrotu z Polany zielonym szlakiem nie spełniło się. Szlak zasypany śniegiem. Nikt go nie przetarł. Ja też się nie odważyłem.

Wiatr na Polanie to zapowiedź halnego. W nocy podniósł temperaturę i śnieg ginął w oczach. Ale jest go jeszcze tak wiele, że wystarczy chyba do Wielkanocy. Oczywiście, wysoko w górach. Następnej nocy znowu dosypało.

Wszystko mi pasuje – powrót zimy, na ziemi śnieg, na niebie słońce i odwiedziny przyjaciół, a z nimi wizyta u Gołębiewskiego. Jesteśmy w hotelu. Podłoga holu recepcyjnego ze szlifowanego granitu z mozaikowymi dekoracjami, na ścianach wielkie tafle (szklane?) z wzorami przekrojonych agatów, skarbów Sudetów. Przy wejściu akwarium z egzotycznymi rybami. Wymyślne, bogato zdobione żyrandole.

Folder hotelowy mówi, że jestem w Gołębiewskim i tu skorzystać mogę z „usług hotelarskich” (wszystko po to, by był niższy VAT?). Z moimi gośćmi zasiedliśmy w kawiarni, w skórzanych fotelach przy marmurowych stolikach. Oświetlenie z kilku zwisających, wielowarstwowych kryształowych żyrandoli. Sufit to szklana piramida. Ściany kawiarni od podłogi do szklanego dachu w zieleni. W parterze też dużo wyszukanej zieleni, wielokolorowe fontanny, wspaniale oświetlona kaskada wodna. No i koncert fortepianowy. Piliśmy gorącą czekoladę z rumem i śmietaną, herbatę z cytryną i różą oraz zawsze dodawanym herbatnikiem firmy Tago, też Gołębiewskiego.

Ponadto na parterze: potężna restauracja, baseny z wodnymi atrakcjami, SPA, bawialnia dla dzieci i wielobranżowy butik. Obsługa bardzo serdeczna i przyjazna, tolerancyjna. Od niej dowiedziałem się wszystkiego, co mnie interesowało. W recepcji do dyspozycji gości wiele materiałów informacyjnych i promocyjnych. Zebrałem tego dużo, może się przyda znajomym. Mogłem przemieszczać się windami – na drugie piętro do restauracji: czerwonej, zielonej i staropolskiej, na piętro ósme, aby podziwiać szerokie korytarze i hole w kolorowych, dywanowych wykładzinach. Dla kogo półtora tysiąca miejsc w restauracjach? Może usłyszę o Karpaczu – mieście kongresowym, u Gołębiewskiego.

A teraz architektura hotelu, tak krytykowana w „Polityce” Nr 8 „Arcydzieła i arcymaszkary”. Pisze Piotr Sarzyński i jako maszkarę na pierwszym miejscu stawia hotel Gołębiewski w Karpaczu. Za „Polityką” powtarzają „Nowiny Jeleniogórskie” Nr 9; Kos pisze: „Gołębiewski uznany arcymaszkarą XX – lecia”.

A ja się z tym nie zgadzam! Też kocham góry i wcale mi nie przeszkadza w tym miejscu Karpacza hotel. Odwrotnie, w swojej architekturze nawiązuje do widoku gór, szaro – biała elewacja jak szare skały zimą pokryte płatami śniegu. Cały budynek – choć duży – jest zróżnicowany przestrzennie. Pewne części wysunięte, inne tworzą coś na kształt baszt, zwieńczonych dachami o kształcie ściętych stożków. To jakoś nawiązuje do górskich wierzchołków (choć takich w Karkonoszach mało). Część górnych pięter utrzymana w stylu góralskim – drewno, rzeźbienia, a na szczytach dachu skrzyżowane siekierki.

Opinia internautów, że „szpeci miasto”, „zbrodnia na. kochających góry” też nieprawdziwa. Hotel położony jest w Karpaczu Górnym, pewnie 100 metrów (a może i więcej) poniżej Wangu, w kotlince. Z ulicy Karkonoskiej patrzy się na niego z góry, w innym odcinku tej drogi – stoi obok niej. Miasto w tym miejscu to kilka pensjonatów i domów, wcale nie pereł architektonicznych. Do dolnego i średniego Karpacza (ponoć pięknych) od 2. do 3. kilometrów krętą drogą. Góry daleko – od 2. do 3. godzin dreptania, a myślę, że ani z Kopy, ani ze Słonecznika, ani ze Śnieżki hotelu nie widać. Gołębiewski nie „szpeci gór”, jak pisze internauta, i nie „zaśmieca krajobrazu”. Otoczony lasem, stokiem narciarskim, stromymi uliczkami z rzadką zabudową – nie razi oczu.

Tarasy do spacerów wokół hotelu, baseny zewnętrzne, kaskady i fontanny oraz świeżo zasadzone drzewa pozwalają się spodziewać, że i latem będzie tu przyjemnie.

Mnie też raził hotel w Wiśle, który przygniatał swoją bryłą i kolorem. Był obcym tworem architektury. Tu jest inaczej.

Kilkaset samochodów na parkingach (a przecież są i podziemne) świadczy o tym, że rankingi swoje, a ludzie swoje. Z małymi dziećmi, całymi rodzinami byli wszędzie: na stoku za hotelem, w basenach, w kawiarni. Bo hotel wydaje się być nastawiony również na weekendowy wypoczynek.

Podobały mi się tarasy spacerowe z pięknymi lampami z białych kul. Na tarasach deptałem śnieg, który spadł w nocy i wyobrażałem sobie lato nad wielkim kompleksem wodnym. Mruczałem pod nosem – ja tu latem przyjadę. Tylko po co w basenie sztuczne palmy?

Czas na podsumowanie.

Nie do mnie należy ocena architektury hoteli Gołębiewskiego. Wypowiadam tylko to, co odczuwam patrząc z każdej strony na hotel w Karpaczu i na jego otoczenie.

W „zabawie wypowiedzi” (jak nazwał autor artykułu) oceniających architekturę niektórych inwestycji w kraju, a opisanych w „Polityce”, nie uczestniczyłem, ale jestem wrażliwy na estetykę przestrzeni i wcale Gołębiewski w Karpaczu mi nie przeszkadza. Skąd taka niska ocena? Czy czasem nie działa konkurencja? Bo właściciele pensjonatów wypowiadają się, że Gołębiewski odebrał im klientów. Uważam, że hotel ten ma zupełnie inną klientelę niż pensjonaty. W ostatnim tygodniu lutego w hotelu było pełno gości – najczęściej z Poznania, Wielkopolski, Śląska, Lubuskiego, Kujawsko – Pomorskiego, trochę z zagranicy i mało z Warszawy. Odwrotnie w pensjonatach – pustki. Trochę grup młodzieżowych (ostatni tydzień zimowych ferii szkolnych), pojedyncze rodziny, po kilkunastu narciarzy. Pozwalam sobie sądzić, że czas pensjonatów o tym standardzie, jak ostatnio spotkałem w Szczawnicy, a teraz w Karpaczu, przemija..

