Pałace w Łomnicy i Wojanowie

2 sierpnia 2009 roku uczestnicy Aesculapa wraz ze swoimi rodzicami odbyli wycieczkę rowerową. Trzecią z kolei – poprzednim razem zaliczyliśmy piękny szlak izerski z Jakuszyc do Chatki Górzystów oraz trasę rowerową biegnącą starym torem kolejowym z Pławnej do Lwówka Śląskiego.

Dzisiejsza trasa wiodła ulicami – w centrum Jeleniej Góry, później przez Raszyce (ulicą Wiejską) do Maciejowej. A dalej przez Dąbrowicę, wzdłuż Bobru do Łomnicy i Wojanowa. Przy okazji oczywistego treningu – jazda rowerem to sport uzupełniający narciarstwo – zwiedziliśmy dwa niezwykle piękne pałace znajdujące się w tych miejscowościach.

Wojanów - front

Tam odpoczywaliśmy po drodze jaką przebyliśmy w upale i ostrym słońcu. W cieniu drzew ogrodów pałacowych i chłodzie fontann. Przyjemnie było ciszyć się kawą i lodami w zielonym, ukwieconym otoczeniu historycznych gmachów. Rozmowy w cieniu pałacowych ścian…. Bawiliśmy się dobrze, szkoda było wracać…

Łomnica pałac

Powrót odbył się inną drogą. Jechaliśmy obok lotniska i dalej wzdłuż linii kolejowej. Wycieczka zakończyła się przy dworcu w Jeleniej Górze. A teraz? Czekamy niecierpliwie na następną. Dziękujemy rowerzystom z Aesculapa za uczestnictwo tym niedzielnym rajdzie…

Zamki w dolinie Śnieżki

Pałace i ogrody w Kotlinie Jeleniogórskiej zrodziły się z romantycznych marzeń. Kiedyś mieszkali w nich królowie i bywali cesarze. Potem wszystko obróciło się w perzynę, ale nastał dzień odrodzenia.

Wszystko przez ten romantyzm. Przez Byrona, Shelleya i Goethego, przez ich miłosne wiersze i książki pełne rycerzy, demonów i krajobrazów, przy których bledną nawet te z „Władcy Pierścieni”. Przed dwustu laty bogaci mieszkańcy miast zapragnęli powrotu do natury – takiej, jaką ją sobie wyobrażali. W modzie były więc wędrówki po zielonych błoniach, pasanie owiec, grywanie na flecie i uprawianie sztuki mówienia o miłości. Tak bawili się szlachetnie urodzeni we Francji i w Anglii.

W Prusach nie było jednak krajobrazu ani dość majestatycznego, ani groźnego, żeby udźwignąć wymagania romantycznej mody. Znakomici malarze Caspar David Friedrich i Filip Otto Runge szukali go więc na wyspach Bałtyku, ale wszystko zmieniła dopiero wyprawa hrabiego von Redena na Śląsk. To dzięki niemu Niemcy odnaleźli wreszcie swoją romantyczną krainę: Kotlinę Jeleniogórską. I bardzo szybko, bo w ciągu kilkunastu lat zabudowali ją pałacami i ogrodami. Nie ma w świecie innego miejsca, gdzie kilkadziesiąt zamków stałoby tak blisko siebie.

Friedrich Wilhelm von Reden, pruski urzędnik, został dyrektorem Wyższego Urzędu Górniczego we Wrocławiu, mając 27 lat. To właśnie on odkrył dla Prus Karkonosze. Zielarze szukali tu mandragory, awanturnicy skarbów, górnicy złotej żyły, a błędni rycerze – sławy. Pozostały po nich średniowieczne zamki zbudowane przez polskich książąt, oblegane przez krwiożerczych bandytów w czasie wojen husyckich, zajęte potem przez rozbójników.

Chojnik

Monumentalny Chojnik, hardy Sokolec, po którym zostały tylko zgliszcza, potężny Bolczów czy owiany szatańską legendą o splugawieniu ołtarza zamek Niestyno.

Bramy zamku Bolczów

Von Reden przybył w te okolice, wcześniej odbywszy podróż po najbardziej romantycznych ruinach Anglii. Uznał jednak, że krajobraz pod Karkonoszami nie ma sobie równych w Europie. Kupił pałac w Bukowcu i otoczył go parkiem z 54 stawami.

Pałac

W lesie, na wzgórzach pobudował „staroirlandzkie ruiny opactwa”, rzymski amfiteatr, średniowieczne ruiny Zamku Księcia Henryka i antyczną grecką świątynię dumania, w której jego małżonka hrabina von Reden podejmowała potem prezydenta USA Johna Quincy’ego Adamsa, Goethego, rodzinę Radziwiłłów, księżnę Izabellę Czartoryską i oczywiście królów Prus: Fryderyka Wilhelma III, IV i tego Wilhelma, który został Cesarzem.

Świątynia dumania w Bukowcu

Kiedy posiadłość Redenów była gotowa, hrabia, który nadzorował również królewskie manufaktury porcelany, sprowadził w Karkonosze malarzy, żeby z natury przygotowali szablony romantycznych pejzaży. Od tej pory król, całe Prusy, a potem reszta Europy oglądali na filiżankach ruiny, zamglone stawy, Śnieżne Kotły, Śnieżkę, no i oczywiście… pałac hrabiego Redena.

Krajobraz idealny

Kotlina Jeleniogórska ma niewiele ponad 100 kilometrów kwadratowych, tyle co gmina… Kock. Na tak niewielkiej powierzchni mieści się ponad 30 zamków i pałaców.

W XIX wieku góry, pałace i parki tworzyły jednolitą, zaplanowaną i zbudowaną ogromnym nakładem środków całość. Krajobraz idealny. Stworzony na poły przez naturę, na poły przez ludzkie marzenia i zwieńczony tyrolskimi domami, które pobudowali tu uchodźcy religijni – protestanccy górale wygnani z katolickiego Tyrolu. Król Fryderyk Wilhelm III przygarnął ich i pozwolił zamieszkać na swojej ziemi, a oni w podzięce wybudowali mu kościół w Mysłakowicach.

Tyrol w dwóch barwach

W kruchcie stoją dwie kolumny z odkrytych w tamtym czasie pod Wezuwiuszem Pompejów. Kościół budowano dwa razy. W trakcie pierwszej budowy wieża runęła. Kiedy się waliła, górale próbowali zbiec. Wszyscy z wyjątkiem jednego – wrócił po ciesielski młotek, symbol cechu. W ruinach zginęło ośmiu, ocalał tylko ten jeden, zjechał na ziemię na walącej się wieży.

Kolumny z Pompejów

Od kościoła do pałacu królewskiego jest 200 metrów drogą obok stawów, król nie męczył się więc podczas przechadzki. Pałac nie jest wielki. Kiedy Fryderyk Wilhelm III go kupił, przysłał tu swego najlepszego architekta – Schinkla. Miał on przebudować pałac, „żeby król mógł tam mieszkać skromnie, jak każdy szlachcic”. Schinkel dobudował więc wieżę, by Jaśnie Pan mógł podziwiać o świcie panoramę Karkonoszy, wyburzył dom rycerski i na jego miejscu postawił wielką salę jadalną i balową na kształt… parostatku z Missisipi.

Pałac w Mysłakowicach

Królewski brat Wilhelm von Hohenzollern kupił pobliski zamek w Karpnikach w prezencie ślubnym dla swej małżonki Marianny Heskiej.

