Jesień w Karkonoszach

Długi listopadowy weekend spędziliśmy w Karkonoszach

Samochody zostawiamy w Szklarskiej Porębie na zarezerwowanym wcześniej parkingu przy hotelu Diament (można też stanąć nieopodal, w zatoczce przy drodze). Biegnie stąd żółty szlak do schroniska Pod Łabskim Szczytem, położonego 1168 m n.p.m. Niezrażeni padającym deszczem ruszamy w górę przez las. Droga wznosi się łagodnie. Wokół zieleń świerków, gdzieniegdzie złocą się modrzewie.

Szrenica w oddali

Mijamy charakterystyczne Kukułcze Skały i wkrótce stajemy w drzwiach schroniska (podejście zajęło nam niespełna dwie godziny). Dwa drewniane budynki o stromych zielonkawych dachach znakomicie wpisują się w krajobraz. Zachowały dawny urok, w czym mają wielką zasługę Elżbieta i Waldemar Maciejowscy, którzy gospodarzą tu od 1980 r. i stopniowo je odnawiają.

Kukułcze Skały w oddali

Już w XVII w. przy szlaku łączącym Śląsk z Czechami wzniesiono pierwsze myśliwsko-pasterskie zabudowania. W 1914 r. odbudowano po pożarze i stopniowo powiększono schronisko, a w latach 30. dostawiono drugi budynek. Do dziś obydwa służą turystom. Pod Łabskim Szczytem nocleg znajdzie ok. 50 osób, mogą też liczyć na smaczne posiłki. Jest czysto i ciepło, a uroku dodaje fakt, że prąd jest tylko wieczorem (z agregatu, warto zabrać ze sobą latarkę).

Schronisko w oddali

Lokujemy się w pokojach, posilamy w bufecie i – choć zaczyna już zmierzchać – idziemy na krótki spacer. Deszcz stopniowo ustaje. Po powrocie, już zza szyb, podziwiamy migoczące w dolinie światła Szklarskiej Poręby i Jeleniej Góry.

Nazajutrz pogoda się poprawia, nie pada, choć po niebie galopują gnane silnym wiatrem chmury. Ruszamy żółtym szlakiem w górę, do skrzyżowania ścieżek. Stąd krótko czerwonym w stronę Szrenicy, aby na Mokrej Przełęczy skręcić w lewo, trasą wiodącą do Czech. Tuż przy granicy stoi niewielkie schronisko Vosecka Bouda (teraz jednak zamknięte, czynne latem, a zimą, od 25 grudnia, kiedy to stanowi znakomitą bazę dla narciarzy biegowych).

Vosecka Bouda

Po chwili zbliżamy się do rzeki Mumlavy, malowniczo spływającej zboczem przez las. Tablica informacyjna opisuje zwierzęta, które występują w okolicy – lisy, zające, sarny, kuny, łasice. Nie przekraczając wody, schodzimy w dół, w stronę schroniska Dvoracky. Zimą ta okolica zamienia się w rozległy kompleks narciarski Rokytnice nad Jizerou. Rozpoznajemy trasy, po których szusowaliśmy kilka lat temu…

Obok schroniska dobiega właśnie końca budowa dużego hotelu. Jak zwykle można tu zjeść obfity i smaczny posiłek, z czego skwapliwie korzystamy (solidny obiad z napojami – ok. 150 koron). Posileni ruszamy czerwonym szlakiem nieco w górę.

Idąc w kierunku granicy z Polską, docieramy do źródeł Łaby – Pramen Labe, 1387 m n.p.m. Miejsce oznaczone jest ocembrowanym kręgiem, w którym zbiera się woda. Na zboczu mozaika z barwnych kamieni przedstawiająca bieg Łaby i herby leżących nad nią miast. Do granicy jest stąd bardzo blisko. Od niej skrótem można zejść do naszego schroniska lub – skręcając w prawo – wrócić czerwonym szlakiem nieco okrężną drogą przez Łabski Szczyt. Wybieramy ten drugi wariant. Wierzchołek Łabskiego Szczytu (1471 m) to rumowisko dużych bloków skalnych. Wspinamy się nań, choć z widoków nici – właśnie nadciągnęły chmury. Przy silnym wietrze wracamy do schroniska.

Trzeciego dnia czeka nas zielony szlak zwany Ścieżką Nad Reglami. Kamienistą dróżką wędrujemy wśród kosodrzewiny w kierunku Śnieżnych Kotłów – jednego z najpiękniejszych i najbardziej widokowych miejsc w Karkonoszach.

Kocioł

Dwa polodowcowe kotły między Łabskim Szczytem a Wielkim Szyszakiem stanowią ścisły rezerwat Karkonoskiego Parku Narodowego. Ściana Wielkiego Kotła to ponad 100-metrowe urwisko. Poniżej leżą Śnieżne Stawy – dwa niewielkie jeziorka o krystalicznie czystej wodzie.

Śnieżne Stawki w kolorach października

Na górze znajdują się punkty widokowe oraz charakterystyczny budynek telewizyjnej stacji przekaźnikowej, w którym do lat 60. XX w. mieściło się schronisko, tuż obok grupa skał Czarcia Ambona.

Śnieżne Kotły latem

Punkt widokowy na Śnieżne Kotły

Jednak kotły najpiękniej wyglądają z dołu, właśnie ze Ścieżki nad Reglami.

Na zielonym szlaku

Nasyciwszy się krajobrazem, idziemy dalej. Szlak wiedzie lasem (miejscami na błotnistej ścieżce ułożono drewniane kładki), a gdy zeń wychodzimy, otwiera się przed nami piękny widok na Kotlinę Jeleniogórską. Jeszcze trochę – i skrzyżowanie szlaków. Wybieramy czarny biegnący w górę, ku granicy. Tuż za nią leży Petrova Bouda, gdzie zamierzamy stanąć na popas. Niestety, duży obiekt zamknięty jest na głucho, a kartka na drzwiach kieruje nas 500 m dalej, do Moravskiej Boudy, ale i tu nieczynne. Niezrażeni idziemy w stronę szyldu „Restaurace”. Drzwi ustępują, wnętrze jest przestronne i ładnie urządzone, pani za ladą miła, ale… nie ma nic do jedzenia. Pozostaje nam herbata i gorąca czekolada oraz niesiony w plecakach prowiant.

O 15 ruszamy z powrotem. Tym razem górą, czerwonym szlakiem, tzw. Drogą Przyjaźni, wzdłuż granicy. Po niebie pędzą chmury, wieje silny wiatr – pogoda dodaje wędrówce szczególnego uroku. Mijamy ciekawe formacje skalne o nazwie Śląskie Kamienie, a dochodząc do Wielkiego Szyszaka (1509 m), postanawiamy przejść przez jego wierzchołek. To drugi – po Śnieżce – szczyt polskich Karkonoszy. Wiedzie nań wyraźna ścieżka z kamiennych płyt ufundowana w XIX w. przez ród Schaffgotschów. Są tam resztki kamiennego obelisku ku czci niemieckiego cesarza Wilhelma I.

Szczyt Wielkiego Szyszaka

Przed zmierzchem ruszamy w dół. Schodząc, mijamy telewizyjną stację przekaźnikową – tę samą, którą przed południem oglądaliśmy ze Ścieżki nad Reglami. Żółty szlak odbija w prawo, ku schronisku, gdzie czeka na nas gorąca zupa pomidorowa i pyszne pierogi (do wyboru: ruskie, z mięsem lub z kapustą i grzybami).

Ostatniego dnia wybieramy się na krótką wycieczkę na Halę Szrenicką. Jest słonecznie i ciepło. Tzw. Mokrą Drogą (zielony szlak) zmierzamy ku Szrenicy. Mijamy grupę skał o nazwie Trzy Świnki i wkrótce jesteśmy na czubku Szrenicy (1362 m), tuż obok dużego schroniska. Roztacza się stąd przepiękna panorama Gór Izerskich, czeskich i polskich Karkonoszy oraz Kotliny Jeleniogórskiej. Dodatkowo możemy podziwiać niezwykły spektakl na niebie – na tle intensywnego błękitu mkną śnieżnobiałe, puchate chmury, przypominające wodospad. Niezapomniane zjawisko!

Schronisko na Hali Szrenickiej

Wędrujemy ku Hali Szrenickiej, gdzie stoi kolejne schronisko. Zimą ten rejon zamienia się w popularny kompleks narciarski. W innych porach roku prócz wędrowców pojawiają się też miłośnicy rowerów górskich.

Wracamy tą samą drogą, sycąc się słońcem i widokami: schronisko na Szrenicy rysuje się na tle błękitnego nieba, skalne formacje tworzą fantazyjne kształty, a nasza ścieżka wiedzie wśród zielnej kosodrzewiny.

Pod Łabskim Szczytem pakujemy plecaki i schodzimy do Szklarskiej Poręby, z żalem żegnając jesienne Karkonosze.

Noclegi Pod Łabskim Szczytem zarezerwowaliśmy przezornie z wyprzedzeniem (i słusznie, bo turystów sporo). Noc w dwójce – 32 zł/os., zniżki dla członków PTTK. Tel. 075 752 60 88. Pierogi – 7 zł, bigos – 8, zupy po 5 zł, grzane piwo z imbirem – 7 zł

Alina Wachowska
www.gazeta.pl

Karkonosze – drugi dzień wyprawy

11 października 2008r.

Drugi dzień w Karkonoszach przywitał nas pięknymi, tajemniczymi mgłami.

Widok z Pyszałka

Po śniadaniu, gdy mgły już opadły i oczom naszym ujawniły się piękne widoki i mogliśmy podziwiać zbocza gór ze złocisto – zielono – czerwono – żółtymi drzewami. W tym roku jesień była bardzo kolorowa, a jej piękno w pełni można było zobaczyć właśnie w Karkonoszach.

Poranne mgły nad Karkonoszami

Postanowiliśmy ten pięknie zapowiadający się dzień wykorzystać na całodniową wędrówkę. Wyruszyliśmy ze Szklarskiej Poręby żółtym szlakiem w kierunku Schroniska Pod Łabskim Szczytem.

Na żółtym szlaku

Wędrujemy żółtym szlakiem do Schroniska Pod Łabskim Szczytem.

Tuż przy schronisku

Za nami i przed nami uczestnicy Karkonoskiego Rajdu Gmin Partnerskich.

