Kościół parafialny o.o. franciszkanów pod wezwaniem Bożego Ciała

Przemysław Wiater

Kościół parafialny o.o. franciszkanów pod wezwaniem Bożego Ciała w Szklarskiej Porębie Górnej przy ul. St. kard. Wyszyńskiego 2 „na Sowińcu” pochodzi z lat 1884-1886. Uroczyste położenie kamienia węgielnego nastąpiło dnia 13 maja 1884 r. na terenie nieodpłatnie na ten cel odstąpionym przez rodzinę hr. Schaffgotschów, do których należała w tym czasie znaczna część Szklarskiej Poręby. Budowa prowadzona była według planów i pod nadzorem mistrza budowlanego Bockscha. 26.051886 r. zawieszone zostały na kościelnej wieży trzy dzwony odlane w ludwisarni Hadank w miejscowości Hoyerswerda. Nowy kościół poświęcił 8 września 1887 r. proboszcz Hubert Thienel z Cieplic Śląskich, z parafii na terenie której znajdowała się siedziba rodu Schaffgotsch. Uroczystej konsekracji kościoła parafialnego p.w. Bożego Ciała w Szklarskiej Porębie 29 maja 1892 r. dokonał wrocławski kardynał Georg Kopp. Czteroprzęsłowy kościół o konstrukcji halowej z lunetami, wysoką na około 40 m wieżą, prezbiterium i absydą wybudowany został z szarego granitu w stylu neogotyckim.

W obrazie ołtarza głównego autorstwa Ole Richtera przedstawiona została zgodnie z wezwaniem kościoła Eucharystia w otoczeniu rozmodlonych aniołów. O. Richter był też autorem obrazu przedstawiającego Najświętszą Marię Pannę w ołtarzu bocznym po stronie północnej. O. Richter (ur. 10 XI 1888 i zm. 24 X 1958 w Lądku Zdroju), artysta malarz i konserwator dzieł sztuki. Uczył się w Lądku, następnie zaś studiował Ratyzbonie i Monachium. Malował oraz odnawiał kościoły i poszczególne rzeźby w Międzylesiu, Trzebnicy, Domaszkowie, Roztokach, Lądku i in., a drobniejsze prace wykonywał także w Wambierzycach, Bardzie, Kłodzku, Krzeszowie, Broumovie. Po stronie południowej w zwieńczeniu nawy bocznej znajdował się ołtarz z obrazem przedstawiającym św. Józefa autorstwa malarza Josepha Janauscha z pobliskich Piechowic. J. Janausch był artystą specjalizującym się w malarstwie, w tym w obrazach na szkle, ze szczególnym upodobaniem do motywów kwiatowych.

Neogotycki prospekt organowy składał się z 19 piszczałek, a wykonany został w znanej świdnickiej firmie „Schlag und Söhne”, której instrumenty można do dziś spotkać w wielu śląskich kościołach. Wspaniały kryształowy żyrandol został ufundowany ze składek mieszkańców Szklarskiej Poręby i powstał w tutejszej hucie szkła „Józefina”, której wyroby cieszyły się światową renomą. Wnętrze świątyni zdobią też trzy mniejsze żyrandole, które powstały w tej samej hucie. Na wewnętrznych ścianach bocznych kościoła znajduje się rzeźbiona w drewnie i polichromowana Droga Krzyżowa, która powstała w warsztacie Spetkowskiego w Poznaniu, a każda ze stacji oświetlona została wykonanym w hucie „Józefina” zacheuszkiem. Na kościelnej wieży zawieszone zostały trzy dzwony o łącznej wadze około 3 000 kg (1700, 800 i 500 kg). Dzwony ozdobione zostały dedykacjami i cytatami z Ewangelii św. Łukasza. Uroczyste poświęcenie dzwonów, połączone z umieszczeniem na szczycie wieży puszki i krzyża odbyło się 24 maja 1887 r. Dzwony kościelne powstały w zakładzie ludwisarskim „Hadank und Sohn” w saksońskiej Hoyerswerda i dawały „prawdziwie przyjemny, harmonijny głos”. Na zewnętrznej stronie absydy kościoła wmurowana została tablica upamiętniająca mieszkańców Szklarskiej Poręby, którzy polegli podczas działań I wojny światowej.

W październiku 1945 roku opieka duszpasterska nad parafią w Szklarskiej Porębie została zlecona przez administratora apostolskiego we Wrocławiu krakowskiej prowincji franciszkanów, którzy pełnią posługę do dziś. Świątynia została odremontowana w latach 1958-1960. Obecnie wewnątrz świątyni znajduje się dobrze zachowane neogotyckie wyposażenie z końca XIX wieku. W ołtarzu głównym umieszczony jest pochodzący z 1958 r. obraz Wlastimila Hofmana (1881-1970), najwybitniejszej osobowości twórczej polskich Karkonoszy, który przedstawia Chrystusa Eucharystycznego na tle wąwozu Kamieńczyka i stoków Szrenicy. Na ścianach bocznych nawy znajdują się przedstawienia czterech Ewangelistów tego samego autora.

Poniżej kościoła, po drugiej stronie ulicy 11 Listopada, znajdują się zabudowania plebanii, które zaczęto użytkować 2 listopada 1888 r. Dziś mieści się tutaj parafia i niewielki klasztor o.o. franciszkanów. W refektarzu znajduje się kilka obrazów o tematyce religijnej, w tym prace autorstwa W. Hofmana,a wśród nich „Adoracja Dzieciątka” (1957), „Ecce homo” (1958), „Matka Boska z Dzieciątkiem na tle Szrenicy” (1959). Szczególnie ciekawe są pochodzące z tego czasu chorągwie procesyjne, z których kilka W. Hofman przyozdobił portretami Matki Boskiej i świętych.

Kościół p.w. Bożego Ciała przedstawiany zwykle od strony Doliny Siedmiu Domów na tle Karkonoszy należał do jednego z częściej wykorzystywanych motywów widokowych na dawnych i współczesnych widokówkach ze Szklarskiej Poręby.

Spotkanie rowerzystów z Prezydentem Marcinem Zawiłą

Spotkanie członków Izersko-Karkonoskiego Towarzystwa Kolarsko-Narciarskiego z Prezydentem Miasta Jelenia Góra Marcinem Zawiłą odbyło się w 3 grudnia 2010 r.

Tematem zebrania był rozwój turystyki rowerowej i pieszej w naszym mieście. Rowerzyści krytycznie odnieśli się do budowanej drogi rowerowej Zabobrze-Grabarów, która jest realizowana niezgodnie ze sztuką budowlaną. Skrytykowano także stan dróg rowerowych, a zwłaszcza ich oznaczeń, które prowadzą do nikąd. Wystąpiliśmy z wnioskiem o zajęcie się tą sprawą przez odpowiedzialne za ten stan rzeczy służby miejskie. Poruszana była także sprawa strzeżonych parkingów dla rowerów.