Zamek w Karpnikach wiosną

Przebudowany w stylu neogotyckim stał się letnią rezydencją rodu. Bywali tu książęta z Europy, a nawet carska rodzina. Panowie wędrowali do domku myśliwskiego w stylu szwajcarskim, który książę kazał wybudować pod Sokolikiem. To skalne zerwy tej góry uczynili malarze romantycznym kanonem. Dziś w domku myśliwskim mieści się schronisko PTTK.

Zamek w Karpnikach sąsiaduje z Dębowym Pałacem, XIX-wieczną budowlą uchodzącą za najpiękniejszą w Kotlinie. Ostatnim właścicielem pałacu był Marszałek Dworu Prus, ambasador w Afryce Wschodniej, baron Ulrich Saint Paul-Illaire. Odziedziczyła go w ostatnich dniach wojny pani Achinger, której heroiczna walka z komunistycznymi urzędnikami o ocalenie pałacu mogłaby posłużyć za kanwę niezłego filmu – wystarczy wspomnieć, że kobieta udawała własną służącą, żeby uniknąć „wiążących odpowiedzi”. Dziś mieści się tu luksusowy hotel. Cena noclegu to 250 euro.

Karpniki z Mysłakowicami przez grzbiet góry Mrowiec łączy piaszczysta „Droga Królewska”, którą książęta i królowie jeździli w odwiedziny. Syn króla Fryderyka Wilhelma III, młody książę Wilhelm (później cesarz Wilhelm I) częściej niż do kuzynów jeździł jednak konno do Ciszycy, pałacu Namiestnika Wielkopolski księcia Antoniego Radziwiłła, którego córkę Elizę pokochał tak mocno, że zapragnął uczynić żoną.

Stronnictwo niechętne Radziwiłłom zgłaszało jednak sprzeciw: dziewczyna nie jest królewskiej krwi, ich dzieci utracą prawo dziedziczenia. Król ojciec podjął jeszcze próbę. Chciał namówić kuzyna, cara Rosji Aleksandra, żeby adoptował Elizę. Ale car zmarł nagle, a jego następca Mikołaj nienawidził Polaków i powiedział: nie.

Eliza zachorowała ze smutku. Zmarła kilka lat po rozstaniu z ukochanym. Wilhelm poślubił inną. Poprowadził Prusy do wielu bitew, przeżył trzy zamachy na swoje życie, pokonał Francję, zjednoczył Niemcy i otrzymał koronę cesarską. Portret Elizy nosił stale przy sobie. Stawiał go na biurku albo w wojennym namiocie. Ostatniej nocy schował go w jedynym miejscu, jakie zostaje umierającemu: pod poduszką.

W 1935 roku w Ciszycy kręcono „Pruską miłość” – melodramat o najsławniejszym romansie w dziejach Niemiec. Goebbels zakochał się w aktorce grającej Elizę, Czeszce Lidzie Baarovej tak bardzo, że chciał porzucić karierę. Hitler interweniował osobiście. Wygnał Baarovą, a film o miłości Radziwiłłówny zakazał wyświetlać…

Pałac nad cichym stawem przetrwał.

Przebudzone ze snu

Nie wszystkie pałace miały tyle szczęścia. Niektóre zniknęły rozkradzione w czasie PRL-u. Inne cudem uniknęły tego losu. Renesansowy dwór w Czarnem nad Pijawnikiem uratował własną pracą jeden człowiek: Jacek Jakubiec.

Projektant urbanista, zahartowany w „Solidarności”, zamieszkał w ruinie bez dachu i odbudowywał ją własnymi rękoma. Uratował. W niepodległej Polsce założył fundację ekologiczną i zamkowi Czarne nie brakuje już niczego.

Romantyczną historią może się pochwalić Łomnica. Przed wojną majątek należał do rodziny von Kuster. Po wkroczeniu Rosjan zmuszeni do ucieczki nie sądzili, że go kiedykolwiek zobaczą. Kiedy jednak w Polsce runął komunizm, a w Niemczech Mur Berliński, Ulrich von Kuster i jego narzeczona hrabina Elizabeth von Eschenbach odkupili ruinę od gminy. Przyjechali do Polski volkswagenem garbusem z taczką, łopatami i kilofem. Miejscowi najpierw patrzyli na nich jak na parę wariatów, a potem przyszli pomóc w odgruzowaniu wejścia…

Łomnica pałac

Minęło 20 lat. Dzieci von Kusterów mówią po polsku, pałac w Łomnicy gości Stowarzyszenie Pielęgnowania Kultury Śląska założone przez polskich i niemieckich naukowców, w małym pałacu działa hotel. O walce, jaką Elizabeth stoczyła, żeby tchnąć życie w te ruiny, powstają filmy i książki. Łomnica była jednym z pierwszych zamków, który odzyskał w pełni dawny blask.

Tylko kilkaset metrów dzieli go od Wojanowa, a oba pałace łączy zabytkowy park rozcięty przełomem Bobru. Wojanów był gniazdem śląskiego rodu Zedlitzów, ale sławę zdobył jako prezent, który król Fryderyk Wilhelm III kupił swojej córce, księżniczce niderlandzkiej Luizie, gdyż chciał ją mieć latem w pobliżu Mysłakowic. W 1839 roku wyruszył stąd razem z córką na swoją ostatnią wspinaczkę na Śnieżkę. Rok później zmarł.

Przed rokiem zakończył się tu remont na niespotykaną skalę. Wojanów jest perłą Kotliny. Mieści się tu hotel, są korty, spa i basen pływacki w zabytkowym spichlerzu.

Wojanów - front

Duchy Schaffgotschów

Od południa Kotlinę zamyka sięgający ponad 1100 metrów grzbiet Karkonoszy, od północy Przełęcz Widok nazywana tak, od kiedy podróżnik Aleksander Humboldt uznał, że panorama, jaką z niej widać, to jeden z najlepszych dziesięciu landszaftów na świecie. Od wschodu strzeże jej piastowski zamek Bolczów, od zachodu wieża rycerska w Siedlęcinie, w której zobaczyć można wczesnośredniowieczne freski z historią Lancelota z Jeziora.

Rycerski Chojnik to rodowe gniazdo Schaffgotschów. Siboth, ich protoplasta, jako zwykły żołnierz krucjaty uratował cesarza Fryderyka II przed śmiercią z rąk Turków. Cesarz w podzięce wyciągnął rękę, a żołnierz, zanim ją uścisnął, otarł swoją skrwawioną dłoń o zbroję, pozostawiając na niej cztery pręgi. Od tej pory cztery krwawe pasy na srebrnym polu są herbem tego rodu.

Dziedziniec

Chojnik, najczęściej odwiedzane po Śnieżce miejsce w Karkonoszach, był ich pierwszym, ale nie jedynym zamkiem. Inne można zobaczyć choćby w Sobieszowie, Starej Kamienicy i Cieplicach. W Starej Kamienicy rezydował Hans Ulrich, ten, który za rzekomą zdradę cesarza torturowany był tak okrutnie, że kiedy katolicy ścięli go wreszcie na rynku w Ratyzbonie, nie mógł stać, więc przywiązano go do krzesła. Po śmierci zyskał przydomek Semperfrei Zawsze Wolny…

Ruiny w Starej Kamienicy

Z zamkiem wiąże się inna jeszcze historia, bo w jego komnatach giermek zakochany w narzeczonej Schaffgotsha zabił swego rycerza. Za ten czyn – niesłychany w średniowieczu – poniósł srogą karę. Historia opisana jest na jednym z epitafiów Schaffgotschów w murze cieplickiego kościoła.