Karkonoski Rajd Gmin Partnerskich

Rozmowa z turystami

Wspólnie, z uczestnikami Karkonoskiego Rajdu Gmin Partnerskich, odpoczywaliśmy przy Kukułczych Skałach, słuchając opowieści Pani Przewodnik.

Uczestnicy Karkonoskiego Rajdu

Dowiedzieliśmy się, że jest Kukułcze Skały to okazała grupa granitowych skał ciągnąca się na wysokości 1053-1125 m.npm. składająca się z 3 baszt skalnych, z których środkowa ma postać wąskiej iglicy o wysokości około 7 m. Nosi nazwę Wahadła ze względu na możliwość wprawienia jej w ruch. Kukułcze Skały stanowią teren wspinaczkowy.

Kukułcze Skały

Idąc do schroniska w oddali widoczne były Borówczane Skały. Duże zgrupowanie granitowych skałek ciągnące się na długości ok. 300-400 m., na wysokości 1000-1060 m.npm. Najczęściej nazwę Borówczane Skały nosi 12 m. wysokości środkowa, najwyższa grupa skalna stojąca na wysokości 1010 m.npm. Do 1945 r. stanowiła pomnik przyrody. Powierzchnia skałek jest silnie spękana, znajdują się na niej kociołki wietrzeniowe.

Borówczane Skały

Krótki odpoczynek w Schronisku Pod Łabskim Szczytem.

W schronisku

Myślę, że właścicielka Schroniska była bardzo zadowolona z wizyty tak dużej grupy. Ja z kolei byłam zaskoczona, gdyż opowiadano mi, że schronisko to nie jest zbyt często odwiedzane. Jednak piękna słoneczna jesienna pogoda i świadomość, że lada chwila spadnie śnieg, uniemożliwiając swobodne poruszanie się po Karkonoszach, zmobilizowała turystów do odwiedzenia gór w połowie października.

Ze schroniska leżącego na wysokości 1168 m.n.p.m roztacza się wspaniały widok na Szklarską Porębę, Kotlinę Jeleniogórską, Góry Izerskie za którymi rozciąga się panorama Dolnego Śląska sięgająca przy dobrej widoczności aż na odległą ok 35km Ostrzycę.

Schronisko w oddali

Schronisko Pod Łabskim Szczytem

Schronisko Pod Łabskim Szczytem – niewiele pozostało miejsc w których można z daleka od cywilizacji, w kontakcie z przyrodą wypoczywać i cieszyć się spokojem. Wiele obiektów, które powstały jako schroniska mające służyć utrudzonym górskimi wędrówkami turystom, przekształciło się w „hotele” i restauracje przez które przetaczają się tabuny niedzielnych wycieczkowiczów – zaliczających w przelocie najbardziej popularne szlaki.

Schronisko Pod Łabskim Szczytem posadowione na krawędzi Łabskiego Kotła, na skrzyżowaniu wielu turystycznych szlaków, zachowało klimat i atmosferę prawdziwego górskiego schroniska i stanowi doskonałą bazę wypadową do zwiedzania Karkonoszy.

Opuszczamy schronisko

Historia Schroniska Pod Łabskim Szczytem

(za Wikipedią)

Schronisko należy do najstarszych w Karkonoszach, powstało w czasie wojny 30-letniej (1618-1648) jako jedna z pierwszych bud pasterskich (lub leśniczówki), dającym jednocześnie schronienie wędrowcom, a w czasie epidemii, która wówczas wybuchła, buda strzegła Czeskiej Ścieżki. Wraz ze wzrostem zainteresowania górami i rozwojem turystyki w Karkonoszach stare budy pasterskie zaczęły zmieniać swój wygląd, stając się schroniskami górskimi. W okolicy schroniska jeszcze na przełomie XVIII i XIX wieku wypasano zwierzęta.

Najstarszy rysunek przedstawia schronisko w 1780 – była to prosta budowla ze stromym dachem, o konstrukcji zrębowej. Początkowo nazywano ją Eliasch Baude (Budą Eliasza) lub Jesaiasch Baude (Budą Jesaiasza), od właściciela Jesaiasza Siegela, następnie Schlesische Baude (Śląską Budą), a po 1787 Alte Schlesische Baude (Starą Śląską Budą) i ta nazwa się utrzymała.

Do 1848 było w rękach rodziny Hallmannów, w 1888 przeszło w ręce rodziny Erlebachów i w tym roku dobudowano do niego werandę. W tym okresie był to budynek o konstrukcji zrębowej, z naczółkowym dachem krytym gontem. Całość miała wygląd charakterystyczny dla architektury sudeckiej.

W 1897 niedaleko powstało schronisko nad Śnieżnymi Kotłami i w tym okresie wybudowano też drogę łączącą oba obiekty. W 1901 Alte Schlesische Baude przejął Franz Maiwald, który nadał jej rangę gospody (Gasthaus). W 1909 zaczął działać telefon, a powyżej schroniska powstał nowy budynek z wieloma miejscami noclegowymi. W 1912 uruchomiono nową sieć wodociągową, która zastąpiła starą, drewnianą.

W grudniu 1915 wybuchł pożar i strawił budynek – zdołano uratować tylko zwierzęta oraz kilka sprzętów domowych. Nowa, prowizoryczna buda, która stanęła na fundamentach starej, była skromna (był to okres I wojny światowej). W 1925 wprowadzono oświetlenie elektryczne, w miejsce gazowego (niedaleko schroniska zamontowano turbinę). W 1938 wybudowano kolejny obiekt noclegowy, który poprawił jakość i liczbę noclegów.

Odpczynek przed schroniskiem

Po krótkim odpoczynku przed Schroniskiem udaliśmy się żółtym szlakiem w kierunku Śnieżnych Kotłów. Jak już pisałam wyżej, droga łącząca Schronisko Pod Łabskim Szczytem ze schroniskiem nad Śnieżnymi Kotłami, powstała ok. 1897 roku.

Niezapomnianych wrażeń dostarczyła nam wędrówka do Śnieżnych Kotłów.

Widok z żółtego szlaku

Wspinając się coraz wyżej mogliśmy podziwiać panoramę Szklarskiej Poręby.

Schronisko Pod Łabskim Szczytem

Panorama Szklarskiej Poręby

Schronisko w barwach jesieni

W wędrówce do Śnieżnych Kotłów przez długi czas towarzyszy nam Szrenica ze swoim schroniskiem. Z tego miejsca roztacza się wspaniały widok na Kotlinę Jeleniogórską.

Podążamy do Śnieżnych Kotłów

Już niedaleko Śnieżne Kotły

Łabski Szczyt

Łabski Szczyt (czes.: Violík, 1471 m n.p.m.) – szczyt na głównej grani Karkonoszy pomiędzy Szrenicą a Śnieżnymi Kotłami na wschodzie. Na jego południowych stokach znajdują się źródła Łaby.

Za nami Łabski Szczyt.

Łabski Szczyt za nami

Radość z wędrowania

Wspinając się coraz wyżej mogliśmy ujrzeć jednocześnie dwa schroniska: na Szrenicy oraz Schronisko Pod Łabskim Szczytem.

Dwa schroniska coraz dalej

Pierwszy widok Śnieżnych Kotłów z żółtego szlaku ze Schroniska Pod Łabskim Szczytem.

Śnieżne Kotły w tle

Budynek stacji przekaźnikowej nad Śnieżnymi Kotłami.

Stacja nad przepaścią

Śnieżne Kotły

Śnieżne Kotły – dwa najlepiej wykształcone kotły polodowcowe w Karkonoszach z dobrze zachowanymi formami glacjalnymi. Są one rozdzielone wąską skalną grzędą i wciśnięte w północne zbocza głównego grzbietu Karkonoszy między Łabskim Szczytem, a Wielkim Szyszakiem. Pionowe ściany skalne dochodzą do około 200 m wysokości, górna krawędź Dużego Kotła położona jest na wysokości 1490 m npm. W Wielkim Kotle znajdują się dwa małe Śnieżne Stawki. Duży Kocioł (Wschodni ) ma 800 m długości i 600 m szerokości łącznie z Małym Kotłem (Zachodnim) stanowią ścisły rezerwat przyrody o pow. 127 ha. Nazwa Kotłów wywodzi się z płatów śniegu, które utrzymują się pod pionowymi zerwami skalnymi do późnego lata (w 1970 r. do 2 września). Śnieżne Kotły to również najbogatsze zbiorowisko górskiej flory i to nie tylko w Karkonoszach, lecz także w całych Sudetach. Nad Śnieżnymi Kotłami skałki Czarcia Ambona – punkt widokowy na dno kotłów, obok budynek stacji przekaźnikowej RTV. Dojście Głównym Szlakiem Sudeckim (czerwony-grzbietowy) lub z Hali Pod Łabskim Szczytem szlakiem żółtym. W głąb Śnieżnych Kotłów prowadzi od Hali Pod Łabskim Szczytem szlak zielony tzw. „Ścieżka nad reglami” (uwaga! szlak trudny a zimą zamknięty!)

Przed podziwianiem dna Kotła – króciutki odpoczynek przy stacji przekaźnikowej.

Krótki odpoczynek przy Kotłach

Widoki…sami zobaczcie:

W głębi widać Wielki Szyszak.

Śnieżne Kotły w październiku

W dole widać Śnieżne Stawki – jeden z punktów naszej dzisiejszej wyprawy.

Śnieżne Stawki w dole

Śnieżne Stawki w październiku

My na punkcie widokowym – widać, jak jesteśmy mali w stosunku do wielkości pionowych ścian Kotła.

Śnieżne Kotły w październiku

Nad przepaścią

Śnieżne Kotły

Punkt widokowy na Śnieżne Kotły

Podziwiamy formy skalne w Kotle.

Formy skalne

Opuszczając Śnieżne Kotły mijaliśmy z prawej strony Wielki Szyszak – niestety szlak na szczyt nie prowadzi. Z wyjątkiem zimy, szlak (czerwony) prowadzi północnym trawersem Szyszaka, a na szczyt nie wolno wchodzić.