W moim pensjonacie „Patryn” w Karpaczu, w którym mieszkałem, było mi jak w domu. Serdeczni i opiekuńczy gospodarze. Z wysokości 850 m n.p.m. bliżej szlakami do atrakcyjnych miejsc Karkonoszy. Mam szczęście do dokonanych wyborów. Na Gołębiewskiego jeszcze długo nie będzie mnie stać.

Kołobrzeg, dnia 11 marca 2012 roku. Mirosław Bremborowicz

Krzywa Góra, czyli Karpacz

Kiedyś, gdy zimy bywały tęgie, a śnieg sięgał do pierwszego piętra, mój wujek stawał w pokoju na stole z przypiętymi deskami i przez okno wyskakiwał wprost na trasę.

Zima w Karkonoszach

Karpacz znałam dotąd z rodzinnych opowieści. Tu urodził się mój wujek, a rodzice byli w podróży poślubnej. Przyjeżdżałam tu w dzieciństwie, ale wszystko pamiętałam, choć jak przez mgłę. Po wielu latach pojechałam w Karkonosze sprawdzić, ile się od tamtej pory zmieniło.

Moim przewodnikiem była siostra wujka, która skrzętnie gromadzi stare pocztówki i informacje dotyczące założenia Krummhubel, czyli Krzywej Góry, bo tak w swych początkach – ok. XVI w. – nazywał się Karpacz. Nazwa pochodzi od charakterystycznego kształtu grzbietu, na którym leżała wieś. Założyli ją masowo przybywający tu smolarze, zwani Kurzakami, którzy dostarczali węgiel drzewny do sąsiednich Kowar bogatych w złoża rud żelaza i uranu (do 1973 r. wydobywano go w kopalni Wolność, największej w Polsce).

Według Heinricha Quiringa, znanego niemieckiego geologa i historyka dziejów górnictwa, bogactwo ziemi karkonoskiej jako pierwsi odkryli przed wiekami Celtowie – legendarni poszukiwacze złota. Sudety (a wraz z nimi Karkonosze) należą bowiem do najstarszych gór w Polsce, dlatego dużo tu surowców mineralnych. Jednak dopiero w drugiej połowie XVI w. Kowary stały się bogatą osadą, która skutecznie konkurowała z sąsiednią Jelenią Górą, specjalizując się w górnictwie, hutnictwie i kowalstwie. Były też znanym ośrodkiem produkcji broni palnej, a miejscowi rusznikarze cieszyli się dużą sławą, także za granicą. Ich klientem był m.in. król Zygmunt August, który zamówił 2 tys. luf do muszkietów.

Dziś pozostały słynne sztolnie pod miastem, zachowane w bardzo dobrym stanie i udostępnione turystom. Trasa zwiedzania liczy 1200 m. Przy wejściu dostajemy kaski ochronne i wędrujemy skąpo oświetlonymi korytarzami o szerokości rozłożonych ramion dorosłego człowieka, głowami niemal dotykając sufitu. W XVIII-wiecznym laboratorium mistrz ceremonii zdradza nam receptury sporządzania leczniczych mikstur. Po wojnie trzydziestoletniej było to w Karkonoszach bardzo popłatne zajęcie. W wyniku prześladowań religijnych przybywali tu emigranci z Czech zwani laborantami, parali się zielarstwem i w krótkim czasie doprowadzili okolice Karpacza do rozkwitu (przy ul. Konstytucji 3 Maja w Karpaczu pod nr 26. stoi dom z 1837 r., w którym mieszkał ostatni laborant – August Zolfel). Po krótkiej nauce w laboratorium, w podziemnej grocie czeka na nas jadło i trunki. Ale uwaga, nie wybierajmy się jak na eleganckie przyjęcie – w sztolniach temperatura wynosi zaledwie 7 st. C, a wilgotność sięga nawet 97 proc., niezbędne są puchowe kurtki i rękawice (bilet – 17 zł, ulgowy 14, grupowy 10).

Jeśli zabraknie nam czasu na wycieczkę do Kowar, nic straconego – stare szyby rozrzucone są po całej okolicy. 40 minut drogi na południe od Karpacza leży Sowia Dolina, jedno z ciekawszych pod względem geologicznym miejsc, gdzie występują rzadkie minerały, m.in. granaty oraz rudy miedzi i ołowiu ze śladami złota. Ukryte w gąszczu tzw. Stare Sztolnie są co prawda zniszczone i niedostępne (ogrodzono je kratami z uwagi na mieszkające tam chronione gatunki nietoperzy, jak mopek, nocek duży, podkowiec mały), ale świadczą o górniczej przeszłości Karkonoszy.

Gdy przeminęły chlubne lata Kowar, ich miejsce zajął Karpacz – już w XIX w. utrzymywał się głównie z turystyki i zdobył nawet miano miejscowości kuracyjnej (Niemcy bardzo doceniali jego mikroklimat; w planach Trzeciej Rzeszy było nawet zbudowanie kolonii, w której pielęgnowano by czystą rasę aryjską). Pierwszy zajazd dla turystów znajdował się w pobliżu ewangelickiego kościółka Wang, sprowadzonego dla tutejszej protestanckiej parafii z Norwegii w połowie XIX w. (gdzie stał od XII w. nad jeziorem o tej samej nazwie). Szybko okazało się, że nie obsłuży rosnącej liczby podróżnych. Wkrótce powstały więc przy głównej ulicy – Konstytucji 3 Maja – istniejące do dziś tak znane hotele jak Mieszko, Chrobry czy Piast (XIX-wieczna fotografia przedstawia jego niemieckich właścicieli i nieistniejący już staw ze starannie utrzymanymi alejkami dookoła). Jeszcze w latach 80. działało w Piaście popularne kino Śnieżka. Choć położony w dolnej części Karpacza, nie mógł wymarzyć sobie lepszego widoku – z jego okien jak na dłoni widać właśnie Śnieżkę

Jeśli jedziemy z Jeleniej Góry PKS-em i chcemy bez przeszkód trafić do Piasta, wysiądźmy na przystanku Bachus. Nazwę wziął od najstarszej w Karpaczu gospody, a dokładniej – karczmy sądowej z 1836 r. Naprzeciwko niej rośnie lipa o ponad 5-metrowym obwodzie, również zwana sądową, bo sprawowano pod nią sądy sołtysie. Plac, na którym niegdyś tłoczyli się żądni sensacji mieszkańcy, to dziś nieduży skwer.