Ich olbrzymi pałac i sławny cieplicki park przetrwały wojnę w świetnym stanie. Park Norweski jest sercem uzdrowiska. W pałacu przed wojną znajdował się jeden z największych w Europie zbiór starodruków i antyków. Po wojnie rozkradziono go za przyzwoleniem Rady Państwa, część skarbów sprzedano w Desie, część trafiła w ręce ówczesnych rządzących. Od 1975 roku przejęła obiekt Politechnika Wrocławska. I dzięki temu przetrwał.

Z Cieplic warto wybrać się jeszcze do samych stóp Śnieżki, gdzie stoi wikiński kościółek Wang, słynący nie tylko jako najstarszy z karkonoskich zabytków, ale i kościół szczęśliwych małżeństw. W XIX wieku świątynię zakupił od Norwegów król Fryderyk Wilhelm IV z zamiarem ustawienia w Berlinie. Ale kiedy już dotarł w częściach do Szczecina, hrabina von Reden skłoniła króla, żeby odbudował go w Karpaczu, bo nie było tu żadnego kościoła. Stanął w takim miejscu, że przez lunetę król mógł go oglądać z wieży pałacu w Mysłakowicach.

Wang

W drodze powrotnej trzeba zajrzeć do pałacu w Miłkowie odrestaurowanego przez Spiżów, szanowaną dynastię wrocławskich browarników. Można tu popróbować najlepszych w Polsce niepasteryzowanych pszenicznych piw.

Z Miłkowa blisko już do Staniszowa, gdzie zobaczyć można trzy wspaniałe pałace. Ten najbardziej malowniczy, na wodzie, w którym właśnie dobiegają końca prace konserwatorskie, ten pośrodku doliny, co wciąż czeka na renowację i ten najsławniejszy, dawna siedziba von Reussów na samej górze. To właśnie tu produkowano znany w całym świecie likier „Stonsdorfer” na bazie unikalnej mieszanki karkonoskich ziół. Po wojnie ród przeniósł produkcję do Niemiec, ale receptura pozostała taka sama, a zioła wciąż zbierane są tu, pod Śnieżką. Park staniszowski ma taką atmosferę, że nie chce się stąd wyjeżdżać…

Pałac w Staniszowie

Od kilkunastu miesięcy właściciele zamków prowadzą działania zmierzające do wpisania Doliny Pałaców i Ogrodów na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Komisje już sprawdziły wszystko na miejscu. Decyzja jest kwestią najbliższego czasu.

Grzegorz Kapla „Wróżka”

Piękne i dziwne nazwy Kotliny Jeleniogórskiej (2)

A teraz mogę rozpisać się na temat toponimii zaliczonych do dziwnych nazw.

Borowy Jar

Borowy Jar – 80, Boberthal, Wielki Przełom

Przez dłuższy czas sądziłem, iż to T. Steć wprowadził w Sudety ukraińsko-osmański „jar” drążący nasze nazewnictwo od prawie sześćdziesięciu lat. Aliści okazało się dzięki pomocy K. R. Mazurskiego, iż twórcą jaru jest M. Sobański, który użył nazwy „Dziki Jar” w swoim przewodniku „Cieplice Śląskie” w 1947 r. Steć jednak tą nazwę podchwycił w 1959 r. i rozpowszechnił zaczynając od Borowego Jaru. Wspomniany „jar” dyskwalifikuje obie nazwy! Trudno zrozumieć popularność tej nazwy, która jest nieprawidłowa pod względem geograficznym i językowym. Karierę jar zrobił, kiedy w 1962 r. trafił na trzecie wydanie mapy „Karkonosze” PPWK, gdzie gości do chwili obecnej. Jar w Sudetach jest nie do zaakceptowania! Przełomowy odcinek Bobru pomiędzy wiaduktem jeleniogórskim a Polskim Młynem (ok. 2 km długości) nigdy nie miał szczęścia do nazw, również niemieckich. W zasadzie w grę wchodzą trzy nazwy: geograficzna – „Przełom Bobrzański”, od biedy niemiecka – Boberthal, czyli „Bobrzańska Dolina”, oraz nazwa… amerykańska (Grand Canyon!) – „Wielki Przełom”. Opowiadam się za ostatnią!

Garby

Garby – 145, Lorenzkrück, Wawryszowa Krukiew.

Dwuwierzchołkowy szczyt we Wzgórzach Łomnickich na południe od Czarnego. Polska nazwa ma charakter topograficzny i określa ukształtowanie terenu od apelatywu „garb”. Nazwa niemiecka była znacznie ciekawsza: Lorenz to Wawrzyniec, a Krück oznacza laskę, ożóg. W języku staropolskim laskę nazywano: krukwą, kruką lub krukwią. Dlatego Wawryszowa Krukiew jest ciekawszą propozycją.

Grób Wandala

Grób Wandala – 156, Wandalengrab, Suchy Marmit.

Zawsze podkreślam, że mamy obowiązek przywracania nazw historycznych, ale nie dotyczy to nazw beznadziejnie głupich! Pobyt Wandalów w Jeleniej Górze jest tak samo pewny, jak pochód Indian z dorzecza Amazonki, zwłaszcza, że Sudety do V, a może VII w. były niezamieszkałe. Warto zwrócić uwagę, iż przedsłowiańska hydronimia w Sudetach Zachodnich występuje dopiero na Pogórzu. A w pierwszej kolejności każdy lud nazywał to, co najbardziej do życia było potrzebne, czyli wodę. Dlatego z czystym sumieniem możemy darować sobie i ten „grób”, i tych Wandalów. Zastąpmy to Suchym Marmitem.

Międlica

Międlica – 319, Brechhaus-Berg, Międlarnia.

Wzgórze 466m na Wysoczyźnie Rybnickiej w pobliżu Rybnicy. Polska nazwa oznacza narzędzie do kruszenia słomy lnianej i konopnej. Później wykonywano to przy pomocy międlarki, która była maszyną do tego samego celu. Złożona nazwa niemiecka zawiera człon „haus”, co oznacza, że chodzi o pomieszczenie, w którym to robiono. Szopa lub zakład, gdzie międlono len i konopie nazywały się międlarnią. I to jest właśnie ta nazwa, gdyż góra kształtem przypomina międlarnię, a nie międlicę.

Pastwa

Pastwa – 350, Schweden Berg, Szwedówka.

Góra wysokości 424m w zachodniej części Jeleniej Góry nad pot. Rakownica. Polska nazwa „Pastwa” błędnie sugeruje, że góra była miejscem wypasu bydła. Nazwa niemiecka związana jest z pobytem Szwedów w Kotlinie Jeleniogórskiej w 1622 r., którzy okopali się na tym wzniesieniu. Dlatego oronim „Szwedówka” od nazwy etnicznej Szwed jest toponimem historycznym i takim powinien pozostać. Również potok płynący u stóp góry wzdłuż drogi nr 30, aż do Kamiennej, powinien nosić nazwę „Szwedzkiej Wody”, a SE spłaszczona część Szwedówki, nazwę „Szwedzkie Szańce”.

Serwetka

Serwetka – 399, Molken-Berg, Serwatka.

Czy Szanowny Czytelnik moich tekstów dostrzega różnicę pomiędzy serwetką a serwatką? Jeżeli tak, to wspólnie musimy zmartwić się, że autor nazwy „Serwetka”, zupełnie tego nie widzi! Wzniesienie pod Wojcieszycami nosiło niemiecką nazwę Molken-Berg, co w dialekcie Niemców Śląskich dawało „Serwatkową lub Żętycową Gorę”. Autor tej nazwy powinien za karę wypić kilka litrów serwatki. Gwarantuję, że zadziała! I serwetka też się przyda…

Siekierka

Siekierka – 408, Scheckel Berge, Siekierka, Krasule, Piekarnia.