Widok na wschodnią część Karkonoszy ze szczytu Wielkiego Szyszaka. W oddali wychyla się Śnieżka. Po prawej pomnik ku czci cesarza Wilhelma I. Zdjęcie pochodzi ze strony www.sudety.wordpress.com

Wielki Szyszak

A oto jeszcze inne zdjęcie z Wielkiego Szyszaka, ale wykonane w lipcu 2008r. przez jednego użytkowników Karkonosze.ws

Szczyt Wielkiego Szyszaka

Wielki Szyszak

Najwyższy szczyt zachodniej części Karkonoszy (1509 m. n. p. m.). Niemcy nazywają go Hoches Rad czyli Wysokie Koło i taka jest też nazwa czeska (Vysoke Kolo). Z kolei Śmielec (1424 m. n. p. m.) zwie się po niemiecku Große Sturmhaube czyli…. Wielki Szyszak (po czesku: Velký Šišák). Pełna odpowiedniość nazw zostaje natomiast zachowana w przypadku Małego Szyszaka (1440 m. n. p. m.): Kleine Sturmhaube po niemiecku i Malý Šišák po czesku. Nie wiadomo skąd ta dziwna rozbieżność nazw w przypadku Wielkiego Szyszaka.

Po drodze, przy szlaku można było obejrzeć budowle kamienne – małe kamienne domki.

Kamienne domki

Kamienne figurki

Następnie schodzimy niebieskim szlakiem w dół ok. 40 minut i dochodzimy do Rozdroża pod Wielkim Szyszakiem. Po drodze towarzyszą nam martwe drzewa.

Potęga Karkonoszy

Śnieżne Kotły za drzewami

Potęga Śnieżnych Kotłów

Następnie wybieramy szlak zielony, którym zejdziemy do Wielkiego Kotła Śnieżnego. Wcześniej podziwialiśmy widok z góry teraz mamy możliwość obejrzeć od środka.

Kocioł w październiku

Kocioł w oddali

Barwy jesieni w górach

Na zielonym szlaku

Śnieżne Stawki

Małe stawiki w cyrku polodowcowym u stóp Śnieżnych Kotłów.

Idąc dalej i wspinając się, zobaczymy po prawej stronie dwa Śnieżne Stawki.

Śnieżne Stawki przed nami

Urok Śnieżnych Stawków jesienią.

Śnieżne Stawki w kolorach października

Odpoczynek przy Śnieżnych Stawkach

Błękit Śnieżnych Stawków

I w tym miejscu niestety baterie w aparacie wyczerpały się i nie mogliśmy udokumentować powrotu. Idąc zielonym szlakiem doszliśmy do Łabskiego Kotła, którego ścieżka doprowadziła nas na Halę pod Łabskim Szczytem. A zatem zatoczyliśmy koło i powróciliśmy do Schroniska Pod Łabskim Szczytem, a stamtąd żółtym szlakiem doszliśmy do Szklarskiej Poręby.

Następnego dnia…ale to już w następnym artykule:).

Karkonosze – pierwszy dzień wyprawy

10 października 2008r.

Z okazji zbliżającego się Dnia Nauczyciela – stare święto, obecnie – Dnia Edukacji Narodowej, postanowiłam wybrać się z rodziną w nasze ukochane Karkonosze. W szkole wzięłam kilka dni urlopu bezpłatnego – poczułam to podczas wypłaty:)

Mimo wszystko decyzja chyba była bardzo trafna, bo góry pokazały się nam od przepięknej, malowniczej strony! Takiej jesieni, takiego zestawienia kolorów nigdy i nigdzie do tej pory nie widziałam. Mam nadzieję, że nasze zdjęcia choć troszkę oddają cudowność tamtych dni. Słońce towarzyszyło nam każdego dnia.

Mieszkamy na północy Polski, więc w góry mamy troszkę daleko. Do naszego pensjonatu „Pyszałek” zajechaliśmy około południa. Prawie od razu wyskoczyliśmy na spacer. Czasu nie mieliśmy zbyt dużo, to już jest okres jesienny, więc słońce chowa się bardzo szybko.

Postanowiliśmy pójść do Karpacza przez górę Grabowiec ze słynnym Dobrym Źródłem.

Część naszej Rodzinki przed pensjonatem „Pyszałek” i nasz dzielny wyprawowy samochód:)

Pyszałek

Dopiero co wyszliśmy z pensjonatu.

Drogą z Pyszałka

Widoków z okolicy naszego pensjonatu. Tych zdjęć zrobiliśmy dużo, bo oczarowanie nasze było wielkie.

Jesień w Karkonoszach

Niedaleko naszego pensjonatu, u stóp Grabowca, pojawił się nowy pensjonat o pięknej nazwie „Dolina Marzeń”. Chyba nikogo nie dziwi ta nazwa.

Pensjonat Dolina Marzeń

Obok „Pyszałka” znajduje się inny, również uroczy pensjonat „Leniuszek”.

Willa Leniuszek

Żółtym szlakiem w kierunku Grabowca.

Szlak żółty na Grabowiec

W drodze na Grabowiec. Jeszcze w kurtkach, polarach…

W drodze na Grabowiec

Po paru minutach wędrówki kurtki stały się niepotrzebne. Słoneczko nas ogrzewało:)

Ciepły październik

Grabowiec

Każde drzewo w innej barwie.

Październik w Karkonoszach

Karkonoskie barwy

Grabowiec w kolorach

Na górze, w oddali, widać już kaplicę, przy której znajduje się Dobre Źródło.

Kaplica na Grabowcu

Najmłodszy uczestnik wyprawy nie potrafił ukryć radości z biegania po górach. Może też i dlatego, że nie musiał pójść do szkoły, a był to piątek…:)

Radość Oskara

Przepiękne, wyniosłe buki na Grabowcu.

Buki na Grabowcu

Na Grabowcu

W kierunku Dobrego Źródła

W kierunku Grabowca

Czy te znaki na kamieniu coś symbolizują?

Kamień na Grabowcu

Cały czas chodzimy po Grabowcu, podążając w kierunku kaplicy i Dobrego Źródła.

Ścieżka na Grabowcu

Najmłodsza część Rodziny odpoczywa przy Dobrym Źródle.

Bracia przy Dobrym Źródle

75% naszej ekipy przy Dobrym Źródle.

Odpoczynek przy Dobrym Źródle

Jesteśmy już na Grabowcu, przy kaplicy i przy Dobrym Źródle. Widoki, cóż powiedzieć, zobaczcie sami.

Widok z Dobrego Źródła

Widok z Grabowca

Drzewa na Grabowcu

Jesienny obraz karkonoski

Schodzimy z Grabowca w kierunku Karpacza.

Z Grabowca do Karpacza

Po drodze mijaliśmy kilkugwiazdkowy pensjonat „Dziki Potok”.

Dziki Potok

Urocze drewniane, bajeczne domki w Karpaczu.

Domek w Karpaczu

Uroczy domek w Karpaczu

Po drodze – tama na Łomnicy.

Łomnica jesienią

Łomnica w październiku

Na tamie

Widoki z tamy na Łomnicy.

Spojrzenie z tamy

Widok z tamy

Zaniedbana skocznia w Karpaczu.

Skocznia w Karpaczu

Przed obiadem postanowiliśmy przejechać się saneczkami.

Instrukcja obsługi sanek

Letni tor saneczkowy

Po obiedzie postanowiliśmy odnaleźć jaskinię będącą pozostałością po poszukiwaczach złota.

Jama w Karpaczu po poszukiwaczach złota

Jaskinia w Karpaczu

Wejście do jaskini w Karapczu

Wróciliśmy do pensjonatu późnym popołudniem. Tutaj na nas czekały również przyjemności – kolacja i dobre winko:)

Niedługo podzielę się z Wami wrażeniami, a przede wszystkim pięknymi jesiennymi krajobrazami Karkonoszy z dalszych dni naszej październikowej wyprawy:)

Ostra Góra – Bozanovsky Spicak

Trasa wycieczkowa Ostra Góra – Božanovsky Špičák

Przebieg trasy pozwala na zapoznanie się z bardzo ciekawą, południową częścią Broumovskich Ścian (Broumovské stěny). Na trasie zgrupowania ciekawych form skalnych i najwyższy szczyt tej części Gór Stołowych – Božanovsky Špičák. Wycieczka łatwa i nie wymagająca większego wysiłku. Trasa mało uczęszczana (szczególnie poza sezonem).

Za początek trasy przyjąłem przejście graniczne w Ostrej Górze. Ze względu na spore oddalenie od punktów wyjściowych opisanych w polskich trasach, konieczne się stało ustalenie leżącego bliżej Broumovskich Ścian miejsca. Do Ostrej Góry najwygodniej dojechać samochodem (brak komunikacji PKS) lub skorzystać z transportu mikrobusowego z Kudowy Zdroju. Można też dojść pieszo z Pasterki (szlak zielony), lub Karłowa (droga jezdna). Należy mieć na uwadze, że przejście w Ostrej Górze jest czynne w porze dziennej i przeznaczone wyłącznie dla pieszych i rowerzystów. Droga asfaltowa z Karłowa jest w kiepskim stanie, ale możliwa do przejechania (stan na maj 2000r.).

W wędrówkach po Broumovskich Ścianach warto uwzględnić północną, bardzo ciekawą jej część. Jednak ze względu na oddalenie od polskiej granicy, punktem wyjściowym do ich penetracji mogą być jedynie miejscowości czeskie np. Police nad Metuji.

Granicę w Ostrej Górze przekraczamy z reguły nie zaczepiani przez celników. Po niecałym kilometrze marszu drogą jezdną, osiągamy pierwsze zabudowania wsi Machovská Lhota. Po następnym kilometrze wędrówki między zabudowaniami i minięciu odchodzących w prawo szlaków zielonego i żółtego, dochodzimy do pierwszych zabudowań Machova. Skręcamy ostro w prawo na gruntową drogę wraz ze znakami czerwonymi.

Z tego miejsca, idąc dalej szosą, możemy po 10 minutach dojść do centrum Machova. Znajduje się tu sklep spożywczy, w którym można się zaopatrzyć we wszystko co potrzebne (czynny tylko do 16:30).

Idziemy szlakiem czerwonym łagodnie pnącą się w górę drogą. Po kilkunastu minutach dochodzimy do miejsca, gdzie droga zagłębia się w las. Tu węzeł szlaków. Szlak czerwony krzyżuje się z żółtym. Opuszczamy drogę i skręcamy w lewo, wraz ze szlakiem żółtym.

Szlaki piesze w masywie Broumovskich Ścian są bardzo dobrze oznakowane i naprawdę trudno tam pobłądzić. Trzeba jednak pamiętać, że wędrując tu poza sezonem z reguły nie spotkamy nikogo.