Drugim tematem spotkania był stan turystyki i niewykorzystanie terenów powyżej Jagniątkowa na te cele. Należy przy tym rozgraniczyć tereny chronione Karkonoskiego Parku Narodowego, na których można tylko budować ścieżki dydaktyczne i punkty widokowe dla turystów.

Drugą część należącą do Nadleśnictwa „Śnieżka” w Kowarach należy zagospodarować po budowę inwestycji związanych z turystyką. Bez szkody dla środowiska przyrodniczego zrobiło to Nadleśnictwo w Świeradowie Zdroju, co spowodowało dynamiczny rozwój tej miejscowości pod względem gospodarczym. Osobą koordynującą te przedsięwzięcia był burmistrz tej miejscowości, a inwestycja kolei gondolowej była zrealizowana bez środków własnych. Prezydent zadeklarował, że podczas swojej kadencji położy nacisk na rozwój turystyczny naszego miasta, a w szczególności miejscowości Jagniątków. Dzielnica ma się stać placem budowy dla inwestorów pragnących tam wybudować obiekty związane z turystyką i sportem. Ma być to cicha malownicza miejscowość będąca alternatywą dla gości pragnących wypocząć z dala od zatłoczonego Karpacza czy Szklarskiej Poręby.

Zebrano także pieniądze za które członkowie Towarzystwa Sympatyków Sobieszowa kupili prezenty mikołajkowe dla dzieci z Domu Dziecka „Słoneczko” w Cieplicach.

Mała zapomniana miejscowość górska Jagniątków dziś dzielnica Jeleniej Góry pełniąca rolę osiedla mieszkaniowego niż ośrodka turystycznego, który w przeszłości tętnił życiem goszcząc setki turystów.

Największy rozkwit turystyki przypada na koniec dziewiętnastego i początek dwudziestego wieku, kiedy to do tej małej miejscowości zjeżdżali goście z samego Berlina i Wrocławia. W owym czasie było tam trzy tysiące miejsc noclegowych, funkcjonowały hotele i pensjonaty. Do najsławniejszych należał „Beyers Hotel” am Kynnwaser im Agentendorf (dzisiaj Jagniątków). Znany m.in. z pierwszych w Karkonoszach zjazdów saniami rogatymi. Tutaj mieściła się stacja przewodników górskich i tragarzy lektyk

Co piszą o historii „jeleniogórskich’ Karkonoszy w czeskim informatorze turystycznym VESELÝ VÝLET w roku 2006 r.

„Petrova Buda schronisko górskie po stronie czeskiej, związane z rozwojem turystyki pieszej i atrakcyjnymi zjazdami saniami rogatymi drogą zwaną Piotrówką (czarnym szlakiem) do Jagniątkowa. Jako hotel górski ma za sobą znakomitą historię z tysiącami usatysfakcjonowanych gości. Na wysoko położonych łąkach gęsto posianych ogromnymi kamieniami stała letnia buda już w osiemnastym wieku, kiedy hrabia Morzin z Vrachlabi wynajął grunty rodzinie Pittermannów z Volskiego Dołu. Poprzez zniekształcenie ich nazwiska powstała nazwa Petrova Buda. W 1811 roku na miejscu letniej budy wybudował Johann Pittermann chałupę zamieszkiwaną przez cały rok na wysokiej granitowej suterenie z chlewami. Rodzina i goście mieszkali w części drewnianej, gdzie najwięcej powierzchni zabierało zmagazynowane tam siano. Według słów braci Zineckerów w 1851 roku Ignatz Pittermann zmarł nie zostawiając potomka i dlatego budę kupił od niego w 1844 roku synowiec Johann Zinecker. Zineckerowie przyszli do Karkonoszy w XVI wieku ze Steiermarku w dzisiejszej Austrii Środkowej. W Piotrowej Budzie otworzył pierwsze pokoje gościnne w 1866 roku, ale zasadniczą zmianą poprawiającą standard schroniska było dopiero wybudowanie całkowicie nowego domu w latach 1886 – 1887. Podczas kiedy budowniczowie innych obiektów górskich trzymali się tradycyjnych wzorów budowlanych i tylko powiększali chałupy rolnicze Vinzenz Zinecker wprowadził na szczyty Karkonoszy naprawdę nowoczesną architekturę. Wybudował hotel z płaskim dachem, zaszklonym balkonem i werandą, fasadę ozdobił ornamentem z dwóch kolorów łupków. Nowością był również dach porośnięty trawą. W 1901 roku bardzo słusznie hotel powiększył kosztem budynku gospodarczego dobudową drugiego domu jednakowego pod względem architektonicznym. W ten sposób powstała bardzo dobrze znana sylwetka dwóch połączonych obiektów hotelarskich.

Vinzenz wykorzystał położenie schroniska bezpośrednio na grzbiecie górskim przy granicy państwowej dla oferowania swych usług dla gości z obu stron Karkonoszy. Najlepszy górski hotel po czeskiej stronie gór długo profitował przede wszystkim z gości przychodzących drogą z Agnettendorfu – obecnie Jagniątkowa i Szpindelerowego Młyna. Dzisiaj ten czarny szlak turystyczny nazywa się nie przypadkowo „Piotrówką”. Od końca XIX wieku przychodzili już niemalże w równej mierze goście z obu stron Karkonoszy. W zimie też przyjeżdżali, bowiem od roku 1890 wprowadził Vinzenz Zinecker cieszące się wielkim powodzeniem jazdy gości na saniach „rohaczkach”. Pod górę Piotówką wjeżdżali na saniach ciągniętych przez jednego konia. W restauracji cały dzień się bawili, słono płacili za doskonałe posiłki i znakomite napoje słuchając żywej muzyki. Niektórzy jeszcze tego samego dnia zjeżdżali na saniach kierowanych przez doświadczonego górala w dolinę. Wówczas to była największa atrakcja w Karkonoszach. Licencję po obu stronach gór posiadało wówczas przeszło stu sankarzy.