I tu kończy się stary, nastrojowy Karpacz, znany moim rodzicom sprzed lat. Jego górna część przeistoczyła się bowiem w typowy deptak, przypominający Krupówki. Z daleka już słychać piosenki Golców – z głośników zamontowanych przy Zagrodzie Góralskiej (serwuje pieczone ziemniaki i golonki, wmawiając klientom, że to karkonoskie jedzenie). Mieszkańcy nie mogą pogodzić się z myślą, że przyćmiła ona starą karczmę U Petiego, kilkadziesiąt metrów wyżej, w połowie stoku Kolorowa (ten nadal istnieje, zmodernizowany – tu mój tata stawiał pierwsze kroki na nartach). Zgodnie więc ją bojkotują, bo – jak mówią – tak swojskiej i gościnnej atmosfery jak U Petiego nie ma nigdzie. No może jeszcze tylko w bistro Aurora (www.aurora.karkonosze.com.pl ), choć tu swojskość ma inną postać. Na ścianach wiszą peany na cześć Stalina, portrety Lenina, propagandowe plakaty, radzieckie mundury i odznaki, a Manifest Kulinarny mówi stanowcze „nie” hamburgerom i pizzom – przejawom „zalewającej nas popkultury zgniłego kapitalizmu”. W menu specjały socrealistycznej kuchni: wareniki, czyli ruskie pierogi, bliny rewolucyjne i pielmieni syberyjskie. Do tego czaj w podstakanniku, a na popitkę – mocny „Kubański świt” lub „Wańka Wstańka”. Warto tu zajrzeć, choć ścisk duży i zawsze trzeba poczekać na miejsce.

Zresztą jak w całym Karpaczu. Kurort jest dziś tak samo popularny (zwłaszcza wśród wrocławian) jak na początku XX w., kiedy pensjonaty i karczmy pełne były turystów, a gospodarze prześcigali się w wynajdywaniu dla nich atrakcji. Przetrwały zresztą ślady ówczesnej „turystycznej infrastruktury”. Siostra mojego wujka mieszka w poniemieckim domu w dolnej części miasta. Opowiadała o budzącym ciekawość wyjątkowo płaskim – jak na tereny górzyste – polu sąsiadów. Co dziwniejsze, działka, którą kupili, nigdy nie była przez nich wyrównywana. Po latach ciocia odnalazła stare fotografie i okazało się, że na tym polu znajdowały się kiedyś… korty tenisowe.

Okolica pełna jest zresztą poniemieckich pamiątek, wiele z nich wiąże się z koleją. Odkąd w 2000 r. zawieszono połączenia z Jelenią Górą, zabytkowy dworzec popada w ruinę. Do Karpacza dojeżdżały pociągi bezpośrednie z Drezna, Amsterdamu i Berlina. W 1945 r. z Berlina nawet pięć razy dziennie – historycy sugerują, że wywoziły dzieła sztuki (Karpacz leżał daleko od linii frontu, otoczony górami był trudny do zdobycia). Wujek wspomina, że dla dzieci największą frajdą było kupowanie biletów, bo akustyka budynku dopracowana była w najmniejszych szczegółach. Wystarczyło powiedzieć coś szeptem do pani w okienku, a ktoś na drugim krańcu dworca mógł bezbłędnie powtórzyć te słowa. Od siedmiu lat obiekt stara się przejąć gmina Karpacz, by przenieść doń Muzeum Lalek i Zabawek z ul. Karkonoskiej 5 – prywatny zbiór Henryka Tomaszewskiego, twórcy Pantomimy Wrocławskiej (www.muzeumzabawek.pti.pl ).

Miasto liczy dziś 6 tys. mieszkańców, w sezonie turyści stanowią drugie tyle.

Czas wyruszyć w góry. Karpacz nadaje się na piesze wędrówki i latem, i zimą. Wyjątek stanowi jedynie szlak Śląska Droga, który prowadzi przez zdradliwy Biały Jar. Podczas intensywnych opadów deszczu może dojść do osunięcia rumowiska skalnego, a zimą schodzą lawiny. W 1968 r. zginęło 19 osób z wycieczki idącej czarnym szlakiem na Śnieżkę. Była to największa tragedia odnotowana w Karkonoszach.

Niebezpieczny może być też krótki odcinek niebieskiego szlaku od Koziego Mostku przez Domek Myśliwski do Samotni (ale nie jest to jedyna droga do słynnego schroniska). Początkowo wije się wśród dorodnych choinek, mijamy potok, zarośla kosodrzewiny i głazy narzutowe, a wtedy przed oczami wyrasta wielki kocioł ze żlebami i spływającymi z góry strumykami wody. Z reguły odcinek ten jest zimą zamknięty, bo nawisy śniegu na skałach grożą oberwaniem i lawiną (również na wiosnę nie można tędy podobno przejść ze względu na gody świstaków, choć ciocia przyznaje, że jeszcze żadnego w Karkonoszach nie widziała). Oczywiście nie wiedzieliśmy o tym i wpakowaliśmy się na ścieżkę, grzęznąc po kolana w śniegu. Wiał silny wiatr, który zatykał nos i usta, skutecznie utrudniając oddychanie. I choć w dole połyskiwały w słońcu okna Samotni, cel wydawał się nieosiągalny. Drogi tej nigdy nie zapomnę, nie tylko ze względu na trudności, ale i na specyficzną aurę tego miejsca. Byliśmy zupełnie sami i nie wiedzieliśmy, jak natura zareaguje na obecność nierozsądnych intruzów.

Samotnia

Po dotarciu do schroniska spałaszowaliśmy po ogromnym schaboszczaku, który smakował jak nigdy w życiu.

Idąc więc zimą do Samotni, lepiej nie zbaczać do Domku Myśliwskiego, tylko trzymać się drogi – jest łagodna i szeroka. Ale zanim wejdziemy na ostatni jej odcinek, znajdziemy się na Starej Polanie. Po prawej stronie widać stąd doskonale grupę skał znanych jako Słonecznik (1423 m), bo zawsze silnie oświetla ją słońce. Kiedyś mówiono na nią Południowy Kamień (słońce wskazuje tu południe), a nawet Diabelski Kamień – wierzono, że to skamieniały czort, który chciał zasypać Wielki Staw i zalać Kotlinę Jeleniogórską, ale przegrał w walce z Duchem Gór. Z Polany rozciąga się też widok na grań Kotła Wielkiego Stawu. Jezioro można zobaczyć tylko z góry, idąc Drogą Przyjaźni (czerwony szlak) – nie ma tam bezpośredniego dojścia z dołu, bo to rezerwat ścisły.