Nazwa urzędowa nadana przez KUNM długiemu grzbietowi ciągnącemu się od zakola Kamienicy w Barcinku, przez kotę 427, aż po kotę 457m, na której wierzchołku skałki Backofenstein (piec piekarniczy). Cały grzbiet nosił niemiecką nazwę Scheckel Berle, tj. Krasule. KUNM kierując się rysunkiem poziomic (sic!), który przypomina na mapie Messtischblatt siekierkę, nadała mu taką właśnie nazwę. Tymczasem autor tego hasła w t. 4. SGTS przeniósł nazwę „Siekierka” na mały, ale wyższy grzbiecik 461 i 452m, stanowiący „ostrze” owej siekierki. W dodatku, polska nazwa skałki „Piec” jest mało precyzyjna w stosunku do niemieckiej, a nazwa „Siekierka” wręcz mylna. Ale to nie wszystko! Oronim ten jest błędny pod względem historyczno-językowym. Toponimia posiadająca rdzeń: -siec, siek, zalicza się do nazw obronnych wyznaczających granice plemienne. Tworząc nieprzemyślaną nazwę „Siekierka” KUNM przesunęła granice plemienne terytorium Bobrzan na południe, robiąc psikusa historykom. Wymachiwanie na oślep siekierką zawsze źle się kończy! W tej sytuacji najlepiej zostawić siekierkę na wzgórzu 461m, gdzie zaniósł ją autor tego hasła w SGTS, a grzbietowi o punktach wysokościowych: 427 i 457m, pozostawić niemiecką nazwę „Krasule”. W żadnym wypadku nazwy skałki „Piec” nie można rozciągać na wzgórze 457m. O wiele lepsza byłaby tu nazwa „Piekarnia”.

Wądół

Wądół – 478, Tiefen Grund, Niski Wądół.

Wądół to debrza, wąwóz, parów. Lecz autor tego hasła w SGTS za wądół uważa potok

(Wądolnik!), lewy dopływ Bobru, płynący przez Wądół. Nazwa tego obiektu fizjograficznego, była pierwszym oronimem typu „wądół” nadanym przez T. Stecia i pojawiła się na 3. wydaniu mapy „Karkonosze” PPWK w 1962 r. Nazwa ma charakter topograficzny, a zgodnie z jej niemiecką poprzedniczką powinna mieć formę „Niski Wądół”.

Wzgórze Gen. Grota-Roweckiego

Wzgórze Gen. Grota-Roweckiego – 501, Opitz-Berg, Opicowa Górka.

Podchodzę z wielkim szacunkiem do bohaterskiej postaci Generała Grota, który całym swoim życiem i męczeńską śmiercią zasługuje na upamiętnienie, ale czy w taki sposób i w tym miejscu? Ojcowie miasta Jeleniej Góry pragnęli chyba w 1993 r. „odfajkować” 50. rocznicę śmierci Wielkiego Rodaka i rzecz załatwili po minimalnych kosztach, szybko i sprawnie. Pośpiech jest rzadko mądrym doradcą, zwłaszcza, gdy miejska rada uważa, iż posiadła patent na wszelką wiedzę. Góra nosiła od połowy XIX w. nazwę „Opitz-Berg” na cześć wybitnego niemieckiego poety i dyplomaty okresu późnego renesansu Martina Opitza. U schyłku życia, mieszkając w Gdańsku, był związany z dworem króla polskiego Władysława IV i był jego historiografem i sekretarzem. Martin Opitz von Boberfeld pełni tę samą rolę w poezji niemieckiej, co Jan Kochanowski w polskiej. Obaj dążyli do nobilitacji literatury w narodowych językach. Dokładniejszy życiorys polecam pod internetowym adresem www.europejczycy.boleslawiec.eu, ponieważ Bolesławiec ma więcej serca dla swojego ziomka i obywatela. Myślę, że na terenie miasta jest wiele bezimiennych wzgórz i gór, na które można z powodzeniem przenieść imię gen. Grota, jak choćby ta pomiędzy Goduszynem, Godziszem i Rodłem. Lecz wzniesienie, które nazywało się Opitz-Berg, powinno takim pozostać jako Opicowa Górka.

Zadory

Zadory – 511, Gibraltar Felsen, Gibraltar.

Zadory i Urwista należą do najbardziej „eksploatowanych” nazw w Sudetach. Tylko autorzy cierpiący na chroniczną niemoc twórczą mogą sięgać po takie nazwy. Komu przeszkadzała historyczna nazwa „Gibraltar”? Okazuje się, że Steciowi, który umieścił obie nazwy: Zadory i Urwisko, na mapie „Karkonosze” PPWK w 1962 r. Trzeba jednak wyjaśnić, że nie mógł on umieścić nazwy „Gibraltar”, ponieważ miała polityczny wydźwięk związany z gen. Sikorskim, a wówczas działała cenzura. Nie mógł też przewidzieć, że znajdzie tak masowych naśladowców. Muszę również zauważyć, iż do odtworzenia historyczno-krajobrazowego założenia na zboczach Siodła potrzebne jest także przywrócenie historycznego nazewnictwa. Nazwa „Gibraltar” będzie nazwą przeniesioną i pamiątkową.
Tom 4 SGTS znajduje się na czwartej pozycji w mojej klasyfikacji Sudetów Zachodnich. Nie ma więc specjalnych powodów do krytyki. Dalszy rozwój polskiego nazewnictwa w tym mezoregionie powinien dotyczyć hydronimii, gdyż od czasu działalności KUNM niewiele zmieniło się w tym zakresie. Zadziwiający jest brak ptasich nazw dla zbiorników wodnych Kotliny odwiedzanej przez blisko 200 gatunków ptaków. Również niektóre mikroregiony, jak Wzgórza Dziwiszowskie, Wysoczyzna Rybnicka, Wzgórza Łomnickie, a nawet Obniżenie Mysłakowickie, są dalej „nie do końca zapisaną tablicą”. Należy jednak podkreślić, że w tym mezoregionie polonizacja nazw niemieckich została zakończona na początku lat osiemdziesiątych ub. wieku. Chciałbym też, aby w przyszłości ojcowie miasta Jeleniej Góry nie musieli przypominać sobie o nienazwanych obiektach topograficznych tylko i wyłącznie z powodu rocznic śmierci Wielkich Polaków. W toponomastyce zasada: „patrz, Kościuszko, na nas z nieba”, sprawdza się rzadko, a najczęściej wcale. Z wszystkich cenzurowanych nazw tylko dwie: Siekierka i Kopki, obciążają KUNM, co jeszcze raz potwierdza, iż nie naukowcy i urzędnicy ponoszą wyłączną winę za stan polskiego nazewnictwa terenowego Sudetów, lecz my sami.

Jerzy K. Bieńkowski.

Toponomastyka

Toponomastyka [gr.], toponimia [gr], dział onomastyki, zajmujący się nazewnictwem geograficznym.

Onomastyka

Onomastyka [od gr. ónoma imię, nazwa], nazewnictwo, zajmuje się imionami (nazwami) własnymi.

„Na Szlaku”

Piękne i dziwne nazwy Kotliny Jeleniogórskiej

Kotlina Jeleniogórska z Rudawami Janowickimi i Karkonoszami zalicza się do trzech pierwszych mezoregionów Sudetów Zachodnich, gdzie polskie powojenne nazewnictwo powstawało najwcześniej.