Czterej synowie Vinzenza Zineckera, który zmarł w 1913 roku, zmodernizowali hotel w latach 1925 – 1929; restaurację powiększyli o dwie werandy i doprowadzili elektryczność. Do hotelu Petrova Buda sprowadzili Bawarii rzeźbiarza Hansa Brochenbergera, absolwenta monachijskiej szkoły sztuki użytkowej. Dekorując restaurację i inne części starego domu wykonał dziesiątki rzeźbionych przedmiotów, z których większość zachowała się do dnia dzisiejszego. Ścianki oddzielające poszczególne stoły zdobią rzeźby z motywami myśliwskimi i górskimi, na żyrandolach są postaci górali, turystów i martwe natury z owocami lub ptakami. Jeszcze bardziej wesołe motywy ozdobiły nową wówczas werandę. Oprócz zaginionej rzeźby młodego narciarza zachowały się głównie na żyrandolach figurki świętujących zwierzątek z instrumentami muzycznymi. Przed wejściem do baru stoi rzeźba ducha gór Liczyrzepy (Karkonosza), kucharza i św. Piotra patrona Szpindlerowego Młyna. Nie wiemy natomiast czy kolorowe witraże z motywami kwiatów karkonoskich pochodzą z tego samego okresu czy też są dużo starsze.

Podobnie jak na Śnieżce miała Piotrowa Buda od 30 lipca 1901 roku własną placówkę pocztową PETERBAUDE, którą w swoim adresie podawały również okoliczne budy. Telegraf niezbędny dla zamawiania pokojów został doprowadzony do hotelu już latem 1877 roku. Dzisiaj często używana skrócona nazwa Piotrówka znalazła się w roku 1924 na pocztowej pieczątce. Poczta działała aż do roku 1938. Na dwa lata została jeszcze uruchomiona w 1946 roku. Ostatnia pocztówka z pieczątką Petrovka ma datę 31.10.47. Ogółem używało się tutaj cztery różne pieczątki pocztowe. Po konfiskacie majątku Niemców sudeckich w 1945 roku nie przyszła tak bardzo oczekiwana przez nowych mieszkańców prywatyzacja, a schronisko zaadaptowano na ośrodek wypoczynkowy Funduszu Wczasów Pracowniczych ówczesnych związków zawodowych. O jakości usług i stanie obiektu na długie lata zadecydowała tzw. socjalistyczna własność. Do 1989 roku nic się w hotelu nie zmieniało. Dopiero prywatyzacja przed sześcioma laty przyniosła zmianę. Obecnie schronisko jest nieczynne i jest systematycznie dewastowane.”

Okolice Jagniątkowa również nie przynoszą dobrego świadectwa troski o wędrujących turystów.

Mamy dwa unikalne rejony Karkonoszy bogate w skalne obiekty fizjograficzne znajdujące się powyżej tej miejscowości Bażynowe Skały i Czarny Kocioł Jagniątkowski.

Bażynowe Skały w Karkonoszach zwłaszcza rejon Chatki AKT to jeden z najbardziej najpiękniejszych miejsc wartych pokazania turystom przebywającym w Jeleniej Górze.
Grzbiet Hutniczego Grzbietu został ukształtowany w wyniku waryscyjskich ruchów górotwórczych sprzed 300 mln lat. Po ustaniu ruchów górotwórczych nastąpił okres intensywnej erozji, szczególnie nasilony w okresie zlodowaceń i po ustąpieniu lodolądu. Wówczas to powstały najbardziej atrakcyjne rzeźby skalnych obiektów fizjograficznych.

Wietrzenie i wysokogórski klimat doprowadziły do powstania charakterystycznych wieńców gruzowych kamiennych i nad którymi górują piękne ukształtowane na wskutek erozji skałki. Najpiękniejsze z nich znajdują się powyżej Jgniątkowa po obu stronach czarnego szlaku do Piotrowej Budy. Górna część Bażynowych Skał powyżej zielonego szlaku została zamknięta dla turystów. Powodem właściciela terenu, którym jest Karkonoski Park Narodowy była ochrona cietrzewia, którego siedliska znajdują się w licznie porastających paprociach Kozackiej Doliny powyżej Dwóch Mostów. Ścieżka Nad Reglami (zielony szlak na Przełęcz Karkonoską) od dwustu lat nigdy nie zagroziła siedliską tych płochliwych ptaków dlatego dla nas turystów jest to decyzja głęboko niezrozumiała. Niekonserwowany szlak zielony od czasów niemieckich po prostu spróchniał i jest obecnie zamknięty na odcinku od Piotrówki do Przełęczy Karkonoskiej.

Na szczęście Bażynowe Skały Średnie i Nadolne mają innego właściciela, którym jest Nadleśnictwo Śnieżka w Kowarach. Możemy tam podziwiać czterdzieści jeden skalnych obiektów fizjograficznych z sześćdziesięciu pięciu które znajdują się na Hutniczym Grzbiecie. Niestety główna Bażynowa Ścieżka od Rozdroża nad Dromaderem jest obecnie zarośnięta i nieoznaczona.

Mapki wszystkich Bażynowych Skał i ślad gps Bażynowej Ścieżki oraz zdjęcia można pobrać ze strony GPSdolnyśląsk.

Kolarową Ścieżką z Jagniątkowa poprzez Rozdroże pod Śmielcem nowo wyremontowanym szlakiem przez Karkonoski Park Narodowy „Ścieżką Nad Reglami” możemy odwiedzić również Czarny Kocioł Jagniątkowski przez który wiedzie nowa drewniana kładka i dalej dojść do Petrovki. Łagodnie wykształcony kocioł polodowcowy podcina zbocza Śmielca i Czeskich Kamieni. Jego skalne ściany wyżłobione kilkoma żlebami, mające po kilkadziesiąt metrów wysokości, opadają stromo skalnymi stopniami do polodowcowego dna z moreną czołową najmłodszego etapu zlodowacenia. Jest jednym ze słabiej wykształconych kotłów karkonoskich. Górna krawędź kotła osiąga wysokość 1325 m. Dno kotła znajduje się na wysokości 1130-1150 m. W pobliżu moreny czołowej jest trzymetrowy Wędrujący Kamień, który kilka razy zmieniał swoje położenie w wyniku schodzących lawin. Z kotła wypływa górski potok Wrzosówka(Kynnwaser). Przy dobrej pogodzie możemy pójść zboczem Śmielca (od Rozdroża pod Śmielcem szlakiem niebieskim) do góry i labiryntem wśród kosodrzewiny dojść do Czarnej Przełęczy po drodze podziwiając Czarny Kocioł Jagniątkowski. Od Czarnej Przełęczy możemy dojść Wielkiego Szyszaka, którego zboczem poprzez gruzowisko kamienne wiedzie piękna kamienna ścieżka na krańcu której znajduje się Czarcia Ambona, z której możemy podziwiać dno i skalne ściany Śnieżnych Kotłów.

W tym rejonie przy dobrej pogodzie panuje duży ruch turystyczny. W 1897 roku wybudowano hotel górski 86 łóżkami i 36 miejscami noclegowymi w salach zbiorowych. Niestety jak hotel Piotrowa Buda ten piękny obiekt jest nieczynny czterdziestu lat. Obecnie przewiduje się gruntowną przebudowę schroniska i kapitalny remont.