Nie wszyscy wiedzą, że na Starej Polanie znajdowało się kiedyś schronisko im. Bronisława Czecha, wybudowane w 1925 r. dla wyższych sfer. Zamiast drewnianych ław, prostych łóżek i cienkiej herbaty z metalowego kubka oferowało wygodne pokoje, w drzwiach połyskiwały kolorowe witraże, a kuchnia mogła konkurować z najlepszymi restauracjami w mieście. W 1966 r. strawił je pożar – wujek pamięta, jak łuna ognia barwiła na czerwono okoliczne szczyty, a śnieg pokrywający polanę stopił się od ciepła w kilkanaście minut.

Stara Polana leży w połowie drogi do schroniska Samotnia (www.samotnia.com.pl , tel./faks 075 76 19 376). Powstało w XVII w. (pierwsze wzmianki pochodzą z 1670 r.), na miejscu starej budy pasterskiej. Leży nad Małym Stawem, polodowcowym jeziorkiem o powierzchni 2,9 ha i głębokości ok. 7 m, które może się pochwalić glacjalnym reliktem nazwanym przez biologów wirkiem. Zasłynęło również z tego, że podczas odbywających się w Karpaczu w 1930 r. mistrzostw Niemiec w sportach zimowych, zorganizowano tu zawody w jeździe szybkiej na łyżwach. Od 1966 r. schroniskiem opiekowało się małżeństwo Siemaszków. Stali się oni prawdziwą legendą tego miejsca i sprawili, że jest jednym z najczęściej nagradzanych w kraju. W dodatku panuje tu – rzadko spotykana gdzie indziej – atmosfera małego kameralnego zajazdu, w którym strudzeni podróżni czują się jak u siebie w domu (od tragicznej śmierci Waldemara Siemaszki w 1994 r. Samotnię prowadzi jego żona Sylwia).

Widok na Strzechę

Po zaledwie dziesięciu minutach dotrzemy stąd do schroniska Strzecha Akademicka na polanie Złotówka, 1258 m n.p.m. (www.strzecha-akademicka.com.pl ). Uważane jest za najstarsze i jedno z największych w Karkonoszach – już w pierwszej połowie XVII w. wędrowcy korzystali tu z pasterskiej budy. Z pamiątkowych ksiąg i dokumentów wiadomo, że we wrześniu 1790 r. nocował tu Goethe, który rano podziwiał wschód słońca, oszołomiony pięknem Sudetów. Obecny budynek powstał w 1906 r. To świetny punkt widokowy i dobre miejsce na wypady narciarskie (nartostrada Złotówka).

Strzecha Akademicka

Kiedyś, gdy zimy bywały tęgie, a śnieg sięgał aż do pierwszego piętra, mój wujek, zapalony narciarz, stawał w pokoju na stole z przypiętymi już deskami i przez okno wyskakiwał wprost na trasę.
Karpacz zawsze liczył się jako ośrodek sportowy. Bardzo szybko rozwijało się tu saneczkarstwo, w 1903 r. powstał pierwszy klub narciarski, a w 1912 – pierwsza drewniana skocznia (dziś jej rolę przejęła skocznia Orlinek).

Kopa

Po pożywnym śniadaniu U Petiego i rozgrzewce na Kolorowej ruszamy więc na Kopę (1350 m n.p.m). Mijamy Dziki Wodospad i po pięciu minutach dochodzimy do dolnej stacji wyciągu krzesełkowego. Kopa to jeden z większych kompleksów narciarskich w kraju (www.kopa.com.pl ). Razem z polaną Złotówka i znajdującym się poniżej wyciągiem Grosik tworzy rozbudowany system nartostrad. Na samej Kopie mamy do wyboru pięć wyciągów i każdy znajdzie tu coś dla siebie. Dwuosobowe krzesełka Liczykrupy (924 m długości) ucieszą początkujących, a Liczyrzepa (846 m) – spragnionych widoków na kotlinę. Z Euro (705 m) można się dostać do dolnej stacji Grosika (863 m), a stamtąd wjechać na górę do Strzechy Akademickiej lub zjechać do Karpacza, choć trasa nie należy do najprostszych (karnet jednodniowy na wszystkie wyciągi 65 zł, trzygodzinny – 45).

Jeśli nie złapaliśmy jeszcze narciarskiego bakcyla, możemy po prostu wjechać na Kopę bez nart (ok. 19 zł w jedną stronę). Na piechotę musielibyśmy ryzykować drogę przez Biały Jar i stąd, malowniczą drogą wśród kosodrzewiny podejść pod Śnieżkę, najwyższy szczyt Karkonoszy (1602 m) i zarazem najwyższą górę Republiki Czeskiej. Schronisko Dom Śląski (www.domslaski.pl ) tuż pod nią to ważny węzeł szlaków. Czerwony schodzi do schroniska Nad Łomniczką (zimą zazwyczaj bardzo oblodzony), żółty – do Karpacza przez Wilczą Porębę. Dwoma kolejnymi dojdziemy na Śnieżkę. Niebieski (droga transportowa zwana Drogą Jubileuszową) wspina się na nią trawersem – wbrew łagodnemu nachyleniu zimą jest zamknięty. Krótszy, czerwony, prowadzi ostrymi zakosami po łańcuchach i zajmie nam ok. 30 min. Jest on zresztą bardziej malowniczy, a na trasie są dwa punkty widokowe, z których widać aż po horyzont całą Równię pod Śnieżką – wielkie wypłaszczenie porośnięte kosodrzewiną zdaje się nie mieć końca. Nic dziwnego, że właśnie tu powstał najwyżej położony w Polsce (1400 m n.p.m.) ośrodek narciarstwa biegowego.

Szlaki turystyczne przeplatają się w Karpaczu z narciarskimi, biegowymi i saneczkowymi. Można więc każdy dzień spędzić inaczej i nigdy się nie nudzić. Znajdzie się też coś dla tych, którzy marzą o samotnym obcowaniu z naturą. Trasę na Grabowiec (784 m n.p.m., wschodnia część Pogórza Karkonoskiego) poleciła nam ciocia ostatniego dnia pobytu – szukaliśmy szlaku łagodnego i niedługiego, w sam raz na pożegnalny spacer. Ten prowadzi malowniczą dolinką Dzikiego Potoku, którą prawie cały dzień silnie oświetla słońce. Szliśmy skrajem zalesionego zbocza Grabowca. Było ciepło, śnieg zalegał wzdłuż strumienia i ładnie kontrastował z rudobrązowym lasem. Nie spotkaliśmy ani jednego turysty, tylko dorodny zając wyskoczył nagle z zarośli. Na zboczach góry przy Babiej Ścieżce stoi kaplica św. Anny – podobno czarownice chadzały tędy na sabat na pobliską skałę Mała Patelnia.