Szlak żółty pnie się zakosami dość stromo w górę. Po pół godzinie dochodzimy do pierwszej grupy skał o bardzo ciekawych kształtach, a po pół kilometrze do następnej. Ścieżka prowadzi nas teraz między skałkami, po prawie poziomym terenie. Po kilometrze osiągamy dużą skałę, z drugiej strony której znajduje się punkt widokowy. Możemy stąd podziwiać widok na Božanovsky Špičák (773 m.n.p.m.) i Szczeliniec. Można przez nieuwagę to miejsce przeoczyć, gdyż trzeba nieco zejść z prowadzącego nas szlaku przy specjalnym wymalowanym na skale znaku (kółko z kropką w środku). Z tego miejsca po kilku minutach, wygodniejszą już opadającą łagodnie w dół ścieżką, dochodzimy do węzła szlaków przy Pańskim Krzyżu. Tu na śródleśnym placu znajduje się miejsce odpoczynku. Krzyżują się tu szlaki żółty, czerwony i zielony.

Po przeciwnej stronie placu rozpoczyna się, oznakowana żółtymi znakami, okrężna trasa pod Božanovským Špičákem. Liczy ona około 1 km. i jest najpiękniejszym fragmentem całej wycieczki. Ścieżka prowadzi nas między bardzo ciekawymi formami skalnymi. Niektóre z nich posiadają własne nazwy np. Wielbłąd (Velbloud), Jaszczurka (Varan), Kot (Kočka), Kaczka (Kačenka), czy Wiewiórka (Veverka) i szereg innych. Na trasie punkt widokowy z widokiem na Szczeliniec, a także leżące w dole Bažanov i Radków.

Po powrocie do punktu wyjścia, czyli skrzyżowania Pański Krzyż, schodzimy szlakiem zielonym w dół. Po 15 minutach dochodzimy do szlaku czerwonego na skrzyżowaniu nazwanym Przy Zabitym (U zabitého). Teraz około kilometra drogą w dół wraz z czerwonymi paskami. Dochodzimy do miejsca na skraju lasu skąd zeszliśmy na szlak żółty i rozpoczęliśmy wchodzenie na Broumovskie Ściany. Skręcamy w lewo na szlak żółty i zakosami wchodzimy na zalesione zbocze. Po chwili wychodzimy z lasu i łagodnie w dół łąką do widocznych zabudowań Machowskiej Lhoty. Po dojściu do szosy w lewo i do przejścia Ostra Góra.

www.naszemiasto.pl

Szlak Zamków Piastowskich

Etap I – 23 luty 2008

Jeszcze w piątek Paweł przyjechał do Legnicy i stąd mieliśmy w sobotę podjechać samochodem taty do Grodźca, gdzie zaczynała się nasza wędrówka. Ledwie opuściliśmy auto, poczuliśmy bardzo mocny wiatr, który na szczęście (pomimo, że to luty!) był ciepły, bo i termometry wskazywały chyba z 14 stopni. Weszliśmy na zamek w Grodźcu i zwiedziliśmy to, co się dało bez uiszczania opłat (kasa czynna dopiero od 10, a nam się trochę spieszyło) – z budowli zostało całkiem sporo i przyrzekliśmy sobie, że kiedyś zwiedzimy go też od środka.

I powędrowaliśmy dalej szlakiem zamków piastowskich, którego oznakowanie było hmm… średniej jakości 😉 Konkretnie to znaki były albo prawie niewidoczne albo puste (tzn. były białe paski, ale tego zielonego w środku brakowało). W drodze towarzyszył nam bardzo silny wiatr, słoneczko, polne, błotniste drogi i szczekające za nami psy we wsiach.

Drugim ważnym punktem tego dnia była Ostrzyca Proboszczowicka. Gdy do niej doszliśmy zaczęłam pomału opadać z sił, a już pod samym szczytem było nawet „ani kroku dalej!”. Oczywiście (jak zawsze w tej kwestii) pozostałam gołosłowna: krok naprzód zrobiłam i znaleźliśmy się na szczycie! Widoki były nieziemskie! Piękna pogoda pozwoliła nam oglądać nie tylko Góry Kaczawskie, ale też i Karkonosze. Usiedliśmy na skałach w miejscu, gdzie nie wiał wiatr, świeciło słonko i ach…! Zrobiło się nam tak dobrze, że nie chciało się w ogóle schodzić. Patrzyliśmy z góry na miejsca, przez które wędrowaliśmy w sierpniu i odżywały wakacyjne wspomnienia. Na Ostrzycy spotkaliśmy ciekawą ekipę, w której była m.in. siostra zakonna w habicie i glanach oraz starsza pani w butach na pięciocentymetrowych obcasach! Poza nimi była jeszcze jakaś para z lornetką i my, którzy urządziliśmy sobie przerwę śniadaniową na szczycie. Siedziało się miło, ale wkrótce trzeba było iść dalej.

Do końca dnia trzymaliśmy się szlaku zamków piastowskich i doszliśmy nim do Wlenia, gdzie planowaliśmy nocleg. I tu właśnie tkwi przyczyna wcześniejszego powrotu – po schronisku została tylko tabliczka! Budynek jest, nawet otwarty, ale pani w środku, zapytana o nocleg popatrzyła na nas jakbyśmy byli z Marsa! Dalej indagowałam ją, gdzie w takim razie można we Wleniu spędzić noc – wskazała nam jedno miejsce, ale gdy doszliśmy we wskazane miejsce nie znaleźliśmy żadnej szkoły (a miała być). Tak więc utknęliśmy. Mieliśmy jeszcze pomysł, aby podjechać jakimś autobusem do Jeleniej Góry, ale to też było niemożliwe, bo lokalny przystanek służył chyba tylko za melinę dla jakichś żuli, bo o żadnych autobusach nie było mowy. Tak wiec trzeba było sięgnąć po ostatnią deskę ratunku – telefon do taty. Oczywiście nie był zachwycony (nic dziwnego, bo jakby nie patrzeć głupio wyszło), ale po nas przyjechał. I tak właśnie skończył się nasz rajd. W niedzielę zamiast łażenia po górach był park legnicki.

Etap II – 16-20 lipca 2008

Dzień 1

Zaczęliśmy tam, gdzie skończył się dla nas I etap szlaku, a więc we Wleniu. Szlak Zamków Piastowskich oznacza się kolorem zielonym i za nim to poszliśmy na zamek we Wleniu. Pierwszy raz byłam tam rok temu, w sierpniu, a teraz korzystając z ładnej pogody weszliśmy na wieżę zamku skąd podziwialiśmy piękne krajobrazy (widać było nawet Karkonosze).

Wleń - wieża zamkowa

Dalej nasza droga prowadziła przez Dziki Wąwóz (bardzo ładne miejsce!) nad Jezioro Pilchowickie. Na w/w jeziorze stoi wzniesiona w latach 1904-1912 przez Niemców potężna zapora. Budowla ta przytłacza swoim ogromem, a my weszliśmy na górę i stamtąd podziwialiśmy widoczki.

Zapora pilchowicka

Najbardziej podobał nam się widoczny w oddali stary wiadukt kolejowy – wychodził z głębi lasu, biegł nad jeziorem gdzie kształtem wyginał się tak, jakby miał dość przejeżdżających po jego grzbiecie od lat pociągów i wchodził w las z powrotem.

Wiadukt kolejowy nad Jeziorem Pilchowickim

Tego dnia zostały do przejścia jeszcze tylko dwie wsie, a nam przydałaby się wizyta z sklepie spożywczym. W pierwszej wiosce nie znaleźliśmy pożądanego obiektu, a w drugiej prawie przeszlibyśmy nie zauważywszy sklepu, gdyby nie to, że przypadkiem rzuciłam okiem w drugą stronę i strzeliłam, nie mając żadnej pewności: „tam musi być sklep!” – i był! Mały szyld z marką piwa nie oznaczał żądnej karczmy, ale właśnie zwyczajny spożywczak. Jak zwykle podczas naszych wojaży w pewnym momencie pojawia się niepohamowana ochota napicia się jakiegoś wstrętnego, słodkiego, gazowanego napoju w którym można znaleźć całą tablicę Mendelejewa – tym razem moim numerem jeden był Sprite, a Paweł tradycyjnie opijał się różnego typu oranżadami.

W Siedlęcinie oprócz sklepu znajduje się jeszcze wieża. Na zewnątrz nie zapowiadało się raczej nic szczególnego, ale i tak postanowiliśmy wejść i… nie pożałowaliśmy! W środku wszystko jest pięknie zorganizowane: pani sprzedająca bilety chodzi w średniowiecznym odzieniu, a wewnątrz co poziom to inna atrakcja. Na początku zimne i mroczne piwnice oraz wystawa zdjęć zrobionych na Szlaku Zamków Piastowskich, dalej sala z wymalowaną na ścianach historią sir Lancelota z Jeziora, wystawa średniowiecznych sukni, na które nie mogłam się napatrzeć, a całości towarzyszy pląsająca cichutko gdzieś w tle muzyka nawiązująca do tamtych czasów. Jak dla mnie bomba.

Wieża w Siedlęcinie

I w końcu dotarliśmy do celu tego dnia – schronisko „Perła Zachodu„. Budynek bardzo ładny i na zewnątrz i w środku, a że położony w uroczym miejscu mogliśmy jeszcze wieczorem udać się na krótki spacerek po okolicy.

Schronisko "Perła Zachodu"

Dzień pierwszy miał służyć ponownemu rozchodzeniu się (ostatnio nasze kości chyba trochę się zastały) i cel swój spełnił – szliśmy 7 godzin, a następnego dnia mogliśmy rozchodzeni, ale bez zakwasów wyruszyć w dalszą, cięższą drogę.

Wieża koło "Perły Zachodu"

Dzień 2

Drugi dzień rozpoczęliśmy od wejścia na otoczone pogańskimi totemami Wzgórze Krzywoustego. Stała na nim wieża widokowa, z której oglądaliśmy Jelenią Górę, a także grzbiety, przez które przyjdzie nam się przeprawiać tego dnia. Następnie zeszliśmy na dół i trzeba było przejść prawie całą Jelenią Górę, a aby było ciekawiej zaczęło padać. Co prawda rynku widzieliśmy tylko niewielki kawałek, ale i tak wydaje mi się, że Jelenia to całkiem ładne miasto.