Wracając ze Śnieżnych Kotłów do Jagniątkowa możemy Grzbietem Karkonoszy i poprzez Czeskie i Śląskie Kamienie dojść do Petrovki i zejść czarnym szlakiem do Jagniątkowa. W górnej części szlaku widać po prawej stronie najwyższą skałę Bożynowych Skał (niestety do dnia dzisiejszego bez nazwy), z której możemy zobaczyć najpiękniejszą panoramę Kotliny Jeleniogórskiej jaką można sobie tylko wymarzyć. Po wejściu na skałę wyraźnie widzimy całą Jelenią Górę i otaczające ją góry. Szkoda tylko, że jest to teren niedostępny dla turystów.

Członkowie naszego towarzystwa pomijaniu w podejmowaniu decyzji przez poprzedni zarząd miasta chcą aktywnie uczestniczyć w nadrobieniu straconego czasu.
Zinwentaryzowaliśmy nieistniejące i zarośnięte szlaki turystyczne Jeleniogórskich Karkonoszy.

Oznaczone zostały na mapach wszystkie skalne obiekty i atrakcje turystyczne tego rejonu. Wyznaczona została nartostrada dla uprawiania narciarstwa zjazdowego bez wyciągowego na naturalnym śniegu bez wycinki jakichkolwiek drzew. Sporządzimy w roku 2011 e-przewodnik (przewodnik elektroniczny) z profesjonalną stroną internetową z czterdziestoma szlakami rowerowymi i pieszymi Sudetów Zachodnich z inwentaryzacją istniejących szlaków i naniesieniu nowych tematycznych.

Chodzi o szlaki kulinarne, szlak dukatowy, krzyży pokutnych, chybotków skalnych, zamków pałaców i ogrodów. Pragnieniem naszym jest podpisanie listu intencyjnego o współpracy z nowym Zarządem i Radą naszego miasta.

Krzysztof Pik Sekretarz I-KTK-N

Bezwzględna zima

Przed przeczytaniem artykułu sprawdź pogodę na Pogoda Karpacz

Karkonosze wydają się łagodne i niewysokie. Główny grzbiet wygląda jak długi na 17 km wał ziemi, z którego tylko w kilku miejscach sterczą nieco wyższe szczyty z najwyższą Śnieżką 1602 m n.p.m. Mimo, że są to góry z pozoru bezpieczne, jednak od wieków, z powodu zdarzających się złych warunków atmosferycznych, ginęli tu ludzie. Po wycięciu lasów porastających górskie zbocza, których drewno wykorzystywano do produkcji szkła oraz przy wydobywaniu rudy żelaza i dalszej jej przeróbce, tutejsi mieszkańcy zajęli się gospodarką hodowlaną. Nawet wysoko w górze (m.in. przy obecnym schronisku Strzecha Akademicka i koło Samotni) wypasano kozy i krowy.

Hodujący bydło mieszkali w szałasach i budach pasterskich zwanych baudami. Byli to twardzi, zahartowani ludzie, którzy prowadzili biedne i ciężkie życie. Umieralność w dawnych czasach była duża, ale komu udało się przeżyć dzieciństwo, żył do późnej starości. W jednej baudzie mieszkało średnio 7 osób.

Sroga i pełna niedostatku bywała tu zima szczególnie w minionych wiekach, gdy góry były jeszcze niezagospodarowane. W tym surowym klimacie niełatwo było uprawiać kamienistą glebę, a z łąk porastających strome zbocza z trudem zbierano siano na zimową paszę dla krów i kóz. Mleko całym rodzinom służyło do wyżywienia. Wytwarzano też z niego sery i masło na własny użytek oraz na sprzedaż. Za pieniądze ze sprzedanych produktów kupowano najpotrzebniejsze rzeczy codziennego użytku, bez których nie mogło się obejść nawet najbardziej skromne gospodarstwo domowe.

Rozwój turystyki wpłynął znacznie na poprawę życia tutejszej ludności. Stare budy pasterskie lub strażnice położone przy popularnych szlakach stopniowo zamieniały się w schroniska i górskie hotele. Mieszkańcom tej górskiej krainy zaczęło się lepiej wieść.

Poprawiły się warunki bytowe, lecz życie tym ludziom dalej utrudniała pogoda. Mimo, że byli silni, odporni na wpływy atmosferyczne i obeznani z okolicą, nie byli tu bezpieczni. Wiele osób na własnej skórze poznało, jak groźna potrafi być pogoda w górach. Niektórzy ginęli w burzach śnieżnych, lawinach lub zamarzali w śniegu niedaleko od swego domu.

Od wieków pogoda w naszych górach zbierała śmiertelne żniwo. W 1780 r. mieszkaniec jednej z baud wraz z żoną i dwójką dzieci zginął zaskoczony przez śnieżycę. W 1794 r. ofiarą burzy śnieżnej stała się stara gospodyni z Samotni, a z powodu śniegu i zimna w pobliżu schroniska na przełęczy Okraj życie stracił pasterz bydła. W 1868 r. właściciel Wiesenbaude -Lucni bouda Jacob Renner zginął w zamieci 500 kroków powyżej swojego domu. W tym miejscu na pamiątkę postawiono krzyż. Około 5 min. drogi w górę od krzyża stała kapliczka upamiętniająca śmierć drukarza z Czech z żoną i dwoma psami w 1871 r. w katastrofalnej zawiei śnieżnej.

Smutna była śmierć chłopca z Krummhübel – Karpacza, który zarabiał na życie jako przewodnik. Wieczorem 11 września 1851 r. prowadził on turystę do Wiesenbaude – Lucni bouda. Drogę znał dobrze, ponieważ często nią chodził. Niestety nie został na noc w baudzie, lecz wracał pełen radości, że za swoją pracę otrzymał nie zwyczajowe 3 gr., ale aż 5 gr. Do domu już nie dotarł. Mimo pełnych trudu poszukiwań nie znaleziono po nim śladu. Dopiero w czerwcu 1852 r. rozkładające zwłoki odnalazł pasterz bydła. W zachowanych kawałkach ubrania wciąż znajdowały się pieniądze, które chłopiec zarobił.