Chociaż pierwsze publikacje J. Sykulskiego i M. Sobańskiego pojawiły się już w latach 40., a prace T. Stecia w latach 50. ub. wieku, to jednak tytułowy mezoregion nie miał potem długo szczęścia do opracowań i map turystycznych. Wynika to również i z tego, że Kotlina Jeleniogórska, usytuowana w centrum Sudetów Zachodnich, przegrywa konkurencję z otaczającymi ją atrakcyjnymi górami, a dla tłumów turystów rozpoczynających i kończących tutaj swoje wycieczki stanowi tylko wielką poczekalnię. Nawet wytrawni
turyści i krajoznawcy znają Kotlinę bardzo pobieżnie. To, czego nie umie docenić człowiek, docenia ptasia rodzina znajdująca wytchnienie na Stawach Podgórzyńskich po ciężkim locie nad Karkonoszami. Region posiada najciekawszą w Sudetach Zachodnich awifaunę i wiele gatunków synantropijnych w mieście, ale w żaden sposób nie odbija to się w „ptasim” nazewnictwie całej Kotliny.

Wiosna w Podgórzynie

Nazwa Kotlina Jeleniogórska pojawiła się w Rozporządzeniu Ministra Administracji Publicznej z 28.05.1949 r., gdzie w dziale V „Kotlina Jeleniogórska i Wzgórza Łomnickie” wymieniono pierwszych 17 polskich nazw, które stanowiły 1,42% całego nowego nazewnictwa Sudetów. Ustawodawca za Kotlinę Jeleniogórską rozumiał wówczas Obniżenie Jeleniogórskie, Wzgórza Łomnickie, Wzgórza Dziwiszowskie, Obniżenie Sobieszowskie, Obniżenie Mysłakowickie oraz Wzgórza Karpnickie. Dopiero w 1968 r. W. Walczak
w pracy „Sudety” wyróżnił osiem mikroregionów Kotliny Jeleniogórskiej: Obniżenie Jeleniogórskie, Obniżenie Starokamienickie, Wysoczyznę Rybnicką, Obniżenie Sobieszowskie, Obniżenie Mysłakowickie, Wzniesienia Dziwiszowskie, Wzgórza Łomnickie i Wzgórza Karpnickie. Jednak większość geografów zalicza Wzgórza Karpnickie do Rudaw Janowickich, co piszący te słowa zrobił już w poprzednim rudawskim tekście, zaliczając
tam również Stawy Karpnickie, które w tomie 4 SGTS przyłączono odmiennie do Kotliny Jeleniogórskiej. Dlatego w tym opracowaniu SE granica Kotliny biegnie wzdłuż Jedlicy, Łomnicy i potem Bobru.

Do czterech urzędowych nazw muszę zgłosić zastrzeżenia: GRODNA – Stangeberg – (Grzęda).WITOSZA – Prudel-Berg – (Całka). KOPKI – Die Abruzzen – (Abruzzy). KOZINIEC – Molken Berg – (Oszczepek).

Trudno logicznie wytłumaczyć, dlaczego ewidentną grzędę (niem. Stange) KUNM skojarzyła z ‚grodem’, który udaje sztuczna ruina ks. Heinricha von Reuss. W intencji KUNM nazwa ‚Witosza’ miała być odosobowa od imienia Witosz. Tymczasem stała się nazwą przeniesioną z Bułgarii od jednego z głównych pasm górskich. Niemieckie ‚prude’ to fałszywie skromny, przesadnie wstydliwy, staropanieński. W starej polszczyźnie podstarzałą pannę nazywano „całką”. I to byłaby lepsza nazwa. Niezwykłą w Sudetach nazwę niemiecką miały Kopki. Kilkuwierzchołkowe wzniesienie przypominało Niemcom Abruzzy, najwyższe pasmo Apeninów we Włoszech (Corno Grande 2914 m). Od gór Abruzzi wziął nazwę region w środkowych Włoszech, zwany z polska Abruzją. Po co było to zmieniać? W częstej w Sudetach Zachodnich nazwie pochodzącej od niem. Molke – serwatka, żętyca, pachnie raczej owcami, a nie kozami, stąd lepszy byłby „oszczepek”- serek owczy, wyrabiany z mleka o charakterystycznym kształcie grotu oszczepu, nawiązującym również do kształtu góry.

Kotlina Jeleniogórska jest jedynym mezoregionem Sudetów Zachodnich, który nigdy nie miał własnej mapy turystycznej. Mezoregion był tradycyjnie przedstawiany w częściach na mapach jej brzeżnych gór.

Dotyczy to mapy Karkonosze (od 1958 r.), mapy Rudaw Janowickich (od 1990 r.), mapy Gór Izerskich (od 1972 r.) i mapy Gór Kaczawskich (od 1970 r.). Wszystkie wymienione mapy były wydane przez PPWK. Kotlinę pokazano całą na niezbyt udanej mapie PPWK „Okolice Jeleniej Góry” w 1995 r., oraz na kontynuowanej przez Wydawnictwo PLAN mapie „Sudety Zachodnie” z 2000 r. Dlatego nieurzędowe nazewnictwo w Kotlinie Jeleniogórskiej kształtowały początkowo prace wspomnianych na wstępie autorów, a potem przewodniki po Sudetach Zachodnich: T. Stecia z 1965 r. oraz J. Czerwińskiego i K. R. Mazurskiego z 1983 r. Nawet pierwszy przewodnik po Kotlinie Z. Sarneckiego i B. W. Szarka z 1995 r. niewiele zmienił w tym temacie.

Główną rzeką Kotliny jest Bóbr, który otrzymał swoją urzędową polską nazwę w 1951 r., a wraz z nim następujące dopływy pierwszego i drugiego rzędu: Łomnica, Miłkówka, Jedlica, Malina, Kamienna, Piastówka, Wojcieszka, Lutynka, Rakownica, Pijawnik, Kamienica, Kamieniczka, Młynówka, Radomierka, Silnica, Złotucha i Szumiąca. Pod uwagę wziąłem tylko te cieki, które płyną przez Kotlinę przynajmniej w połowie swojej długości. Czterem potokom zamiast nazwy niemieckiej wpisano miejscowości, przez które płyną:
Lutynka, Wojcieszka, Piastówka i Miłkówka, ale dwa ostatnie miały nazwy niemieckie, z czego Piastówka nawet bardzo ładną: Jagnięcy Rów. Tylko do nazwy cieku Malina (Forst Lange Wasser), można wnieść pewne zastrzeżenia. Nazwa powinna uwzględniać owo ‚wasser’ i brzmieć: ‚Malinowa Woda’.

Przechodzę teraz do wykazu najpiękniejszych nazw terenowych Kotliny Jeleniogórskiej. Tradycyjnie cyfry przy nazwach oznaczają stronę odpowiadającego im hasła w t. 4. SGTS: Bóbr – 83, Choiniec – 91, Cudowne Źródło – 126, Jedlica – 168, Koniec Świata – 268, Lisie Doły – 288, Perła Zachodu – 352, Radziwiłłówka – 389, Ucho Igielne – 476, Zamczysko – 512. Niektóre z nich postaram się skomentować.

Nazwy tworzą trzy cieki, źródło, sztuczna wyspa, schronisko, półwysep, szczelina skalna, góra i skały. Wśród najładniejszych toponimów Kotliny KUNM ma trzy trafienia: Bóbr, Choiniec i Jedlica. Steć trafił aż pięć razy: Cudowne Źródło, Koniec Świata, Radziwiłłówka, Ucho Igielne i Zamczysko, chociaż nazwy są w większości kalkami niemieckimi.