Wzgórze Krzywoustego

Widok na Jelenią Górę

I wreszcie koniec zabudowań, zaczynają się góry! Najpierw wdrapywanie się na Koziniec, potem przez wsie w kierunku Sokolików. Po drodze mijaliśmy ładny pałac w Bobrowie, a za nim dziwnie przycięte drzewa, które wyglądały jak zastygli w miejscu ludzie z rękoma uniesionymi go góry – widok trochę niecodzienny, zagadkowy lub może po prostu ciekawy.

Dziwne drzewa za Bobrowem

Nasz szlak nie prowadził przez Sokolik, Krzyżną Górę i Husyckie Skały, ale korzystając z tego, że zaraz za Jelenią Górą pogoda znacznie się poprawiła i mogliśmy liczyć na doskonałe widoki, postanowiliśmy się tam wdrapać, co więcej: poszliśmy tam z naszymi wielkimi plecakami zamiast cofnąć się kawałek do schroniska Szwajcarka i tam starać się je zostawić na godzinkę. W każdym razie warto było, bo czekały naprawdę rewelacyjne widoki.

Krzyżna Góra

Na koniec dnia trzeba było już tylko przeprawić się przez Karpnicką Przełęcz i drogą biegnącą obok skał Krowiarek (wielkie i potężne były, więc nazwa słuszna) dojść do zamku Bolczów. Droga kazała iść pod górę, a każda kolejna wielka skała, która majaczyła się gdzieś w oddali wydawała mi się być zamkiem. Przyspieszałam wtedy kroku, bo cel zdaje się bliski, a tu figa z makiem – znowu skała! I w końcu, po wielu pomyłkach pojawił się nasz Bolczów, który nadal pozostaje moim ulubionym zamkiem. Tak jak rok temu weszliśmy na taras widokowy skąd podziwialiśmy uroczy krajobraz i rozbiliśmy namiot w dokładnie tym samym miejscu co wtedy.

Wejście na zamek Bolczów

Zamek Bolczów

Dzień 3

Początek dnia to zejście do Janowic Wielkich, z tym że zatrzymaliśmy się przy takim malutkim potoczku, w którym jako spragnieni wody studenci szybko uskuteczniliśmy poranną toaletę – poziom zadowolenia wzrósł znacząco, niestety dla mnie nie na długo… Konkretnie jakąś godzinę potem okazało się, że czymś się zatrułam i potworny ból brzucha znacznie utrudniał mi drogę. Jak dobrze nosić ze sobą apteczkę! Leki, które miałam pomogły mi przetrwać, ale i tak przez najbliższe dni żyłam na diecie. Dodatkowo tego dnia doszły mi jeszcze problemy ze ścięgnami, a cały ten komplet urazów złożył się na tzw. kryzys. Szliśmy przez liczne wioski aż do zamku Niesytno, gdzie Paweł biegał i szukał wejścia na wieżę, a ja, jako że miałam kryzys i kiedyś już tam byłam obeszłam go tylko dookoła. I na koniec asfaltem do Bolkowa, gdzie pozwiedzaliśmy sobie zamek, weszliśmy na wieżę i zalegliśmy w schronisku młodzieżowym zorganizowanym przy szkole podstawowej.

Zamek w Bolkowie

Co prawda na początku myśleliśmy aby iść jeszcze dalej, aż za zamek Świny i rozbić się gdzieś w lesie z namiotem, ale ponieważ moje kontuzje nasiliły się i zaczynało padać, zdecydowaliśmy się na schronisko. Opis tego dnia lakoniczny, ale jak się ma kryzys wiele rzeczy ulatuje.

Dzień 4

Dzięki diecie problemy żołądkowe ustąpiły, ale z nogą wcale nie było lepiej. Jednakże tego dnia moje morale znacznie wzrosły i nawet kiedy cierpiałam robiłam to z uśmiechem. Momentami nasza droga przypominała jakąś wycieczkę inwalidów, bo Paweł nabawił się ogromnego obtarcia na stopie i też czasami ciężko mu się szło, ale ogólnie rzecz biorąc: daliśmy radę! Ten dzień był dla nas rekordowo długi (szliśmy ponad 12 godzin!) i pełen wrażeń.

Zaczęło się od dojścia na zamek Świny. Niestety zwiedzanie jest możliwe dopiero od godziny 12, a że nie opłacało nam się tak długo czekać, obeszliśmy go sobie dookoła i poszliśmy dalej w las. Nasza droga prowadziła przez bardzo przyjemne leśne drogi po których, przynajmniej mi, szło się doskonale. Po drodze mijaliśmy wieś Kłaczyna, w której teoretycznie powinien być jakiś zamek, ale nie udało nam się go znaleźć (założę się, że zostały z niego dwie cegły na krzyż gdzieś w chaszczach) – ktoś go kiedyś widział?

Zamek Świny

Dzień wcześniej patrząc na mapę stwierdzaliśmy, że czeka nas czwartego dnia 11 km asfaltowej drogi do przejścia. Oboje „kochamy” asfalt, wiec wtedy kombinowałam, żeby może ten kawałek na stopa podjechać jak się uda, ale Paweł obstawał aby iść pieszo, bo inaczej szlak nie będzie „zaliczony”. Ostatecznie okazało się, że ten asfalt wcale nie był taki zły, ponieważ część drogi biegła leśnym skrótem, a na drodze nie było prawie żadnych samochodów. Moje ścięgno przestawiło się na „tryb: asfalt” i momentami szło mi się lepiej niż po wyboistych polnych drogach.

Tym sposobem doszliśmy do zamku Cisy. Budowla urocza, położona w środku gęstego lasu… Ma „klimat” chociaż wiele nie zostało. Następnie przeprawiliśmy się przez potoczek i poszliśmy dalej.

Zamek Cisy

Zamek Książ nie leży bezpośrednio na naszym szlaku, ale była możliwość wybrania drogi, która biegnie obok niego. Poszliśmy jednak za szlakiem – ja stwierdziłam, że Książ to nie jest zamek, który da się obejrzeć w 15 min i trzeba tam kiedy indziej przyjechać na dłużej, a i Paweł nie miał nic przeciwko, bo był już tam wiele razy (ja byłam tylko w podstawówce). Poszliśmy więc drogą biegnącą dookoła wzgórza na którym stoi zamek, która okazała się być bardzo urocza – obok płynął potok, dzień się już kończył, a na drodze co jakiś czas pojawiały się ciemne, bukowe lasy, które tworzą specyficzny klimat.

Książ

Drogą tą doszliśmy do Lubiechowa, tj. krańcowej dzielnicy Wałbrzycha i tam zaczęły się schody… Według mapy droga do Zielonego Jeziora i Rezerwatu Jeziora Daisy, gdzie mieliśmy dojść, była krótka i prosta, ale w praktyce było zupełnie inaczej. Wydawało się nam, że już jesteśmy na ostatniej prostej, że już za parę minut będziemy w lesie, w którym zamierzaliśmy rozbić namiot, a tu figa z makiem – szlak w pewnym momencie się urwał. Kiedy wróciliśmy do ostatniego znaku, okazało się, że drogę tarasuje nam jakiś dom, tory, których według mapy być nie powinno i w ogóle nigdzie nie widać wejścia do lasu, w którym mieliśmy się znaleźć. Z opresji wybawił nas czerwony szlak rowerowy – poszliśmy za nim, bo prowadził gdzieś w las i mieliśmy przeczucie, że może prowadzić właśnie do naszego jeziorka. Dalej droga spotkała się ze Szlakiem Ułanów Legii Nadwiślańskiej, o którym wiedzieliśmy już na pewno, że idzie tam gdzie i my, jeno zamiast 10 min, bo tyle mieliśmy iść do jeziora Szlakiem Zamków Piastowskich, będziemy szli ponad godzinę przez tenże las, a słońce było coraz niżej… Las był ciemny i gęsty lecz droga wyraźna – przynajmniej już ten szlak nie pozwolił się zgubić i doszliśmy za nim na Zielonego Jeziora.

Jezioro Zielone (Daisy)

Jego widok wywoływał we mnie niepokój – jeziorko było maleńkie, woda istotnie zielona, na jej powierzchni unosiły się spore kawałki drzew, jednakże tafla wody stała zdumiewająco spokojnie i ani drgnęła. Dookoła ciemny las, słońca nie widać, ale wiemy, że chyli się już ku zachodowi. Na jednym z drzew klepsydra upamiętniająca 20-letniego chłopaka, który zginął w tym miejscu (przyczyny śmierci nie podali, ale moja wyobraźnia podrzucała mi różne scenariusze), dalej ponure ruiny budynku, na których też widniała jakaś tablica. Dom był bardzo stary i stał w ruinie, a szlak kazał przejść środkiem na drugą stronę. Klimat tego miejsca wydawał mi się jakiś taki mistyczny, zagadkowy, tajemniczy i niepokojący…

Budynek koło Jeziorka Daisy

Dzień 5

Poprzedniego wieczora rozbiliśmy namiot w młodym lasku gdzieś za Rezerwatem Jeziora Daisy. Kiedy układaliśmy się do snu ciągle czułam jakiś niepokój. Nie wiem, czy to jeszcze promieniowało ponure wrażenie, jakie zrobiło na mnie Jezioro, czy może to coś nowego, ale miałam wrażenie, że coś się stanie. Zaraz po tym jak rozbiliśmy namiot co jakiś czas słyszeliśmy odgłosy wystrzałów – Pawłowi kojarzyło się to ze sztucznymi ogniami, a mi z kłusownikami jednakże później zamilkły. Spałam jak zabita, lecz po północy ze snu wyrwały mnie światła – trzy razy pod rząd coś błysnęło. Pierwsze skojarzenie: są tu jacyś ludzie i świecą latarkami w nasz namiot! Natychmiast obudziłam Pawła, a kiedy ten otworzył oczy wyjaśniło się, że owe światła to błyskawice, bo w oddali usłyszałam głos nadchodzącej burzy. Chyba z godzinę czuwaliśmy słysząc najpierw jak burza zbliża się do nas, jak jest już coraz bliżej… Burze zwykle traktuję jako atrakcję, jednak jak jest środek nocy, a ja gdzieś w środku lasu w namiocie, patrzy się na sprawę zupełnie inaczej – to było bardzo stresujące przeżycie. Deszcz padał coraz mocniej, wiatr też musiał być niczego sobie, ale w dużej mierze chroniły nas przed nim okoliczne drzewa, a burza znalazła się bezpośrednio nad nami. Pioruny głośno trzaskały po okolicach, a ja trzęsłam się ze strachu. Na szczęście wiatr szybko przegonił chmury i burza poszła dalej, w góry. Po jakimś czasie deszcz też przestał padać i wreszcie można było odetchnąć z ulgą – namiot wytrzymał i nic (żadne drzewo) nam na głowę nie spadło.