Śmierci zimowego strażnika z Riesenbaude Stefana Dixa w kwietniu 1900 r. towarzyszyły tragiczne wydarzenia. 26 marca Stefan Dix musiał iść do Dużej Upy, żeby do swojej śmiertelnie chorej żony sprowadzić kapłana z ostatnim sakramentem. Droga przez Riesengrund – Obri Dul była zaśnieżona i występowało zagrożenie lawinowe. Kiedy żona umarła, S. Dix 28 marca ponownie wybrał się w drogę, żeby załatwić pogrzeb. 30 marca ośmiu mężczyzn niosło trumnę z Dużej Upy. Z powodu burzy śnieżnej o sile orkanu musieli zatrzymać się przy kaplicy w Riesengrund – Obri Dul. Sześciu z wielkim trudem bez trumny dotarło do Riesenbaude. Miano zamiar samo ciało bez trumny zanieść w dolinę, ale z powodu strasznej zawiei nie było to możliwe. Pogrzeb musiano przełożyć na 2 kwietnia. Gdy w niedzielę 1 kwietnia śnieżyca wreszcie ustała, Stefan Dix z synem Franzem zaczęli odśnieżać górną część drogi do Riesengrund – Obri Dul. Po kilku godzinach pracy ojca i syna porwała w dół lawina. Synowi S. Dixa udało się wydobyć spod śniegu i ze Śnieżki sprowadzić pomoc. Strażnik ze Johann Kirchschläger wraz z zięciem i bratankiem natychmiast ruszyli na miejsce wypadku. Jednak pomoc przyszła za późno. Stefan Dix przez 22 lata był strażnikiem w Riesenbaude i w jeszcze gorszych warunkach pogodowych bywał w miejscu wypadku. Tym razem to miejsce stało się jego grobem.

Podobny przypadek zdarzył się w Riesenbaude już w 1883 r. Wówczas w baudzie leżało ciało teściowej gospodarza. Tak samo jak w 1900 r. silne śnieżyce i obfitość śniegu nie pozwalały wnieść na górę trumnę. Udało się ją donieść tylko do Waldhaus w Brückenberg – Karpacz Górny. 10 mężczyzn (5 z Karpacza i 5 z Pecu) niebojących się złych warunków atmosferycznych z narażeniem życia wspinało się do Riesenbaude po zwłoki. Niestety nie udało się znieść ciała w dolinę za pomocą kosza – nosidła. 7 mężczyzn szło więc przodem, a 3 na wąskim łóżku ściągało ciało krętą drogą miejscami posuwając się na kolanach. Po 5 godzinach dotarli do Waldhaus, gdzie ciało złożono do trumny i stamtąd przy dalszym wysiłku kontynuowano drogę do kościoła Wang.

W naszych czasach też giną ludzie. I to nie tylko niefrasobliwi turyści, ale również mieszkańcy tych stron i nawet znający góry goprowcy.

W lutym 1946 r. lawina w Kotle Łomniczki porwała dwóch oficerów WOP. W akcji ratunkowej zorganizowanej przez Jerzego Ustupskiego obok polskich mieszkańców Karpacza rekrutujących się z Tatrzańskich Górali i przedwojennych działaczy turystycznych, uczestniczyli niemieccy sportowcy: narciarka Rosemarii Schiller oraz Kurt Weidner.

30 stycznia 1955 r. zdarzył się pierwszy wypadek śmiertelny. W wyniku urazu poniesionego w czasie zjazdu na nartach szlakiem zielonym do Karpacza śmiertelne obrażenia odniósł uprawiający wyczynowo narciarstwo Adam Biłozur z Jeleniej Góry.

W styczniu 1957 r. śnieżna lawina świeżego śniegu w Kotle Łomniczki przysypuje grupę harcerzy. Na szczęście obyło się bez ofiar. W akcji ratunkowej oprócz ratowników SOPR brali udział żołnierze WOP i pracownicy METEO Śnieżka.

23 stycznia 1957 r. na zboczach Śnieżki poniósł śmierć kadet Szkoły Oficerskiej z Brna. Jego kolegę uratowali ratownicy GOPR i żołnierze WOP ze strażnicy pod Śnieżką.

20 marca 1968 r. doszło do tragedii w Kotle Białego Jaru. Lawina zasypała 19 osób. Była to wycieczka radzieckich nauczycielek, które w nagrodę przyjechały w Karkonosze. Prowadził je niedoświadczony przewodnik z Warszawy. Prawdopodobnie grupa sama podcięła lawinę, choć zaraz po wypadku mówiono, że mógł ją wywołać samolot odrzutowy, którzy przekroczył barierę dźwięku. Wszyscy zginęli. Informację o lawinie przyniósł niemiecki turysta, który sam cudem uniknął śmierci. Ekipy ratownicze wyciągały zwłoki przez ponad tydzień. Ostatnią zasypaną osobę turyści przypadkiem znaleźli po dwóch tygodniach.

8 grudnia 1978 r. na lodzie Małego Stawu zamarzł uczestnik wycieczki pomaturalnego studium w Zgorzelcu, który chciał wrócić z Samotni na Strzechę przez Żleb Fajkoszu.

26 stycznia 2003 r. w lawinie zginął 27 letni Tomasz Szałowski mieszkaniec Karpacza i członek karkonoskiej grupy GOPR.

Z kolei 28 lutego 2005 r. w Kotle Małego Stawu w Żlebie Slalomowym zginęło kolejnych dwóch ratowników Daniel Ważyński i Mateusz Hryniewicz. Trzeciego idącego na pomoc też porwała lawina, lecz na szczęście przeżył.

Zimą 2009 r. w pobliżu Lucni Baudy na Złotym Stoku lawina przysypała snowboardzistę. Mimo natychmiastowej pomocy z czeskiej i polskiej strony nie udało się go uratować i wydobyto jedynie ciało.

Niby Karkonosze wydają się niegroźne, to jednak w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat działania polskiego GOPR-u zginęło w nich prawie 100 osób!

Kiedy spada wiele świeżego śniegu, ogłaszany jest 3 stopień zagrożenia lawinowego i szlaki turystyczne muszą zostać zamknięte. Ale jak to często bywa, zakaz nie jest respektowany. Zdarzają nieposłuszne lub nierozważne osoby.

Najlepszą ochroną przed siłami natury jest rozsądne zachowanie i przestrzeganie zakazów, a wtedy pobyt w górach będzie pięknym przeżyciem.

Iwona Gucwa

Zamek Lenno 2010

Pamiętam jakby to było wczoraj. Słoneczna niedziela 9 kwietnia 2006 roku. Ktoś na rynku we Wleniu nagle zawołał: – Zamek runął!

Zamek we Wleniu

Spojrzałem na Górę Zamkową. Nic się nie zmieniło. Uśmiechnąłem się pod nosem i wszedłem do sklepu. Tu trwała ostra dyskusja. Początkowo nie wiedziałem o czym ci ludzie rozmawiają. Jednak szybko wyjaśnili mi co się stało. Nie chciało mi się wierzyć. Przecież to niemożliwe, pomyślałem. Wsiadłem w samochód i pojechałem na wzgórze. To co ujrzałem zaparło mi dech w piersi. Obraz przerósł wszelkie wyobrażenia, jakie po drodze do siebie dopuszczałem.