Nazwa ‚Perła Zachodu’ powstała w 1945 r. po przejęciu tego obiektu przez administrację polską i taki ma charakter. Ostatnia nazwa ‚Lisie Doły’ pojawiła się dopiero w 1993 r. jako nazwa półwyspu. Wcześniej, od 1980 r. istniała jako nazwa stawu, czyli jako hydronim, a kiedy została wyparta przez hydronim ‚Staw Leśny’, przeszła prawidłowo na półwysep.

Bóbr

Główna rzeka Sudetów Zachodnich, największy lewy dopływ Odry. Najpiękniejszy polski hydronim na Śląsku! Nazwa jest równocześnie świadectwem dawnej czystości wody, gdyż bobry żyją wyłącznie w czystej wodzie. Wymieniany już w XI w. jako Bober, Castor i Pober Slavonice. Wypływa w Czechach poniżej wsi Bobr na wysokości 804 m, uchodzi za Krosnem Odrzańskim do Odry. Nurt Bobru wyznacza dno Kotliny Jeleniogórskiej. Warto przypomnieć, Że przymiotnik od nazwy rzeki brzmi ‚bobrzański’, a od nazwy zwierzęcia
‚bobrowy’, co systematycznie myli autorów różnych opracowań krajoznawczych.

Choiniec

Potok wypływający spod Przeł. pod Kopistą i oddzielający wraz z Wrzosówką masyw Żar – Chojnik od reszty Pogórza Karkonoskiego. Niemieckie nazwy potoku ‚Kynwasser’ oraz Chojnika ‚Kynast’ były nazwami złożonymi, związanymi wspólnym prefiksem ‚kyn’. Cały problem polega na tym, co to znaczy?

Dla KUNM znaczyło to ‚choja’, skąd wyprowadzono obie bardzo ładne polskie nazwy. Ale w toponomastyce nazwa jest ładna nie wówczas, kiedy ma miłą eufonię, tylko wtedy, kiedy wywód trafia do jej źródeł. Tutaj KUNM wyraźnie nie trafiła. Zwolennicy ‚choin’ na Chojniku zapomnieli chyba o tym, że do 1675 r., kiedy zamek pełnił funkcje obronne, gołe zbocza góry nie mogły porastać czymkolwiek. Las podchodzący pod mury obronne ułatwiłby zadanie nieprzyjacielowi. Dopiero kiedy zamek spłonął od pioruna i został opuszczony, las rozpoczął swój marsz na szczyt góry. Zresztą sosna nie była tak niezwykłym drzewem na Pogórzu Karkonoskim, aby mogła tworzyć podstawę słowotwórczą. Niemiecka nazwa góry posiada zadziwiającą ciągłość i stałą formę: ‚Kynast’, od XV w. aż do 1945 r. Jest substytucją fonetyczną polskiej nazwy „Kinasta”, (dla zamku: Kinasty), gdzie stp. czasownik: kinąć ma dwa znaczenia: 1. rzucić, 2. skinąć, dać znak woli, (A. Bańkowski. ESJP). Nazwa ma charakter topograficzny i oznacza górę „rzuconą” poza masyw Pogórza Karkonoskiego, co wynika z pierwszego zdania tekstu. Ten sam charakter ma nazwa ‚Kynwasser’, gdzie dodatkowo rdzeń ‚wasser’: woda, zaświadcza o jej słowiańskim pochodzeniu. Kynwasser to Kiniona Woda lub Kiniec. Nazwa oznacza potok o niespokojnym, rzucającym się nurcie.

Cudowne Źródło

Cudowny to wyjątkowo rzadki przymiotnik w nazwach złożonych i dotyczy wyłącznie źródeł. Dlatego nazwa musiała być zauważona, bo w całych Sudetach jest tych nazw zaledwie kilka.

Nazwa Cudownego Źródła jest niemiecką nazwą ludowa związaną z podaniami o wiarołomnym rycerzu – panu Zbójeckiego Zamku po drugiej stronie rzeki. W finale podania rycerz, wezwany na straszny Kapturowy Sąd, zostaje poddany próbie Sądu Bożego przy pomocy wody z tego źródła. Dla rycerza skończyło się fatalnie. Na wszelki wypadek, odradzam picie wody ze źródła!

Jedlica

Prawy dopływ Łomnicy, wyznaczający zachodnią granicę Rudaw Janowickich. Gwarowa nazwa niemiecka ‘Eglitz’ (J-eglitz-a!) nie pozostawia wątpliwości, Że chodzi o jodłę. Bańkowski, zauważa, że tylko w polskiej nazwie drzewa jest ‚dl’, podczas, gdy w innych językach ‚gl’. Pierwsza polska nazwa w 1946 r. brzmiała Jodłówka (Mapa turystyczna Karkonoszy i okolic Jeleniej Góry. IKiW: Glob). Jednak w dwa lata później na mapie „Karkonosze i Kotlina Jeleniogórska” pojawia się nazwa Jedlica, którą w 1951 r. zatwierdza KUNM.

W ten sposób wiemy, że autorem obu nazw był Stanisław Rospond, twórca nazewnictwa na tych mapach. Nazwa Jedlica jest bezpośrednio związana z jodłą, ale od jodły nie pochodzi. Jedlica (Pseudotuga), jest polską nazwą drzewa z rodziny sosnowatych, którego ojczyzną jest Ameryka Północna i Azja Wschodnia. Do tej samej rodziny należy Jodła pospolita (Abies alba). Jodła jest w Polsce drzewem recesywnym, którego zasięg stale się zmniejsza. Niezwykle wrażliwa na zanieczyszczenia powietrza. Podobnie jak Jedlica jest drzewem zimozielonym, posiadającym charakterystycznie do góry skierowane gałęzie (świerk do dołu!), z żeńskimi szyszkami stojącymi pionowo na gałęzi. Jedyna w Polsce Puszcza Jodłowa jest w Górach Świętokrzyskich. Jodła pospolita osiąga wysokość 50 m, a najwyższa na świecie Jodła olbrzymia (Abies grandis) do 100 m wysokości. Jedlice o pięknej stożkowatej koronie należą do najwyższych drzew na świecie. Jedlica zielona (Pseudotuga menziesii) dochodzi w swojej ojczyźnie Ameryce Północnej do 110 m wysokości. W Polsce połowę tego! W przeciwieństwie do jodły, szyszki jej zwisają z gałęzi do dołu. Oprócz niej spotyka się często w polskich parkach Jedlicę siną (Pseudotuga glauca Mayr.), niższą od jodły, do 45 m, o charakterystycznych sinozielonych igłach. Jedlica zielona posiada fatalną oboczną nazwę „daglezja”, która gwałtownie rozpowszechnia się w przewodnikach i na mapach. Jest to eponim od nazwiska jej odkrywcy, szkockiego botanika Davida Douglasa (1798-1834). W latach 1823-24 odbył on podróż badawczą po zachodniej części USA (Pacific Northwest) i wysłał do Europy 240 gatunków nieznanych roślin lub nasion. Prawie wszystkie introdukowane amerykańskie drzewa, krzewy, zioła i kwiaty, które zadomowiły się w Europie pochodzą z kolekcji D. Douglasa. Szkot zginął w zaskakujących okolicznościach, podczas swojej ostatniej wyprawy na Hawaje w 1834 r. Prowadząc badania, przez nieuwagę wpadł do tubylczej pułapki-dołu, a ogromna kula spadając zmiażdżyła go.
Żył zaledwie 35 lat. Wszystkie amerykańskie gatunki jedlic posiadają w swojej angielskiej nazwie nazwisko „Douglas”, a jeden z nich, właśnie Jedlicę zieloną (Douglas fir) nazwano na cześć szkockiego botanika. To właśnie stąd wzięła się ta ‘daglezja’ jako genetycznie polski zwyczaj naśladowania wszystkiego, co obce. Leśnicy uważają Jedlicę zieloną za
najcenniejsze drzewo obcego pochodzenia w Polsce.