Kaplica św. Anny w maju

Archeolodzy wykazali, że było to miejsce przedchrześcijańskiego kultu. Kaplica najprawdopodobniej powstała już w XIII w. Obecna, barokowa, pochodzi z wieku XVIII; postawili ją Schaffgotschowie, panowie na zamku w Chojniku (należał też do nich Domek Myśliwski). Kaplica była miejscem pielgrzymkowym i atrakcją turystyczną. W XIX w. zbudowano przy niej gospodę, a tragarze lektyk dźwigali stąd zamożnych turystów aż na Śnieżkę. Dziś często odbywają się tu śluby. Swoją popularność zawdzięcza tzw. Dobremu Źródełku – kiedyś wypływało wprost spod ołtarza, potem przeniesiono je na zewnątrz.

Dobre Źródło - widok ogólny

Dosłownego znaczenia nabiera tu powiedzenie, że czasem należy nabrać wody w usta. Według wierzeń ludowych każdy, kto napełni usta wodą ze źródła i okrąży kaplicę siedem razy (w innych przekazach dziewięć), będzie miał szczęście w miłości. Co ciekawe, woda faktycznie nie jest zwyczajna – nieco mineralizowana, wykazuje lekką radoczynność (jeśli nie pomoże w miłości, to przynajmniej dobrze zrobi na dziąsła). Kaplica w tygodniu jest nieczynna, ale przez kratę widać marmurowy ołtarz.

Kaplica Św. Anny

Z Babiej Ścieżki rozpościera się widok na zbiornik wody w Sosnówce i północne wzniesienia z zamkiem Chojnik. Widnieje on na emblemacie Karkonoskiego Parku Narodowego. Co ciekawe – był pierwszym zamkiem, który stał się celem odwiedzin turystów. Już od połowy XVII w. wędrowali doń kuracjusze z pobliskich Cieplic. Wszystko dlatego, że hrabia Schaffgotsch, odzyskawszy warownię w 1648 r., nie zamierzał już mieszkać w niej na stałe. Zatrudnił śląskiego rytownika i szlifierza szkła Friedricha Wintera, by przyjmował i oprowadzał zwiedzających. Wśród gości znalazła się m.in. księżna Izabela Czartoryska, właścicielka Puław.

WIeża czy baszta

Wracając z kaplicy św. Anny, nie sposób ominąć kilku charakterystycznych skałek – Ostrej Skały i wspomnianej już Małej Patelni, na którą można się swobodnie wdrapać po wydrążonych w kamieniu schodkach.

Pożegnalny spacer okazał się wyprawą pełną wrażeń. Do tego mogłam pochwalić się rodzicom odkryciem nieznanej im dotąd trasy. Kiedy nazajutrz ruszaliśmy spod Piasta do domu, pogoda zaczęła się załamywać, ale Śnieżka – wyjątkowo! – nie była przysłonięta chmurami.

Monika A. Utnik
www.gazeta.pl

Vang, Wang

Vang, Wang. Norweska tęsknota

Świątynia

Norweska wioska Vang znalazła się w pierwszej połowie XIX wieku w trudnej sytuacji finansowej i wieśniacy nie mieli pieniędzy na naprawę starodawnego drewnianego kościółka. Podobnie jak w licznych innych miejscach postanowili kościółek rozebrać i spalić. Dowiedział się o tym malarz norweski, profesor drezdeńskiej akademii sztuk pięknych Jan Kristian Dahl, który już od dłuższego czasu daremnie zwracał uwagę specjalistów na konieczność ratowania zanikających kościołów.

W 1841 roku kupił kościół bez dachu w licytacji. Na szczęście znalazł miłośnika sztuki i zamożnego inwestora w osobie króla pruskiego Fryderyka Vilhelma IV, który zlecił architektowi i malarzowi F.W. Schierssowi, aby zabytek opisał, sporządził rysunki, rozebrał i postawił na północnych zboczach Karkonoszy, gdzie hrabia Christian L. Schaffgotsch przeznaczył na ten cel kawałek gruntu.

Ozdobne portale drzwi powstały wkrótce po 1200 roku – kościół pochodzi prawdopodobnie z roku 1175. Pierwotny kościół był prostszy, nie miał ozdobnej wieży, półokrągłego prezbiterium ani podniesionych głów smoczych. Te wraz z kamienną wieżą w sąsiedztwie powstały na wzór innych norweskich kościołów dopiero w Karkonoszach. Protestancki kościół nazwano według miejsca pochodzenia Wang – pisownia z „w“ zapobiegła przekręceniu nazwy w języku niemieckim na „fang“.

W 1997 roku o Wangu pisaliśmy w 10 wydaniu naszego czasopisma. Dlatego też przy naszej kolejnej podróży do pięknego kraju na północy Europy odwiedziliśmy Vang. Na wzniesieniu nad małą wioską stał ładny kościół kamienny a ja idąc ku niemu opowiadałem naszym dzieciom historię pierwotnego kościoła drewnianego, który stał tutaj przez 600 lat a teraz już 160 lat stoi po północnej stronie naszych gór. A kiedy już dokładnie cały kościół obejrzeliśmy i sporządziliśmy fotodokumentację przyszła na cmentarz starsza pani, która nam powiedziała, że ten kościół stoi tu już dłużej niż sobie myślimy i że ich wioska nigdy żadnego kościoła nie sprzedała. A jeżeli nie wierzymy, to możemy się spytać pana pastora i pokazała nam gdzie mieszka. Musieliśmy zaczekać aż pastor z synem wrócą z treningu basketbalowego, ale za to dowiedzieliśmy się, że w Norwegii są co najmniej cztery wioski Vang a według niego by mogło chodzić o wioskę Vang na granicy okręgu Oppland, zaledwie 200 km stąd. I rzeczywiście na starej drodze królewskiej łączącej Oslo z Bergenem nad jeziorem Vang znaleźliśmy drugą wioskę Vang. Na warunki norweskie niezbyt ciekawy kościółek pobity deskami pomalowanymi na biało przypominał historię o dawnych czasach biedy. Za to kamień z napisami runicznymi z XI wieku ukryty pod szklaną budką przypomniał nam o długiej historii tego miejsca. Wewnątrz było wszystko jasne. Obok ambony jako ważny element skąpego wystroju wnętrza stał model kościoła z czasów wikingów. Student, który po kościele w czasie wakacji oprowadza turystów, opowiedział nam jak kiedyś ich wioska cenny zabytek straciła i jak do tej pory jest im z tego powodu niezmiernie smutno. Przecież mogli posiadać klejnot architektury ściągający gości z całego kraju a msze w tym samym przybytku jak czterdzieści pokoleń ich przodków. Pokazał nam jeszcze planszę z tekstem o losach zabytku z fotografiami kościoła stojącego dzisiaj w dalekim kraju. Był zaskoczony, że świątynię Wang stojącą w Polsce dobrze znamy i że pozdrowienia z ojczyzny Wikingów przekażemy. Dopiero wtedy w pełni zrozumiałem jak cenny zabytek stoi pod Śnieżką.