Południowo- zachodnia ściana Wleńskiego Zamku runęła! Mur o długości kilkunastu metrów po prostu się przewrócił. Stos kamieni przykrył drogę. Pierwsze pytanie jakie się nasuwa w takiej chwili to czy pod tymi zwałami nie ma ludzi. Czy nikt nie przechodził tędy. Przecież jest tak ciepło i słonecznie. To jeden z pierwszych w tym roku tak pogodnych dni. Jednak ludzie, którzy byli na miejscu, którzy dotarli tu pierwsi twierdzili, iż na pewno nikogo nie było. Ktoś twierdził nawet, że widział jak ściana się wali. Od tak, sama z siebie – mówił starszy pan.

Widok z baszty

Smutny wróciłem do domu. Pomyślałem w duszy- to już koniec- to koniec tego zamku, to koniec tej jakże pięknej karty w dziejach Śląska, to koniec z turystyką w gminie Wleń. Znając podejście urzędników do takich spraw, byłem wówczas pewien, iż teraz to dostęp do zamku zostanie zamknięty, zaczną się rozmowy, plany, przetargi, odwołania, kolejne plany i nowe uzgodnienia i tak dalej i tak dalej a natura szybko dokończy dzieła zniszczenia, szybko przykryje płaszczem ziemi resztki murów, które jeszcze pozostały. Zamknięcie dostępu do tej Perły, do miejsca tak chętnie odwiedzanego przez turystów to śmierć dla turystyki w całej okolicy. Te ruiny były tym co mieliśmy najcenniejszego. Teraz po latach beztroski, po kilku wiekach zaniedbań i nic nie robienia przyszedł czas na pokutę. Zabezpieczenie ruin, czy może odbudowa przynajmniej jakiejś części zamku, to stosy papierów, które będą teraz krążyć od Annasza do Kajfasza a ruch turystyczny w tym czasie zaniknie i za kilka lat już nawet przewodnicy nie będą pamiętać, że na Górze Zamkowej nad Wleniem stał kiedyś olbrzymi gród obronny strzegący granicy Polski z Czechami. Był on najstarszym murowanym zamkiem na ziemiach polskich. Domem Henryka Brodatego i jego żony księżnej Jadwigi, uznanej później za świętą – Patronkę Śląska. Siedzibą książąt i rycerzy, zacnych rodów i rabusiów. Umacniany i rozbudowywany wielokrotnie zmuszał do odwrotu wojska nieprzyjaciela. Był jedynym, który odparł wielomiesięczne oblężenie wojsk husyckich. Zdobyty, dopiero podczas wojny 30-letniej przez wojska cesarskie, został wysadzony „…by już nigdy nie był bastionem oporu”.

Od tamtej pory matka natura co jakiś czas przypominała o konieczności podjęcia działań i zabezpieczenia tego co po odejściu wojsk cesarskich zostało. Jednak ludzie nie słuchali. Przez wiele lat, kamienie z murów zamkowych służyły za tani, łatwy w pozyskaniu i bardzo dobry materiał budowlany. Każdy brał jak swoje, nikt nie zamierzał tu inwestować. Zmieniały się też czasy i coraz nowsza i skuteczniejsza broń nakazywała odejście od takich warowni. Nie spełniały one już swego zadania. Ruiny były już tylko atrakcją turystyczną. Jednak jaką atrakcją?! Co roku przyjeżdżały tu tysiące turystów w poszukiwaniu wrażeń. Jedni doceniali niesamowity widok jaki rozciągał się z wieży. Inni szukali rycerza bez głowy pędzącego na czarnym rumaku. Jeszcze inni chcieli stanąć w miejscu gdzie niegdyś przechadzali się wielcy tego świata. Teraz to wszystko zniknie z braku pieniędzy, chęci, z niezaradności, z powodu złych przepisów… Żal, po prostu żal.

Następnego dnia na miejscu katastrofy pojawili się robotnicy. Szybko wznieśli wysoki płot broniący dostępu do murów. Na bramie powiesili kłódkę. Wszędzie zawisły tablice: „TEREN BUDOWY -WSTĘP WZBRONIONY”.

Góra zamkowa

Od tamtej pory odwiedzałem Górę Zamkową jeszcze niejednokrotnie. Jest to przecież miejsce wyjątkowe. Nawet bez dostępu do ruin średniowiecznego zamku jest tu jeszcze wspaniały kompleks pałacowy Lenno, mały, zabytkowy kościółek p.w. św. Jadwigi, jest Rezerwat Przyrody z cennymi gatunkami roślin. Cała góra jest miejscem z wyjątkowym klimatem. Spacerując tu człowiek zapomina o świecie. Traci poczucie czasu. Problemy i troski zastępują marzenia. Za każdym razem patrzyłem czy przy zamku coś się dzieje. Jednak nikt nic tam nie robił. Stał płot, wisiały tabliczki i … I nic.

Jakież było moje zdziwienie kiedy to w lipcu 2009 roku zobaczyłem jak pod zamek podjeżdża mała ładowarka. Przy ruinach stał już barak robotników i prowadzone były prace porządkowe. Coś się jednak dzieje? Super!

Faktycznie jak się dowiedziałem od robotników Gmina Wleń pozyskała z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego dotacje na rewitalizację zamku. Projekt wieloetapowy przewidywał uporządkowanie zawaliska, odbudowę ściany, drenaż dziedzińca, stabilizację wieży jak również usunięcie samosiejek i zabezpieczenie pozostałych murów. Jak dobrze pójdzie za trzy, cztery lata Zamek Lenno znowu przywita turystów.

Wraz z pracami typowo budowlanymi prowadzone były prace archeologiczne. Ta katastrofa była wyjątkową okazją dla badaczy. Mogli oni teraz spenetrować całą sekwencję nawarstwień kulturowych. Z zawaliska wydobyto tysiące fragmentów glinianych naczyń, z których najstarsze sięgają X wieku. Znaleziono cenne z punktu widzenia historii kafle i elementy metalowe, wartościowy, wczesnonowożytny medalik okultystyczny z XVI-XVII wieku, czy fragment belki z muru kurtynowego. Te odkrycia dają pewność, iż w tym miejscu, już w X wieku stał gród obronny. Nie ma też wątpliwości, że pierwsze elementy murowane pochodzą z XII wieku. Wszystkie te cenne znaleziska będzie można wkrótce oglądać w mającym powstać, specjalnie w tym celu muzeum.

Prace budowlane nie szły tak jak by się spodziewano. Przyroda z wszystkich sił chciała zabrać resztki naszego dziedzictwa. Deszczowa jesień, wyjątkowo mroźna zima, wiosną znowu lało, upalne, aż do przesady lato. To wszystko miało wpływ na tępo prac. Dzisiaj możemy powiedzieć: Uff! Drugi etap prac dobiega końca. Ściana została odbudowana, zabezpieczono dziedziniec, dobiegają końca prace porządkowe. Wkrótce robotnicy opuszczą Górę Zamkową.