Lisie Doły

Półwysep na obszarze Stawów Podgórzyńskich. W Sudetach rzadko zdarza się, aby zachowano ciekawą i nietypową nazwę niemiecką (Fuchslöcher), w tłumaczeniu dosłownym. Lis w toponimii posiada rekordową ilość derywatów, również nazwa
osobowa Lis była bardzo częsta w średniowieczu. W toponimii polskiej lis jest najczęściej występującą nazwą pochodzenia zwierzęcego, być może dlatego, że był najbardziej lubianym zwierzęciem z uwagi na swoje futro.

Perła Zachodu

Schronisko w Borowym Jarze nad Jeziorem Modrym. Nazwę pierwszy użył Marian Sobański w 1946 r., ale przypuszczalnie wyszła ona z kręgu pierwszych polskich administratorów schroniska. Kiedy byłem nastolatkiem, dolnośląskie dworce kolejowe oklejono afiszami reklamującymi Ziemie Zachodnie jako miejsce wczasów dla „ludu pracującego”. Zapamiętałem szczególnie ten przedstawiający „Perłę Zachodu„. Wszystko było tam piękne: drewniane schronisko, taras, jezioro, skały i brzeg.

Kiedy jako student stanąłem po raz pierwszy przy schronisku, pożałowałem, że jestem bez maski gazowej! Potworny smród odbierał chęć do życia, a Jezioro Modre było raczej brunatnym Jeziorem Martwym, w którym wyginęło wszystko z owsikami włącznie. Na
wszelkie uwagi w tej sprawie wiadome instancje odpowiadały, że od smrodu nikt jeszcze nie umarł, a z zimna padła już cała armia pewnego feldmarszałka. Po 1989 r. nazwa Perła Zachodu straciła swój ironiczny sens i znowu stała się prawdziwą perłą. Znormalniał
też Bóbr. Ale dzisiaj pod pojęciem Zachodu rozumiemy, o dziwo, to samo, co w 1946 r. Schronisko stoi, jak stało. To tylko Polska przeszła na Zachód. Propagandowa nazwa nabrała nowego sensu. A co do nazwy, to rzecz gustu. Mnie się podoba.

Radziwiłłówka

Trzyszczytowe wzniesienie 465 m nad Jedlicą, tworzące zwężenie jej doliny wspólnie z będącym na drugim brzegu Brzeźnikiem 555 m. Nazwa odosobowa od nazwiska ks. Antoniego Radziwiłła, pierwszego polskiego właściciela góry i folwarku. Niewiele mamy w Sudetach obiektów posiadających polskie nazwy odosobowe z takim rodowodem. Dlatego ta nazwa zasługuje na wyróżnienie.

Cdn.
Jerzy K. Bieńkowski

Początki komunikacji publicznejj w Kotlinie Jeleniogórskiej

Przemysław Wiater

Początki komunikacji publicznej w Kotlinie Jeleniogórskiej

Pod koniec XIX wieku Jelenia Góra nie posiadała sprawnego i powszechnie dostępnego środka komunikacji publicznej. Problem z upływem czasu narastał, a jego rozwiązanie było jednym z najpilniejszych zadań, które stały przed władzami miasta. Wzrost liczby mieszkańców, rozbudowa okolicznych osiedli, rozwój przemysłu i wiodąca rola Jeleniej Góry jako ośrodka administracyjnego przemawiały za koniecznością podjęcia konkretnych rozwiązań. Istotne znaczenie dla Kotliny Jeleniogórskiej miał też napływ turystów i wczasowiczów do karkonoskich miejscowości wypoczynkowych.

Przez prawie cały wiek XIX podstawowym środkiem komunikacji w Jeleniej Górze były dorożki. Największą ich ilość dochodzącą do około 100 zarejestrowanych pojazdów zanotowano w latach 70-tych i 80-tych, kiedy to miasto uzyskało połączenia kolejowe z innymi regionami Niemiec, dzięki czemu znacznie wzrosła liczba podróżujących. Dorożka jednak była dość drogim środkiem transportu, na który stać było niewielu . Nie zawsze odpowiadała ona oczekiwaniom mieszkańców miasta, jak też coraz liczniej odwiedzającym Karkonosze turystom i wczasowiczom.

Popularnym, przy czym znacznie tańszym od dorożek, środkiem komunikacji były omnibusy. Były to kryte, czterokołowe pojazdy, zaprzężone najczęściej w parę koni, a przeznaczone do przewozu kilkunastu pasażerów i niewielkiego bagażu, przy czym kursowały one regularnie po określonych trasach. Omnibusy obsługiwały od 1876 r. odcinek drogi prowadzący od jeleniogórskiego dworca kolejowego do Rynku. Z upływem czasu wydłużyły swoją trasę do cieplickiego uzdrowiska i Sobieszowa, a od 1892 r. nawet do Szklarskiej Poręby. Właścicielem tych linii była największa w Kotlinie Jeleniogórskiej koncesjonowana firma przewozowa „Borte”, która posiadała na początku lat 90-tych XIX wieku 20 omnibusów i 40 koni.

Przewozami omnibusowymi w tym czasie trudniły się ponadto mniejsze przedsiębiorstwa transportowe takie jak „H.Wagenknecht” (trasa Jelenia Góra Szklarska Poręba), „E.Liebig” (Podgórzyn -Szklarska Poręba) i „Prentzel” (Jelenia Góra Wleń). Szybkość komunikacji omnibusowej pozostawiała jednak wiele do życzenia. Zimą omnibus przedsiębiorstwa „H.Wagenknecht” na pokonanie trasy z Jeleniej Góry do Szklarskiej Poręby potrzebował pięciu godzin, choć z góry już tylko 4 godzin i kwadransa. Niezbyt wysoki był też komfort jazdy, szczególnie na błotnistych, wyboistych, pełnych kamieni i kolein drogach podgórskich. Pomimo tych niedogodności omnibusy wykazały bezsprzecznie zalety komunikacji publicznej opartej na tanich i regularnych kursach. Przewozy omnibusowe zostały bardzo szybko wyparte pod koniec XIX wieku przez rozpowszechniającą się w Kotlinie Jeleniogórskiej komunikację kolejową.