Historia drewnianych kościołów kolumnowych wiąże się z krzewieniem chrześcijaństwa w Norwegii od XI do XIII wieku. Są jedynym wkładem skandynawskiego kraju do światowego dziedzictwa architektury kościelnej.

Podobnie jak i w innych częściach Europy, musiały się obiekty kościelne pod względem konstrukcji i wyglądu różnić od obiektów świeckich. Aby nową wiarę ludzie przyjęli, kościół wówczas nie zabraniał łączenia elementów i symboli pogańskich z chrześcijańskimi. Dlatego Stavkirke – jak w języku norweskim – kościoły kolumnowe się nazywa zdobią obok malowanych świętych chrześcijańskich również rzeźbione głowy smoków, rzeźby lwów, diabłów oraz przedziwne motywy roślinne ze starych zwyczajów pogańskich. W połowie XIII wieku dzięki tej łagodnej polityce kościoła stało w Norwegii aż tysiąc drewnianych kościółków.

Kościoły kolumnowe są również ciekawe z architektonicznego punktu widzenia. Kiedy Wikingowie stali przed problemem jak nowe obiekty odróżnić od normalnych domów sięgnęli po swe doświadczenia z budowy łodzi. Kościoły wybudowali w taki sam sposób z tym tylko, że wszystko odwrócili do góry nogami. Aby konstrukcja się nie rozpadła zawiesili ją na długie, ozdobione ornamentem filary. Podobnie jak na budowę statku wybierali tylko najlepsze pnie, które po odkorowaniu zostawiali na wietrze i deszczu nawet do 15 lat, dopóki nie zniknęły wewnętrzne napięcia. Całą konstrukcję zawietrowali skrzyżowanymi belkami, które nazywa się według sposobu ukrzyżowania św. Andrzeja krzyżem św. Andrzeja. Wszystkie złącza cieślarskie zabezpieczyli drewnianymi kołkami, tak, że prężna konstrukcja pod naporem wiatru trochę się chwieje, ale wytrzyma nawet najgwałtowniejsze porywy. Cenną umiejętnością budowniczych była doskonała impregnacja drewna, które nasycali smołą ze spalonego drzewa. Dzisiaj stare drewno nasiąknięte również pokostem pięknie pachnie.

Kto jeszcze pamięta konserwowanie drewnianych nart – z pewnością sobie ten zapach przypomni. Jest to oszołamiające, że niektóre te budowle przeczekały całych 800 lat. Większość z nich zaniknęła z powodu pożaru, rozpadła się z powodu braku konserwacji ze względu na epidemie dżumy jak również padły ofiarą pirotechników – religijnych fanatyków. Do dzisiaj w całej Norwegii zachowało się tylko trzydzieści kościołów kolumnowych,
będących najcenniejszymi zabytkami w kraju. Kilka z nich zostało wciągniętych na światową listę dziedzictwa kulturalnego UNESCO. Dzięki przezorności garstki ludzi w 1841 roku znajdziecie ten trzydziesty pierwszy w całej okazałości w Karpaczu Górnym po polskiej stronie Karkonoszy.

Niechaj i to będzie dla nas źródłem nauki.

Vesely vylet, Nr 21, 2003r.

Karpacz

Znana miejscowość wczasowa, rozlokowana na wysokości 500-885 m u podnóża Karkonoszy. W jej obręb wchodzi kilka osiedli (dawnych samodzielnych miejscowości): Bierutowice – najwyżej położona dzielnica uzdrowiska, Wilcza Poręba – osiedle o willowej zabudowie we wschodniej części miasta oraz najniżej położone Brzezie, gdzie czynna jest papiernia.
Oś zabudowy Karpacza stanowi ulica 1 Maja biegnąca grzbietem Krzywej Góry. Główna arteria miasta, po przekroczeniu na wysokości 700 m potoku Łomnicy (dawna granica między Karpaczem a Bierutowicami), już jako ul. Odrodzenia wspina się serpentynami na stok Czarnej Góry (945 m) do wysokości 831 m (przystanek PKS „Wang”), a następnie obniża się do Przełęczy Bierutowickiej (820 m). Wzgórza położone w obrębie miasta urozmaicają jego krajobraz, a zimą ich stoki stanowią teren dogodny dla początkujących narciarzy. Od południa góruje ponad Karpaczem najwyższy szczyt SudetówŚnieżka (1602 m). Ku północy i wschodowi z terenu miasta roztacza się widok na Kotlinę Jeleniogórską, Góry Kaczawskie, Góry Sokole i Rudawy Janowickie.

Powstanie Karpacza było wynikiem długotrwałych i złożonych procesów społeczno-gospodarczych. Najwcześniej powstała nisko położona dzielnica Płóczki (zwana także Zarzeczem). Jej założenie i rozwój wiążą się z działalnością poszukiwaczy cennych minerałów, a później z rozwojem górnictwa.
W początkach XVII wieku w dolinie Łomnicy i Dzikiego Potoku odkryto rudy srebra i ołowiu, wcześniej jednak płukano piasek ze strumieni w poszukiwaniu kruszcu. Po krwawym okresie wojny trzydziestoletniej osiedlili się na tych terenach emigranci religijni, głównie z Czech. Z ich przybyciem wiązane jest pojawienie się tzw. laborantów – zielarzy, których sława przekroczyła granice Śląska. Za przyczyną rozkwitu tej swoistej gałęzi medycyny ludowej nastąpił znaczny rozwój osady na Krzywej Górze, wcześniej utworzonej przez skupisko bud pasterskich. W drugiej połowie XVII wieku powstał tu już cech laborantów z rygorami statutowymi, które m.in. nakładały obowiązek przestrzegania receptur i szkolenia adeptów. Miejscowi laboranci docierali do najdalszych krańców Europy. Po roku 1809 zakazy urzędowe spowodowały zanik rozwiniętego na niespotykaną skalę podkarkonoskiego zielarstwa. Przy ul. l Maja (nr 26) zachował się dom ostatniego laboranta, Augusta Zölfela, zmarłego w roku 1884.
Rozwój turystyki, a zwłaszcza rodzące się w początku XX wieku nowe jej formy, przyniosły okres gwałtownej rozbudowy miejscowości.
Obecną nazwę miejscowości utworzono po roku 1947 (od 1945 roku przez dwa lata była w użyciu nazwa Krzywa Góra). Prawa miejskie otrzymał Karpacz w roku 1960.