Zamek w październiku

Warto przyjechać i zobaczyć na własne oczy efekt tych prac. Warto się również spieszyć, ponieważ wiosną znowu wejdą tu robotnicy i teren zostanie pewnie zamknięty. Planowane są dalsze prace, które mają przede wszystkim zabezpieczyć ruiny przed działaniem erozji. W pierwszej kolejności liftingowi zostanie poddana wieża. Teraz wszyscy mają wyjątkową okazję by podziwiać to urocze miejsce w promieniach jesiennego słońca. Zobaczyć ten stary -nowy zamek, pomiędzy kolejnymi etapami prac.

Gorąco zapraszam do Wlenia i na Górę Zamkową.

Marek Krzysztof Dral, www.wlen.org.pl

Mapa i kompas

Kiedy spacerujemy z kijami mogą zdarzyć się sytuacje, na które niestety nie mamy bezpośredniego wpływu. Może zaskoczyć nas mgła, śnieżyca lub po prostu chwilowa dezorientacja wywołana przez różne czynniki.

Prowadząc aktywność rekreacyjną w miejscach nam znanych sprawa orientacji w terenie wydaje się oczywista i prosta. Przeciwnie dzieje się jednak w przypadku wyjazdu w miejsca niedostępne lub z ograniczonym oznakowaniem szlaków.

Nieodłącznymi elementami wyposażenia powinny być mapa i kompas. Do przydatności takiego sprzętu w sytuacjach awaryjnych chyba nie należy nikogo przekonywać.
Najważniejszą umiejętnością w zastosowaniu mapy jest właściwe jej zorientowanie i odniesienie się do tego co ona pokazuje.

Każda mapa zawiera legendę, skalę, poziomice, punkty wysokościowe i siatki współrzędnych, których poprawne odczytanie gwarantuje sukces odnalezienia się w terenie.

Jeśli w terenie panuje dobra widoczność zorientowanie mapy nie powinno przysporzyć żadnego kłopotu. Sytuacja zmienia się, kiedy panują skrajnie trudne warunki ze słabą widocznością (mgła, śnieżyca). Wtedy do właściwego ułożenia mapy w stosunku do terenu potrzebny nam będzie kompas.

Przykładając krawędź kompasu do krawędzi mapy przy zachowaniu orientacji północ – południe rozpoczynamy orientowanie w terenie.

W tym celu należy poprawić wskazanie kompasu o różnicę zboczenia magnetycznego (deklinacji magnetycznej). W naszej szerokości geograficznej np. dla miasta Wrocławia deklinacja wynosi 3,5 stopnia na wschód. Czyli tarczę kompasu obracamy o 3,5 stopnia na zachód (w lewo).

Następnie obracamy mapę z kompasem w taki sposób, aby igła zaczęła wskazywać nam północ (oznaczenie N lub 0).

Teraz wszystkie kierunki na mapie są zgodne z kierunkami w terenie czyli np. jeśli narysujesz linię łączącą Twoją pozycję z jakimś obiektem na mapie to na jej przedłużeniu będzie znajdować się ten obiekt w terenie.

Trzymając się wszystkich podanych zasad można bez problemu w przypadku niekorzystnych warunków pogodowych odnaleźć właściwą drogę.

www.nordicwalking.karpacz.pl

Linia przez Szklarską Porębę – Kolej Izerska? Zackenbahn?

„Kolej Izerska” – oryginalnie była to nazwa noszona przed wojną przez prywatną kolej Mirsk-Świeradów Zdrój: Isergebrigsbahn A.G.

Gdy w 1991 roku grupa osób wywodząca się z Partii Zielonych nawiązała współpracę z czeskimi kolegami na rzecz reaktywacji przewozów na nieczynnej linii i aby skutecznie prowadzić działania, konieczne było otrzymanie osobowości prawnej. Jednym z podstawowych wymogów dla rejestracji stowarzyszenia jest nazwa – jej propozycja została podsunięta przez partnerów czeskich, z ich punktu widzenia określenie „Kolej Izerska” (Jizerská dráha) jest bowiem poprawne.

Do 1938 roku linia prowadziła z Hirschberg (ówczesna nazwa Jeleniej Góry) do Polubny (od 1938 r. Polaun, od 1945 r. Kořenov), gdzie następowała odprawa celna i paszportowa oraz zmiana trakcji. Od strony niemieckiej linia była zelektryfikowana, od strony czechosłowackiej do stacji węzłowej Tannvald prowadziła linia z odcinkami wymagającymi napędu zębatego, obsługiwana przy wykorzystaniu parowozów. Granica przebiegała na Izerze, jednak przebieg linii wymuszał przejście przez teren sąsiedniego państwa już wcześniej, za ładownią Neuwelt / Novy Svet / Nowy Świat.

Po przyłączeniu części Czechosłowacji do III Rzeszy granice zniknęły, jednak w 1945 roku nowa granica Polski znów podzieliła linię na Izerze. Ruchu transgranicznego nie wznowiono, z terenu Polski wysiedlono praktycznie całą ludność, natomiast po stronie czechosłowackiej Harrachov był popularnym kurortem. Brak możliwości korzystania ze znajdującej się nieopodal (lecz za granicą) stacji był na tyle uciążliwy, że w lutym 1959 roku dokonano regulacji przebiegu granicy. Odcinek linii kolejowej, który znalazł się w Czechosłowacji, wraz z praktycznie nieużywaną od wojny częścią do stacji Tanvald, historycznie, administracyjne i technicznie nie były związane z linią zębatą (po czesku Zubačka) Tanvald-Kořenov. Ponieważ szlak przebiegał zboczami Gór Izerskich, można było użyć inną, zgodną z realiami geograficznymi nazwę.

Z polskiego punktu widzenia jednak, na terenie naszego kraju istniała już inna, wspomniana wcześniej linia kolejowa o takiej nazwie.

Aktywne działania Towarzystwa Kolei Izerskiej wpłynęły na rozpropagowanie określenia, zaś po akcji medialnej w związku z (nie)uruchomieniem przewozów, „Kolej Izerska” kojarzyć się będzie większości z samorządową linią w Szklarskiej Porębie.

Używanie terminu „Kolej Izerska” do momentu przejęcia przez Województwo Dolnośląskie było niewłaściwe także z innego powodu: mianem „kolei” dawniej określano przedsiębiorstwa budujące linie kolejowe i obsługujące je. Linia przez Szklarską Porębę stanowiła od momentu wybudowania część sieci kolei państwowych (pruskich, niemieckich, polskich). Tym bardziej jej fragment nie mógł nosić miana „kolei”. Z momentem przejęcia przez samorząd sytuacja zmieniła się: odtąd tor od Szklarskiej Poręby Górnej do granicy nie należy do państwowego zarządcy, również przewozy są zamawiane przez Urząd Marszałkowski. Nazywanie przejmowanych przez samorządy tras „kolejami” zaczyna być ponadto obecnie trendem.