Rano mieliśmy małą inwazję ślimaków, którym bardzo się namiot spodobał i starały się wspiąć na jego powierzchnię. Po rekordowo długiej trasie dnia czwartego, ostatni etap został opracowany jako trasa rekordowo krótka – miała nam zająć tylko 3,5 godz., a my i tak przeszliśmy ją szybciej. Szliśmy do ostatniego zamku na naszej trasie: Grodno. Budowla bardzo ładna, spora część jest zagospodarowana i udostępniona do zwiedzania. Zobaczyliśmy co się dało i tak oto zakończyliśmy Szlak Zamków Piastowskich.

Zamek Grodno

Grodno

Powrót do domów odbywał się najpierw busem z Zagórza Śląskiego do Świdnicy, później piwo zwycięzców na rynku w Świdnicy i szynobus prosto do Legnicy (a Paweł autobusem do Wrocławia).

Szlak Zamków Piastowskich jako całość oceniam bardzo dobrze. Na większości trasy drogi są dobrze oznakowane, chociaż niekiedy znaki każą skręcić w jakieś pola lub chaszcze (trzeba zachować uwagę, aby się nie rozpędzić i nie przeoczyć jakiegoś dziwnego skrętu). Z oznakowaniem są też wyjątki, które potrafią mocno zirytować (patrz: dzień 4 i szukanie jeziora)… Ludzi nie spotykaliśmy prawie wcale – wyjątkiem były wsie i same zamki, chociaż w tych niezagospodarowanych, gdzie nie ma żadnego muzeum, ludzi też raczej nie było. Ogółem wyprawę uważam za bardzo udaną.

Spod Śnieżki na Kilimandżaro

Praca za biurkiem? Zapomnij, to nie dla niego. Leżenie na kanapie i gapienie się w telewizor? W życiu. Bezczynność by go zabiła. Dzień bez wrażeń? – Eee, no co ty? Zwariowałeś? To dzień stracony – uśmiecha się zawadiacko Jarek Rola z Karpacza na Dolnym Śląsku. Właśnie szykuje się, żeby wjechać na najwyższy szczyt Afryki. Gdy mu się uda, będzie pierwszym niepełnosprawnym na świecie, który zdobył Kilimandżaro na wózku.

Ciągle w ruchu, adrenalina włączona na full, w głowie przewija mu się setka pomysłów na minutę: na życie, na pracę, na czas wolny. Zawsze tak było. Odkąd pamięta. No, prawie zawsze, z małą przerwą na czekanie na cud.

Feralny wieczór

Luty, 13 lat temu, Karkonosze. Jarek ma 15 lat. Jest w swoim żywiole. On i deska snowboardowa. Szaleje na stokach. Od rana do nocy. Krew mu buzuje w żyłach. Do tego rower (nie szkodzi, że zima i śnieg), łażenie po górach (bo uwielbia), zdobywanie kolejnych szczytów (im wyżej, tym lepiej).

Zabawa na całego

Maj, 11 lat wstecz. Kamienna Góra. Jarek ma 17 lat. Świat mu się wali na głowę. W jednej chwili, jednego głupiego wieczora, w drodze ze szkolnego ogniska do domu. Był półmrok. Razem z kolegą – Piotrkiem Truszkowskim – nie zauważyli wiszącej tuż nad ziemią obluzowanej linii wysokiego napięcia. Zahaczyli o nią. Poraził ich prąd o mocy 20 tysięcy woltów. Stracili nogi. Ich ciała były poparzone w 90 procentach. Lekarze nie dawali im prawie żadnych szans: rodzicom powiedzieli, że jedynie modlitwa może pomóc, bo w ich stanie można liczyć tylko na cud. I cud się zdarzył. Przeżyli.

Lipiec, współcześnie

Karpacz. Jarek ma 28 lat. Uśmiechnięty od ucha do ucha. Po pokoju krząta się jego żona, z wózka patrzy na tatusia roczna córeczka (umie już przybijać piątkę na powitanie), on sam kończy budowę domu (niewielkiego, z ogrodem, spadzistym dachem, z widokiem na góry i potok). W głowie kołacze mu się jedna myśl: Kilimandżaro.

Przez błoto o własnych siłach

Pierwszy raz, tak poważnie – nie licząc dziecięcych marzeń – pomyślał o afrykańskim szczycie po zdobyciu Śnieżki (wcześniej pokonywał, żeby sobie poćwiczyć, mniejsze wzniesienia w okolicy: Chojnik, Wielka Kopa, Strzecha Akademicka). Na najwyższy szczyt Karkonoszy wjechał trzy lata temu, choć tuż po wypadku myślał, że to, co do tej pory zobaczył w górach, będzie mu musiało wystarczyć do końca życia.

– Bo na normalnym wózku inwalidzkim jazda po górach jest bardzo utrudniona, a na niektóre szczyty wjazd jest wręcz niemożliwy: strome podjazdy, jeszcze ostrzejsze zjazdy, błoto, kamienie. A ja bardzo chciałem jeszcze raz zdobyć Śnieżkę, tak o własnych siłach, jeszcze raz chciałem się z nią zmierzyć – opowiada Jarek.

Dlatego sam zaprojektował i zrobił specjalny pojazd – połączenie roweru i wózka inwalidzkiego: metalowe ramy, kosmiczny kształt, z przodu napęd na pedały, którymi, żeby jechać, trzeba kręcić rękoma. Do tego wszystko to, co potrzebne w górskim rowerze: przerzutki, specjalne hamulce, odpowiednie koła, amortyzatory, na których można swobodnie szaleć po wybojach…

Po kilku godzinach wjechał pod samą stację meteorologiczną. Sukces. Na zdjęciu, zrobionym tuż po zdobyciu szczytu, widać na jego twarzy zmęczenie, ale i triumf. Że się udało. Że wjechał. Że zrobił to sam. Główne wiadomości w radiu i telewizji huczały o jego wyczynie. On nie spoczął jednak na laurach.

– Jestem człowiekiem z gór. Wychowałem się niedaleko, w Kamiennej Górze, a przed wypadkiem często łaziłem po górach. Uwielbiałem to. Dlaczego więc po wypadku miałbym zrezygnować z czegoś, co mi sprawia przyjemność? – pyta.

A dlaczego nie?

Wtedy, na górze, pomyślał, żeby wjechać na Kilimandżaro. Był rok 2006. Jak na Śnieżkę (1603 metry nad poziomem morza) się udało, to czemu nie pójść dalej, wyżej.

– To przecież tylko niecałe cztery razy wyżej, Kilimandżaro ma „tylko” 5895 metrów wysokości- uśmiecha się przekornie.

– Dlaczego właśnie Kilimandżaro? – pytam.

– A dlaczego nie? – odpowiada pytaniem na pytanie. – To jest wyzwanie. Wielkie wyzwanie. I dla mojego organizmu, i dla sprzętu.

Wylicza jednym tchem: nie trzeba się wspinać po skałach (na szczyt prowadzi droga, którą można wjechać). Najważniejsze jest to, żeby zachować stałe tempo przy pokonywaniu góry: nie za szybko, nie za wolno. Do tego dochodzą szybkie zmiany pogody, temperatur (od upału na dole, do śniegu na górze), zagrożenie chorobą wysokościową, zmiany ciśnienia, brak tlenu…

– Z tym wszystkim trzeba będzie walczyć – opowiada. I szybko dodaje: – Ale dam radę, bo ja zawzięty jestem. Jak sobie coś zaplanuję, postanowię, to nie ma mocnych. Zawsze dopnę swego. Taki typ… – śmieje się.

Pierwszy raz chciał wjechać na szczyt z żoną. Wszystko sobie zaplanował. Zadzwonił do Anny Dymnej, prowadzącej fundację „Mimo wszystko”, opowiedział jej o swoim pomyśle. Najpierw była sceptyczna, ale tylko przez pięć minut.

– Jarek to cudowny facet. To, że nie ma nóg, nie jest dla niego problemem. Nie jest przeszkodą, żeby realizować swoje marzenia – opowiada Anna Dymna, aktorka, szefowa fundacji „Mimo wszystko”. – To człowiek, z którym góry można przenosić. On wie, co to jest cierpienie, wie, co to jest ból. Jego w życiu już nic nie zaskoczy. To bardzo silna osobowość, która tym, co robi, jak żyje, daje siłę innym ludziom – dodaje.

Zaczęło się szukanie sponsorów, przygotowania do wyjazdu, wszystko szło jak po maśle.
– Pierwszą wyprawę trzeba było jednak odłożyć. Wyszły ważniejsze sprawy. Coś, co u mnie jest na pierwszym miejscu: rodzina – opowiada Jarek.

Żona zaszła w ciążę. Tamten czas to wielkie czekanie (bo pierwszy potomek), opieka (żeby żona miała jak w raju), budowa domu (maleństwo musi mieć przecież swój pokój). Wszystko podporządkowane dziecku. Reszta poszła w odstawkę.

Byle gumy nie złapać

O Kilimandżaro jednak nie zapomniał. Anna Dymna też nie.

Na początku tego roku wrócił jak bumerang pomysł zdobycia szczytu. Z małą różnicą. Tym razem Jarek nie będzie wchodził sam. Będzie mu towarzyszyć osiem innych, niepełnosprawnych osób: poruszających się o kulach, jedna osoba niewidoma, kolejna z protezą nogi, dwie na wózkach inwalidzkich. Jednak on jako jedyny niepełnosprawny na wózku wjedzie o własnych siłach, na zrobionym przez siebie pojeździe: połączeniu roweru i wózka inwalidzkiego.

– Inni, którzy poruszają się na wózkach, będą wciągnięci przez tragarzy na specjalnych wózkach-platformach. Ja wjadę od samego początku do końca, licząc tylko na siłę własnych rąk – tłumaczy Jarek.

To Kilimandżaro to jest symbol: że niepełnosprawni to nie są ludzie drugiej kategorii, że mogą dokonać w życiu bardzo wiele – tłumaczy Anna Dymna.