Najcenniejszym zabytkiem miasta jest świątynia Wang w dzielnicy Bierutowice. Ta unikalna i wyjątkowej urody budowla usytuowana jest na stoku Czarnej Góry, na wysokości 885 m. Obiekt liczący ponad 700 lat wzniesiony został w Norwegii nad jeziorem Wang, w stylu typowym dla skandynawskich budowli romańskich. Przeznaczoną do rozbiórki świątynię zakupiono m.in. dzięki zabiegom hrabiny Fryderyki von Reden, właścicielki Bukowca, oraz finansowej pomocy króla Prus. Przetransportowana pod Karkonosze, tu zrekonstruowana została w ciągu dwóch lat. Ponownego poświęcenia kościółka dokonano 28 lipca 1844 roku. Do chwili obecnej należy on do parafii kościoła ewangelicko-augsburskiego. W rekonstrukcji zachowano wiele elementów oryginalnych, stanowiących w sztuce romańskiej unikalny przykład snycerki. Są to m.in. odrzwia, portale, kapitele kolumn. Niektóre ozdoby stanowią zręczne naśladownictwo – np. sterczyny dachu, swym kształtem nawiązujące do dziobów dawnych łodzi Wikingów. Dobudowana kamienna dzwonnica jest elementem obcym stylowo, gdyż nawiązuje do miejscowej architektury. Zwiedzając zabytek wysłuchać można odtwarzanej z magnetofonu prelekcji, która szczegółowo przedstawia dzieje i historyczno-artystyczną wartość świątyni Wang.
W centrum Karpacza, koło wspomnianego wcześniej domu ostatniego laboranta, znajduje się dobrze zachowana dawna buda pasterska, relikt pierwotnej zabudowy. Na rogu ulic 1 Maja i Kopernika zachowała się dawna karczma sądowa z 1836 roku (obecnie w budynku tym mieści się DW „Bachus”). Po drugiej stronie głównej ulicy „lipa sądowa” mająca ponad 5 m obwodu, uznana za pomnik przyrody. Pod jej rozłożystą koroną odbywały się sądy sołtysie w czasach, gdy osada znajdowała się w dobrach panów na Miłkowie.

Karpacz posiada dobrze rozwiniętą sieć usługowo-handlową. W obrębie miasta znajdują się dwa baseny kąpielowe, stadion i korty tenisowe. Zimą czynne są wyciągi narciarskie, tor saneczkowy i dwie skocznie narciarskie.
Połączenie kolejowe Karpacza z Jelenią Górą z uwagi na nikłą ilość pociągów nie odgrywa większej roli w ruchu turystycznym. Główną rolę w komunikacji pełnią autobusy PKS, z których znaczna część dojeżdża do Bierutowic. Połączenie z Jelenią Górą przebiega trasą przez Kowary lub przez Miłków, Sosnówkę, Cieplice. Istnieją bezpośrednie połączenia Karpacza z Legnicą, Wrocławiem, Wałbrzychem przez Kamienną Górę.

Baza noclegowa: hotel Orbisu „Skalny” – ul. Obrońców Pokoju 3, tel. 19-721-722, 771, 776, tlx 075506; pensjonat „Orlinek” – ul. Olimpijska 9, tel. 19-567, 548, tlx 075192; DW „Biały Jar”- ul. 1 Maja 79, tel. 19-319; DW PTTK – ul. Waryńskiego 6, tel. 19-513; DT „Wilcza” („bacówki”) – ul. Obrońców Pokoju 6, tel. 19-764; schronisko PTSM „Liczyrzepa” (czynne cały rok) – ul. Gimnazjalna 9, tel. 19-290; camping kat. II – ul. 1 Maja 8, tel. 19-316, czynny VI-IX; pole biwakowe – ul. Obrońców Pokoju (tuż przy basenie), dojście szlakiem 20Z.

Rezerwacja noclegów w stacjach turystycznych: Biuro Obsługi Ruchu Turystycznego PTTK – ul. 1 Maja 8, tel. 19-316. Rezerwacja noclegów w pokojach gościnnych: Biuro Usług Turystycznych i Zakwaterowania „Karkonosze” – ul. 1 Maja 8, tel. 19-453, tlx 075214.
Inne informacje praktyczne: BORT PTTK – ul.1 Maja 8, tel. 19-316; punkty informacji turystycznej („it”): w hotelu „Skalny”, w pensjonacie „Orlinek”, w BORT PTTK, w schronisku „Liczyrzepa”; PBP „Orbis” (kasy biletowe) ul. 1 Maja 50, tel. 19-547; GOPR – tel. alarmowy 986 (do Stacji Grupy Karkonoskiej w Jeleniej Górze, ul. Świerczewskiego); pogotowie ratunkowe — tel. 999 (stacja w Jeleniej Górze) oraz 18-21-22 (stacja w Kowarach); apteka ul.1 Maja 82, tel. 19-312; Milicja Obywatelska ul. Armii Czerwonej 30, tel. 19-402; Urząd Miejski ul. 1 Maja 54, tel. 19-201; stacja benzynowa – ul.1 Maja 69 (naprzeciw niej stacja obsługi „Polmozbyt”); Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej – ul. Leśna 8, teł. 19-361; baseny kąpielowe (odkryte): Bierutowice – ul. Odrodzenia oraz Karpacz – ul. Obrońców Pokoju; korty tenisowe – ul. Olimpijska (powyżej DW „Biały Jar”).

Węzły szlaków turystycznych: przy DW ,,Biały Jar” (700 m) oraz przed dworcem PKP (540 m).

źródło: Bohdan W. Szarek „Kotlina Jeleniogórska”, 1989

Karpacz – tajemnica Pańskiego Domu

Niezwykłe, historyczne odkrycie w Karkonoszach. Archeolodzy natrafili w górach na pozostałości średniowiecznego zamku. To najwyżej położona warownia w Polsce. Dotychczas na temat tego zabytku istniały jedynie wzmianki w XIX-wiecznych dokumentach.