Również z geograficznego punktu widzenia dla tego fragmentu linii określenie to jest lepsze niż omówiona poniżej „Kolej Doliny Kamiennej”, gdyż rzeka towarzyszy nowo położonym torom tylko na krótkim odcinku.

O ile więc możliwe jest zaakceptowanie określenia „Kolej Izerska” dla zrewitalizowanego odcinka samorządowego, to użycie go dla całej linii z Jeleniej Góry byłoby nadużyciem. Można się jednak spodziewać takiego rozszerzania pojęcia, gdy pociągi w końcu zaczną kursować w całej relacji do Kořenova.

Niemieckie określenie linii: „Die Zackenbahn” (Kolej Kamiennej) jest popularne w Polsce z dwóch powodów: nazwę tę nosi monografia linii, przyjął ją także serwis internetowy. Kłopot w tym, że w swojej przedwojennej historii linia nie była tak nazywana: jako fragment sieci kolei państwowej był to po prostu szlak Hirschberg-Schreiberhau-Polubny/Polaun. Nazwa ta pojawiła się w relacjach prasowych na okoliczność otwarcia linii, gdzie występuje co prawda bardziej poprawne określenie Zackenthalbahn (Kolej Doliny Kamiennej), jednak na potrzeby rytmiki wiersza napisanego z okazji otwarcia linii, środkowy człon został usunięty. Użycie przez H.Ch. Kaspera do zatytułowania książki sprawiło jednak, że określenie to rozpowszechniło się. Jest ono nieszczęśliwe z jeszcze jednego powodu: niemiecka nazwa rzeki Kamiennej – Zacken – to także przymiotnik „ząbkowany”. Bez członu określającego, że chodzi o rzekę lub jej dolinę, osoba postronna może zrozumieć nazwę niepoprawnie. Dodatkowo linia przez Szklarską Porębę łączy się w Kořenovie z koleją zębatą [Zahnradbahn], co przy niewłaściwym zrozumieniu lub tłumaczeniu nazwy „Zackenbahn” może wprowadzić dodatkowe zamieszanie.

W języku polskim sytuacja nie przedstawia się lepiej: „Kolej Doliny Kamiennej” jest długie i niejednoznaczne (nie wiadomo czy chodzi o Dolinę Kamienną czy dolinę rzeki Kamiennej, rzek o takiej nazwie jest kilka), podobnie inne możliwe formy. Z resztą w Polsce linie kolejowe rzadko noszą własne nazwy, zwykle określane są przez stacje końcowe.

W 2008 roku fragment linii kolejowej od stacji Szklarska Poręba Górna do granicy państwa został przejęty przez Województwo Dolnośląskie. ” Od momentu przejęcia, linia nr 311 (według wykazu D29) kończy się właśnie w km 29,844 , zatem termin ten nie jest już właściwy do określenia całej trasy kolei przebiegającej przez Szklarską Porębę.

Przez większość okresu funkcjonowania połączenie to było określane trywialnie, lecz trafnie „linią do Szklarskiej”. Biorąc pod uwagę możliwość wyjazdu na stronę czeską, oraz fakt, że na terenie Szklarskiej Poręby znajduje się ponad połowa długości szlaku, dziś najwłaściwszym byłby termin „linia przez Szklarską”.

Dominik Kara

(artykuł pochodzi z serwisu www.KwSzP.Info)

Gustaw Heinrich – prawda i mity

Odnalezienie szybów Gustaw i Heinrich w okolicy Białego Jaru było podejmowane co najmniej kilkukrotnie. Jak dotąd nie udało się oficjalnie potwierdzić tego, że wciąż mogą być one dostępne. O dostępności tych miejsc warto więcej napisać. Teren, w którym miałby by one występować jest wyjątkowo niekorzystny co w ogromnym stopniu przyczynia się do ciągłego braku informacji na temat tego miejsca.

Biały Jar to miejsce magiczne i tajemnicze. To właśnie ta wyjątkowa niewiedza na temat istnienia wyrobisk i szybów po XIX wiecznych kopalniach srebra i ołowiu powoduje niedosyt, który niejednemu poszukiwaczowi spędza sen z powiek. O sztolniach w tym rejonie krążą różne informacje. Jedną z nich jest fakt, że z jednym z wspomnianych szybów połączona była 60 metrowa sztolnia a wewnątrz znajdowały się chodniki, które odchodziły w różnych kierunkach. Takie rozwiązanie świetnie nadawałoby się na skrytkę poniemieckich skarbów.

Podobno cały jar został spenetrowany metr po metrze – nawet przy użyciu georadaru. Badania te nic nie wykazały a nawet zanegowały fakt istnienia jakichkolwiek wolnych przestrzeni pod ziemią.

Na ile poziom poszukiwań w rejonie Białego Jaru jest prawdą tego nie wiadomo. Na pewno teren jest niezwykle trudny. To co natura potrafiła zatuszować przez szereg lat może być niezwykle trudne do odnalezienia. Jeśli zaś teren został spreparowany przez człowieka celem kamuflowania tego co można było tam ukryć sprawa wydaje się oczywista.
Gorzej jest znaleźć coś co zostało zatajone przez naturę w toku naturalnego procesu niż to co zostało specjalnie zakamuflowane przez człowieka w celu dalszego korzystania.
Być może w roku 1968, kiedy Jar w całości był dostępny dla turystów właśnie szukano takiej skrytki. Doszło wtedy do tragicznego w skutkach wydarzenia. W lawinie śnieżnej, jaka wówczas zeszła, zginęło 19 osób należących do dwóch grup młodzieżowych. Grupy te wyruszyły rano ze schroniska SZMP „ORLINEK” w Karpaczu do Białego Jaru, oficjalnie w celach turystycznych, ale w rzeczywistości „młodzieżowcy” prawdopodobnie poszukiwali „Gustawa” i „Heinricha”.. Wśród ofiar lawiny było 13 lub 14 Rosjan, 4 obywateli NRD oraz jeden lub 2 obywateli PRL.

Do spenetrowania wciąż pozostaje teren, który niesie za sobą tajemnicę. Bo przecież nie może nie istnieć coś o czym się pisze. To nie jest legenda tylko fakt. Przecież na tych terenach od wieków poszukiwano drogocennych kruszców. Tworzono wyrobiska i sztolnie.
Wiara w istnienie Gustawa i Heinricha połączona z determinacją poszukiwaczy doprowadzą do odkrycia tego miejsca i rozwiązania tej zagadki.