Przygotowania do wyprawy, planowanej na koniec września, już idą pełną parą: szczepienia przeciwko żółtaczce, żółtej febrze (żeby czegoś nie załapać i nie przywieźć do domu), majątek wydany na tabletki przeciw malarii, sponsorzy też już są (dadzą ubranie z supertkaniny za 7 tysięcy złotych), a opiekę medyczną zapewni… książę Sapieha i jego żona (od lat mieszkają w Afryce i gdy dowiedzieli się o wyprawie, zaoferowali pomoc i gościnę).

– Fizycznie jestem przygotowany. Mógłbym jechać już dziś – mówi Jarek. – Jeżdżenie każdego dnia wózkiem to codzienny, ciągły trening i doskonałe ćwiczenie mięśni rąk – dodaje. Tak naprawdę to czynnie uprawia sport przez cały czas: jest w kadrze narodowej w narciarstwie, latem jeździ rowerem po drogach i bezdrożach, pędzi na nartach wodnych (widok Jarka za rozpędzoną motorówką zapiera dech w piersiach), zimą szusuje w slalomie gigancie na śniegu (na igrzyskach w Turynie zajął 10. miejsce, od 2002 roku jest mistrzem Polski w narciarstwie alpejskim). Do tego siłownia, treningi na równowagę.

– Czegoś się boisz przed wyprawą?
– Nie, na razie nic mnie nie przeraża – mówi krótko.
– A duża wysokość, zmiany ciśnienia, temperatury?
– Będę musiał uważać, wjeżdżać powoli, z głową. O swój organizm się nie boję, dam radę. Gorzej może być ze sprzętem: mogę gumę w kole złapać..
– I co wtedy?
– Jak to co? Zalepię i dalej do góry.
– Żona nie boi się o ciebie, nie odradzała ci tej Afryki?
– Eee, przyzwyczaiła się do moich różnych pomysłów, przywykła do tego, że… mnie nosi – dorzuca.

Lepiej zmień stronę

Nosi go już od kilkunastu lat. Najpierw po szkole średniej wyjechał z Kamiennej Góry do Wrocławia.

Tam skończył politechnikę, elitarny wydział elektroniczny. Nie grzebie jednak w kabelkach, układach scalonych i procesorach. Konstruuje wózki inwalidzkie, rowery dla niepełnosprawnych, którymi można jeździć i po prostej drodze, i po górach. Zamówienia na projektowane przez niego „bentleye wśród wózków” ma z całego świata. To człowiek orkiestra. Nie może robić tylko dwóch rzeczy naraz.

Przykład? Ostatnia jego pasja – samochody terenowe. Napęd na cztery koła, uginające się wielkie amortyzatory, drzwi i szyby ubabrane błotem (żona, o dziwo, nie suszy głowy, że najwyższy czas jechać do myjni)…

– Bo mnie te wymuskane, „miejskie” terenówki nie kręcą – rzuca i z impetem rusza po kamienistej drodze swoim jeepem. Pędzi po górach z zawrotną szybkością. Założył klub Sudety 4×4. Najpierw to była grupka pasjonatów, teraz spora grupa przyjaciół, którzy nie tylko jeżdżą po stromych i bardzo stromych górach. Organizują rajdy, angażują się w akcje sprzątania gór, wspierają Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy i podkreślają: „Jeździmy tylko w dozwolonych miejscach, żeby nie niszczyć gór”.

Jarek zaraża swoim optymizmem. Siłą walki. Parciem do przodu. Nie rozczula się nad sobą, że nie ma nóg, że musi jeździć na wózku. Na swojej stronie internetowej tak wita gości: „Jeśli szukasz informacji na temat wysokości renty, chciałbyś ponarzekać na brak podjazdów do budynków użyteczności publicznej lub nierówne traktowanie niepełnosprawnych w naszym społeczeństwie, to… powinieneś jak najszybciej zmienić stronę”.

– Wjeżdżając na Kilimandżaro chcesz udowodnić, że niepełnosprawni nie muszą tylko siedzieć zamknięci w czterech ścianach, licząc na pomoc innych? – pytam.
– Nie, nie chcę niczego udowadniać. Ja chcę tylko tym, co robię, pokazać wszystkim ludziom, nie tylko niepełnosprawnym: „Patrzcie, jak się czegoś bardzo chce, jak się czegoś pragnie z całego serca, to można tego dokonać” – tłumaczy Jarek.
Robert Migdał – POLSKA Gazeta Wrocławska
www.naszemiasto.pl

Szlakiem Zamków Piastowskich (część II)

W lutym tego roku ja i Paweł planowaliśmy przejść cały Szlak Zamków Piastowskich w Sudetach. Niestety wtedy nasza wyprawa zakończyła się po jednym dniu przez kłopoty z noclegiem we Wleniu. Teraz, a więc w dniach 16-20 lipca 2008, podjęliśmy próbę dokończenia naszej trasy.

Dzień 1

Wleń - wieża zamkowa

Zaczęliśmy tam, gdzie skończył się dla nasz I etap szlaku, a więc we Wleniu. Szlak Zamków Piastowskich oznacza się kolorem zielonym i za nim to poszliśmy na zamek we Wleniu. Pierwszy raz byłam tam rok temu, w sierpniu, a teraz korzystając z ładnej pogody weszliśmy na wieżę zamku skąd podziwialiśmy piękne krajobrazy (widać było nawet Karkonosze).

Widok na zaporę

Dalej nasza droga prowadziła przez Dziki Wąwóz (bardzo ładne miejsce!) nad Jezioro Pilchowickie. Na w/w jeziorze stoi wzniesiona w latach 1904-1912 przez Niemców potężna zapora. Budowla ta przytłacza swoim ogromem, a my weszliśmy na górę i stamtąd podziwialiśmy widoczki. Najbardziej podobał nam się widoczny w oddali stary wiadukt kolejowy – wychodził z głębi lasu, biegł nad jeziorem gdzie kształtem wyginał się tak, jakby miał dość przejeżdżających po jego grzbiecie od lat pociągów i wchodził w las z powrotem.

Tego dnia zostały do przejścia jeszcze tylko dwie wsie, a nam przydałaby się wizyta z sklepie spożywczym. W pierwszej wiosce nie znaleźliśmy pożądanego obiektu, a w drugiej prawie przeszlibyśmy nie zauważywszy sklepu, gdyby nie to, że przypadkiem rzuciłam okiem w drugą stronę i strzeliłam, nie mając żadnej pewności: „tam musi być sklep!” – i był! Mały szyld z marką piwa nie oznaczał żądnej karczmy, ale właśnie zwyczajny spożywczak. Jak zwykle podczas naszych wojaży w pewnym momencie pojawia się niepohamowana ochota napicia się jakiegoś wstrętnego, słodkiego, gazowanego napoju w którym można znaleźć całą tablicę Mendelejewa – tym razem moim numerem jeden był Sprite, a Paweł tradycyjnie opijał się różnego typu oranżadami.

W Siedlęcinie oprócz sklepu znajduje się jeszcze wieża. Na zewnątrz nie zapowiadało się raczej nic szczególnego, ale i tak postanowiliśmy wejść i… nie pożałowaliśmy! W środku wszystko jest pięknie zorganizowane: pani sprzedająca bilety chodzi w średniowiecznym odzieniu, a wewnątrz co poziom to inna atrakcja. Na początku zimne i mroczne piwnice oraz wystawa zdjęć zrobionych na Szlaku Zamków Piastowskich, dalej sala z wymalowaną na ścianach historią sir Lancelota z Jeziora, wystawa średniowiecznych sukni, na które nie mogłam się napatrzeć, a całości towarzyszy pląsająca cichutko gdzieś w tle muzyka nawiązująca do tamtych czasów. Jak dla mnie bomba.

I w końcu dotarliśmy do celu tego dnia – schronisko „Perła Zachodu„. Budynek bardzo ładny i na zewnątrz i w środku, a że położony w uroczym miejscu mogliśmy jeszcze wieczorem udać się na krótki spacerek po okolicy.

Dzień pierwszy miał służyć ponownemu rozchodzeniu się (ostatnio nasze kości chyba trochę się zastały) i cel swój spełnił – szliśmy 7 godzin, a następnego dnia mogliśmy rozchodzeni, ale bez zakwasów wyruszyć w dalszą, cięższą drogę.

Dzień 2

Drugi dzień rozpoczęliśmy od wejścia na otoczone pogańskimi totemami Wzgórze Krzywoustego.

Wzgórze Krzywoustego

Stała na nim wieża widokowa, z której oglądaliśmy Jelenią Górę, a także grzbiety, przez które przyjdzie nam się przeprawiać tego dnia.

Widok na Jelenią Górę

Następnie zeszliśmy na dół i trzeba było przejść prawie całą Jelenią Górę, a aby było ciekawiej zaczęło padać. Co prawda rynku widzieliśmy tylko niewielki kawałek, ale i tak wydaje mi się, że Jelenia to całkiem ładne miasto.

I wreszcie koniec zabudowań, zaczynają się góry! Najpierw wdrapywanie się na Koziniec, potem przez wsie w kierunku Sokolików. Po drodze mijaliśmy ładny pałac w Bobrowie, a za nim dziwnie przycięte drzewa, które wyglądały jak zastygli w miejscu ludzie z rękoma uniesionymi go góry – widok trochę niecodzienny, zagadkowy lub może po prostu ciekawy.

Nasz szlak nie prowadził przez Sokolik, Krzyżną Górę i Husyckie Skały, ale korzystając z tego, że zaraz za Jelenią Górą pogoda znacznie się poprawiła i mogliśmy liczyć na doskonałe widoki, postanowiliśmy się tam wdrapać, co więcej: poszliśmy tam z naszymi wielkimi plecakami zamiast cofnąć się kawałek do schroniska Szwajcarka i tam starać się je zostawić na godzinkę. W każdym razie warto było, bo czekały naprawdę rewelacyjne widoki.

Na koniec dnia trzeba było już tylko przeprawić się przez Karpnicką Przełęcz i drogą biegnącą obok skał Krowiarek (wielkie i potężne były, więc nazwa słuszna) dojść do zamku Bolczów. Droga kazała iść pod górę, a każda kolejna wielka skała, która majaczyła się gdzieś w oddali wydawała mi się być zamkiem. Przyspieszałam wtedy kroku, bo cel zdaje się bliski, a tu figa z makiem – znowu skała! I w końcu, po wielu pomyłkach pojawił się nasz Bolczów, który nadal pozostaje moim ulubionym zamkiem. Tak jak rok temu weszliśmy na taras widokowy skąd podziwialiśmy uroczy krajobraz i rozbiliśmy namiot w dokładnie tym samym miejscu co wtedy.