Dawni mieszkańcy Karpacza znajdowali często w miejscu niegdysiejszej warowni stare podkowy i gliniane naczynia. O znaleziskach wspominają XIX-wieczne kroniki. Także niemieckie dokumenty z lat 30. ubiegłego wieku wskazują, że turyści i ówcześni mieszkańcy Karpacza stamtąd przynosili więcej takich przedmiotów.
W swych publikacjach o istnieniu tzw. Pańskiego Domu wspominał też Tadeusz Steć, nieżyjący już znany przewodnik sudecki.

W 1988 roku dolinę Pląsawy odwiedził wrocławski archeolog Krzysztof Jaworski i znalazł tam kilka ceramicznych skorup z XIII i XIV w. oraz dwie średniowieczne podkowy. Nikt dotąd jednak nie zbadał dokładnie tego miejsca. W góry wyruszyła więc ekspedycja archeologów z Muzeum Karkonoskiego w Jeleniej Górze. Po poszukiwaniach naukowcy natknęli się na pozostałości Pańskiego Domu. Całość przykrywa gruba warstwa ziemi, ale z ukształtowania terenu wynika, że mamy do czynienia z jakimiś umocnieniami i pozostałościami zabudowy – mówi Tomasz Miszczyk, archeolog z muzeum.

Najstarsza z warowni

Wcześniejsze znaleziska ceramiczne wskazują na okres, w którym obiekty mogły powstać. Jeśli uda się dodatkowo potwierdzić XIII-, XIV-wieczną metrykę, będzie to niezwykłe znalezisko. Pozostałości Pańskiego Domu są prawdopodobnie starsze niż większość warowni górskich w okolicach Jeleniej Góry, takich jak Chojnik lub Bolków. Podobnie jak te warownie prawdopodobnie przed wiekami strzegł granic księstwa świdnicko-jaworskiego.
By dokładnie dowiedzieć się, co kryje się pod warstwą ziemi, konieczne są wykopaliska. Jeśli dyrekcja Karkonoskiego Parku Narodowego (na jego terenie znajduje się znalezisko) wyrazi na nie zgodę, prace ruszą we wrześniu.

Pokażą turystom

Andrzej Raj, dyrektor parku, bardzo cieszy się z odkrycia. Zapewnia, że nie będzie problemów z wpuszczeniem badaczy na teren KPN. – Ochrona wartości kulturowych jest również zadaniem parku. Dolina Pląsawy nie podlega ścisłej ochronie, sądzę więc, że wykopaliska będzie można przeprowadzić – tłumaczy dyrektor.
Zainteresowany gruntownymi badaniami ruin jest także samorząd Karpacza. – Jeśli rada miejska zgodzi się na współfinansowanie prac wykopaliskowych, gmina da pieniądze. Będziemy starali się przekonać do tego radnych tłumaczy Ryszard Rzepczyński, zastępca burmistrza i badacz historii miasta.
– Myślę, że ruiny zamku, jeśli zostaną odkopane, mogą być wielką atrakcją turystyczną – uważa archeolog Tomasz Miszczyk.
– Z pewnością chcielibyśmy je udostępnić turystom. Wprawdzie znajdują się poza szlakiem, ale z wytyczeniem nowej ścieżki dydaktycznej nie byłoby problemu – zapewnia Andrzej Raj.

Znane i nieznane

W okolicach Jeleniej Góry średniowiecznych zamków jest co najmniej kilka. Turystom najbardziej znane są: Bolków, Chojnik, Wleń i Bolczów. Naukowcy odnaleźli także pozostałości budowli obronnych w Grabarowie i w okolicach Perły Zachodu. Prowadzone są tam prace wykopaliskowe.

Miniatura Zamku Chojnik

– Grodzisko w Grabarowie jest stare pochodzi z VIII-IX wieku z okresu bardzo wczesnego średniowiecza. Odkryliśmy tam drewniane umocnienia – opowiada Tomasz Miszczyk.
W okolicach Perły Zachodu znaleziono warownię będącą schronieniem rycerzy rozbójników. Przed odkryciem o jej istnieniu mówiły jedynie legendy. Wykopano tam pozostałości murów obronnych, fragmenty uzbrojenia i ceramikę.
Badania archeologiczne zmieniły uznaną dotąd historię założenia Jeleniej Góry. Według legendy miasto miał założyć Bolesław Krzywousty. Zbudował warownię na wzgórzu nazwanym później Krzywoustego (obecnie znajduje się tam wieża widokowa, tzw. Grzybek).

Wzgórze Krzywoustego

– Zamek istniał w tym miejscu, ale został wzniesiony pod koniec XIII wieku. Nie mógł go więc zbudować Krzywousty w roku 1008, jak mówi legenda – tłumaczy naukowiec.

Zagłębie pałaców i zamków

Specjaliści zajmujący się ochroną zabytków chcą chronić nie tylko pojedyncze budowle, ale także krajobraz Kotliny Jeleniogórskiej. Konserwatorzy zabiegają o utworzenie na tym terenie parku kulturowego.
Według Wojciecha Kapałczyńskiego, szefa jeleniogórskiej delegatury Państwowej Służby Ochrony Zabytków, obszar kotliny zasługuje na szczególną troskę między innymi ze względu na ogromną liczbę pałaców, zamków i rezydencji. Jest ich kilkadziesiąt.
– Są to najwyższej klasy obiekty kultury materialnej. A do tego znajdują się one w otoczeniu przepięknego krajobrazu. W naszych staraniach chodzi nam o pogodzenie tego, co człowiek zbudował, z zastaną przyrodą – wyjaśnia Kapałczyński. Także zdaniem Jacka Jakubca, prezesa Fundacji Kultury Ekologicznej, krajobraz Kotliny Jeleniogórskiej zasługuje na szczególną ochronę. Poza tym utworzenie parku może być lokomotywą rozwoju gospodarczego regionu. Tak dzieje się w innych pięknych miejscach na świecie, między innymi we francuskiej dolinie Loary.
Na utworzenie parku kulturowego muszą jednak wyrazić zgodę gminy, na których terenie miałby on powstać. Zdaniem pomysłodawców, utworzenie parku kulturowego przyniesie możliwości czerpania pieniędzy na ochronę zabytków z różnych funduszy. A odrestaurowane obiekty spowodują większe zainteresowanie turystyczne całą Kotliną Jeleniogórską.

Rafał Święcki – Słowo Polskie Gazeta Wrocławska