Dzień 3

Początek dnia to zejście do Janowic Wielkich, z tym że zatrzymaliśmy się przy takim malutkim potoczku, w którym jako spragnieni wody studenci szybko uskuteczniliśmy poranną toaletę – poziom zadowolenia wzrósł znacząco, niestety dla mnie nie na długo… Konkretnie jakąś godzinę potem okazało się, że czymś się zatrułam i potworny bój brzucha znacznie utrudniał mi drogę. Jak dobrze nosić ze sobą apteczkę! Leki, które miałam pomogły mi przetrwać, ale i tak przez najbliższe dni żyłam na diecie. Dodatkowo tego dnia doszły mi jeszcze problemy ze ścięgnami, a cały ten komplet urazów złożył się na tzw. kryzys. Szliśmy przez liczne wioski aż do zamku Niesytno, gdzie Paweł biegał i szukał wejścia na wieżę, a ja, jako że miałam kryzys i kiedyś już tam byłam obeszłam go tylko dookoła. I na koniec asfaltem do Bolkowa, gdzie pozwiedzaliśmy sobie zamek, weszliśmy na wieżę i zalegliśmy w schronisku młodzieżowym zorganizowanym przy szkole podstawowej. Co prawda na początku myśleliśmy aby iść jeszcze dalej, aż za zamek Świny i rozbić się gdzieś w lesie z namiotem, ale ponieważ moje kontuzje nasiliły się i zaczynało padać, zdecydowaliśmy się na schronisko. Opis tego dnia lakoniczny, ale jak się ma kryzys wiele rzeczy ulatuje.

Dzień 4

Dzięki diecie problemy żołądkowe ustąpiły, ale z nogą wcale nie było lepiej. Jednakże tego dnia moje morale znacznie wzrosły i nawet kiedy cierpiałam robiłam to z uśmiechem. Momentami nasza droga przypominała jakąś wycieczkę inwalidów, bo Paweł nabawił się ogromnego obtarcia na stopie i też czasami ciężko mu się szło, ale ogólnie rzecz biorąc: daliśmy radę! Ten dzień był dla nas rekordowo długi (szliśmy ponad 12 godzin!) i pełen wrażeń.

Zaczęło się od dojścia na zamek Świny. Niestety zwiedzanie jest możliwe dopiero od godziny 12, a że nie opłacało nam się tak długo czekać, obeszliśmy go sobie dookoła i poszliśmy dalej w las. Nasza droga prowadziła przez bardzo przyjemne leśne drogi po których, przynajmniej mi, szło się doskonale. Po drodze mijaliśmy wieś Kłaczyna, w której teoretycznie powinien być jakiś zamek, ale nie udało nam się go znaleźć (założę się, że zostały z niego dwie cegły na krzyż gdzieś w chaszczach) – ktoś go kiedyś widział?

Dzień wcześniej patrząc na mapę stwierdzaliśmy, że czeka nas czwartego dnia 11 km asfaltowej drogi do przejścia. Oboje „kochamy” asfalt, wiec wtedy kombinowałam, żeby może ten kawałek na stopa podjechać jak się uda, ale Paweł obstawał aby iść pieszo, bo inaczej szlak nie będzie „zaliczony”. Ostatecznie okazało się, że ten asfalt wcale nie był taki zły, ponieważ część drogi biegła leśnym skrótem, a na drodze nie było prawie żadnych samochodów. Moje ścięgno przestawiło się na „tryb: asfalt” i momentami szło mi się lepiej niż po wyboistych polnych drogach.

Tym sposobem doszliśmy do zamku Cisy. Budowla urocza, położona w środku gęstego lasu… Ma „klimat” chociaż wiele nie zostało. Następnie przeprawiliśmy się przez potoczek i poszliśmy dalej.

Zamek Książ nie leży bezpośrednio na naszym szlaku, ale była możliwość wybrania drogi, która biegnie obok niego. Poszliśmy jednak za szlakiem – ja stwierdziłam, że Książ to nie jest zamek, który da się obejrzeć w 15 min i trzeba tam kiedy indziej przyjechać na dłużej, a i Paweł nie miał nic przeciwko, bo był już tam wiele razy (ja byłam tylko w podstawówce). Poszliśmy więc drogą biegnącą dookoła wzgórza na którym stoi zamek, która okazała się być bardzo urocza – obok płynął potok, dzień się już kończył, a na drodze co jakiś czas pojawiały się ciemne, bukowe lasy, które tworzą specyficzny klimat.

Drogą tą doszliśmy do Lubiechowa, tj. krańcowej dzielnicy Wałbrzycha i tam zaczęły się schody… Według mapy droga do Zielonego Jeziora i Rezerwatu Jeziora Daisy, gdzie mieliśmy dojść, była krótka i prosta, ale w praktyce było zupełnie inaczej. Wydawało się nam, że już jesteśmy na ostatniej prostej, że już za parę minut będziemy w lesie, w którym zamierzaliśmy rozbić namiot, a tu figa z makiem – szlak w pewnym momencie się urwał. Kiedy wróciliśmy do ostatniego znaku, okazało się, że drogę tarasuje nam jakiś dom, tory, których według mapy być nie powinno i w ogóle nigdzie nie widać wejścia do lasu, w którym mieliśmy się znaleźć. Z opresji wybawił nas czerwony szlak rowerowy – poszliśmy za nim, bo prowadził gdzieś w las i mieliśmy przeczucie, że może prowadzić właśnie do naszego jeziorka. Dalej droga spotkała się ze Szlakiem Ułanów Legii Nadwiślańskiej, o którym wiedzieliśmy już na pewno, że idzie tam gdzie i my, jeno zamiast 10 min, bo tyle mieliśmy iść do jeziora Szlakiem Zamków Piastowskich, będziemy szli ponad godzinę przez tenże las, a słońce było coraz niżej… Las był ciemny i gęsty lecz droga wyraźna – przynajmniej już ten szlak nie pozwolił się zgubić i doszliśmy za nim na Zielonego Jeziora. Jego widok wywoływał we mnie niepokój – jeziorko było maleńkie, woda istotnie zielona, na jej powierzchni unosiły się spore kawałki drzew, jednakże tafla wody stała zdumiewająco spokojnie i ani drgnęła. Dookoła ciemny las, słońca nie widać, ale wiemy, że chyli się już ku zachodowi. Na jednym z drzew klepsydra upamiętniająca 20-letniego chłopaka, który zginął w tym miejscu (przyczyny śmierci nie podali, ale moja wyobraźnia podrzucała mi różne scenariusze), dalej ponure ruiny budynku, na których też widniała jakaś tablica. Dom był bardzo stary i stał w ruinie, a szlak kazał przejść środkiem na drugą stronę. Klimat tego miejsca wydawał mi się jakiś taki mistyczny, zagadkowy, tajemniczy i niepokojący…

Dzień 5

Poprzedniego wieczora rozbiliśmy namiot w młodym lasku gdzieś za Rezerwatem Jeziora Daisy. Kiedy układaliśmy się do snu ciągle czułam jakiś niepokój. Nie wiem, czy to jeszcze promieniowało ponure wrażenie, jakie zrobiło na mnie Jezioro, czy może to coś nowego, ale miałam wrażenie, że coś się stanie. Zaraz po tym jak rozbiliśmy namiot co jakiś czas słyszeliśmy odgłosy wystrzałów – Pawłowi kojarzyło się to ze sztucznymi ogniami, a mi z kłusownikami jednakże później zamilkły. Spałam jak zabita, lecz po północy ze snu wyrwały mnie światła – trzy razy pod rząd coś błysnęło. Pierwsze skojarzenie: są tu jacyś ludzie i świecą latarkami w nasz namiot! Natychmiast obudziłam Pawła, a kiedy ten otworzył oczy wyjaśniło się, że owe światła to błyskawice, bo w oddali usłyszałam głos nadchodzącej burzy. Chyba z godzinę czuwaliśmy słysząc najpierw jak burza zbliża się do nas, jak jest już coraz bliżej… Burze zwykle traktuję jako atrakcję, jednak jak jest środek nocy, a ja gdzieś w środku lasu w namiocie, patrzy się na sprawę zupełnie inaczej – to było bardzo stresujące przeżycie. Deszcz padał coraz mocniej, wiatr też musiał być niczego sobie, ale w dużej mierze chroniły nas przed nim okoliczne drzewa, a burza znalazła się bezpośrednio nad nami. Pioruny głośno trzaskały po okolicach, a ja trzęsłam się ze strachu. Na szczęście wiatr szybko przegonił chmury i burza poszła dalej, w góry. Po jakimś czasie deszcz też przestał padać i wreszcie można było odetchnąć z ulgą – namiot wytrzymał i nic (żadne drzewo) nam na głowę nie spadło.

Rano mieliśmy małą inwazję ślimaków, którym bardzo się namiot spodobał i starały się wspiąć na jego powierzchnię. Po rekordowo długiej trasie dnia czwartego, ostatni etap został opracowany jako trasa rekordowo krótka – miała nam zająć tylko 3,5 godz., a my i tak przeszliśmy ją szybciej. Szliśmy do ostatniego zamku na naszej trasie: Grodno. Budowla bardzo ładna, spora część jest zagospodarowana i udostępniona do zwiedzania. Zobaczyliśmy co się dało i tak oto zakończyliśmy Szlak Zamków Piastowskich.

Powrót do domów odbywał się najpierw busem z Zagórza Śląskiego do Świdnicy, później piwo zwycięzców na rynku w Świdnicy i szynobus prosto do Legnicy (a Paweł autobusem do Wrocławia).

Szlak Zamków Piastowskich jako całość oceniam bardzo dobrze. Na większości trasy drogi są dobrze oznakowane, chociaż niekiedy znaki każą skręcić w jakieś pola lub chaszcze (trzeba zachować uwagę, aby się nie rozpędzić i nie przeoczyć jakiegoś dziwnego skrętu). Z oznakowaniem są też wyjątki, które potrafią mocno zirytować (patrz: dzień 4 i szukanie jeziora)… Ludzi nie spotykaliśmy prawie wcale – wyjątkiem były wsie i same zamki, chociaż w tych niezagospodarowanych, gdzie nie ma żadnego muzeum ludzi też raczej nie było. Ogółem wyprawę uważam za bardzo udaną.