Peryferyjnie położona Jelenia Góra dość późno w stosunku do innych miejscowości śląskich uzyskała połączenie kolejowe z Wrocławiem. Pierwszy odcinek „Kolei Górnośląskiej” pomiędzy Wrocławiem a Oławą oddany został do użytku 22 maja 1842 r. W krótkim czasie, gdyż już 29 października 1843 r. otwarto połączenie kolejowe Wrocławia ze Świebodzicami, jednakże na przeszkodzie w dalszej rozbudowie sieci kolejowej ku Karkonoszom stanęły trudności terenowe i finansowe. Niewiele pomogły interwencje i działania podejmowane przez władze lokalne. Dopiero 20 sierpnia 1866 r. oddano do ekspoloatacji odcinek łączący Jelenią Górę poprzez Rybnicę i Gryfów Śląski ze Zgorzelcem, a 14 lipca 1867 r. fragment linii do Wałbrzycha, dzięki czemu można było wreszcie dotrzeć koleją do Wrocławia i Berlina. Odcinki te były fragmentami realizowanego w tym czasie projektu nowego, biegnącego u podnóża Sudetów równolegle do granicy państwa połączenia, pomiędzy ośrodkami przemysłowymi Saksonii i Górnego Śląska. Inwestycja ta związana była zapewne również z toczącą się latem 1866 r. zwycięską wojną Prus z Austrią. Posiadanie sprawnie działającego pod względem komunikacyjnym zaplecza było istotnym czynnikiem niezbędnym dla szybkiego przemieszczania się wojsk i ich zaopatrzenia.

Władze Jeleniej Góry zdawały sobie sprawę ze znaczenia jakie dla aktywizacji i dalszego rozwoju gospodarczego regionu mają dobre połączenia komunikacyjne. Już w 1882 r. oddano do użytku lokalną, prywatną, będącą w posiadaniu rodziny Schaffgotschów, linię kolejową łączącą Jelenią Górę z Kowarami. W 1895 r. przedłużono ją do Karpacza, zapewniając turystom możliwość szybkiego i wygodnego dojazdu do podnóży Śnieżki. Linia ta miała duże znaczenie przy transporcie pozyskiwanego w karkonoskich lasach drewna. W 1905 r. z Kowar zbudowano odgałęzienie tej linii, które po pokonaniu dużych trudności terenowych i wydrążeniu nieczynnego już dziś tunelu pod Przełęczą Kowarską, dotarło do Kamiennej Góry.

W podobny sposób, etapami, poprowadzono kolej do uzdrowiska w Cieplicach Śląskich (1891) i do Piechowic (1892). Mieszkańcy Kotliny Jeleniogórskiej nazywali ją „musikalische Bahn” – „muzykalną koleją”, z powodu dzwonka sygnalizacyjnego i gwizdka, którymi maszynista często się posługiwał w okolicach stacji kolejowych i przejazdów drogowych. Odcinek ten przedłużony został poprzez Szklarską Porębę aż do ówczesnej granicy z Monarchią Austro – Węgierską, co nastąpiło w 1902 r. W tym miejscu doszło do połączenia z linią kolejową Harrachov – Tanvald – Liberec, dzięki czemu tędy właśnie Wrocław uzyskał najkrótsze połączenie kolejowe z Pragą. Do budowy tego odcinka zaangażowano poważne środki, gdyż należało pokonać znaczne różnice wzniesień na trasie poprowadzonej w trudnym, górskim terenie. W tym celu wykonany został między innymi bardzo wysoki jak na owe czasy, sztucznie wybudowany nasyp ziemny pomiędzy dla odcinka torów pomiędzy Piechowicami a Górzyńcem, czy tunel prowadzący pod Zbójeckimi Skałami.

W ten sposób na przełomie XIX i XX wieku powstał w Jeleniej Górze ważny węzeł kolejowy łączący miasto z karkononoskimi ośrodkami wypoczynkowymi oraz sąsiednimi prowincjami Niemiec, a także Monarchią Austro – Węgierską. Dawna kolej zaspokajała jednak tylko częściowo potrzeby komunikacyjne mieszkańców i nie była w stanie zapewnić odpowiedniej jakości przewozów pasażerskich, szczególnie na mniejszych odległościach, przy zachowaniu odpowiednio wysokiej częstotliwości kursowania.

Z upływem czasu coraz większą uwagę zaczęto zwracać na nowoczesny środek komunikacji publicznej jakim stały się tramwaje. Historia komunikacji tramwajowej rozpoczęła się krótkim epizodem z 1832 r., kiedy to po ulicach Nowego Jorku po raz pierwszy zaczęły kursować tramwaje konne. Poprowadzono je po drewnianych torowiskach ułożonych na niewielkim odcinku w centrum miasta. W 1852 r. francuski inżynier A.Loubant wprowadził na nowojorskie ulice nowe, udoskonalone wozy tramwajowe, poruszające się już po stalowych szynach, co oznaczało przełom w komunikacji publicznej. Od połowy XIX wieku pojawiły się one również w innych miastach Ameryki Północnej. Pierwsze tramwaje konne wybudowane według wzorów amerykańskich na Starym Kontynencie uruchomione zostały najpierw w Kopenhadze od 1862 r., następnie w Berlinie, Hamburgu, Stuttgarcie, Wiedniu, Lipsku, Dreźnie, Wrocławiu i innych dużch miastach europejskich. Przedsiębiorstwa tramwajów konnch posiadały dość długi okres amortyzacji kapitałowej, co było poważnym utrudnieniem przy ich zakładaniu. Niewielka prędkość podróżowania i powszechna ówcześnie jednotorowość sieci były głównymi mankamentami tego środka transportu. Pociągało to za sobą wysoką cenę biletów, a dobrą rentowność przedsiębiorstwa komunikacyjne uzyskiwały głównie w centrach gęsto zaludnionych dużych miast.

U podnóża Karkonoszy nowe rozwiązania z zakresu komunikacji publicznej były przyjmowane z dużym zainteresowaniem. Już z lat 1868-1869 pochodzą pierwsze projekty linii tramwaju konnego, który miał połączyć Jelenią Górę z uzdrowiskiem w pobliskich Cieplicach. Oprócz obsługi ruchu pasażerskiego tramwajami tymi miano również przewozić towary masowe. Do pomysłu tego na terenie Kotliny Jeleniogórskiej powrócono w 1876 r. w związku z utworzeniem przez berlińskich inwestorów wrocławskiego przedsiębiorstwa tramwajów konnych o nazwie „Breslauer Strassen-Eisenbahn Gesellschaft”, jednak i ten projekt nie doczekał się realizacji.

Uruchomienie we Wrocławiu 14 czerwca 1893 r. pierwszych tramwajów o napędzie elektrycznym odbiło się głośnym echem na posiedzeniach jeleniogórskiego magistratu. Rozpoczęto prace nad wytyczaniem trasy przyszłych torowisk, które miały połączyć miasto z cieplickim uzdrowiskiem i Sobieszowem. Niestety miasto nie posiadało elektrowni, a koszty związane z jej budową były bardzo wysokie. Własną energię elektryczną z siłowni miejskiej przy dzisiejszej ulicy Obrońców Pokoju miasto uzyskało dopiero w 1908 r. W tej sytuacji jako generalny inwestor powstającego przedsiębiorstwa komunikacyjnego wystąpiła firma „Neuen Gas – Aktiengesellschaft”, która była głównym właścicielem jeleniogórskiej gazowni. Było to związane z decyzją o wprowadzeniu do projektowanych tramwajów jeleniogórskich gazu jako środka napędowego.

Wykorzystanie gazu jako paliwa dla wysokoprężnych silników było pod koniec XIX wieku zjawiskiem dość często spotykanym, a i dziś jeszcze ma wielu zwolenników. W 1878 r. niemiecki inżynier N. A. Otto otrzymał patent na zaprojektowany przez siebie czterotaktowy motor gazowy. Pomysł ten zastosował K. Luhring do budowy tramwaju gazowego, który wykonany został w „Gasmotoren-Fabrik Deutz”. Jelenia Góra wykorzystała w tym przypadku przykład miasta Dessau, gdzie tego typu rozwiązanie komunikacyjne funkcjonowało już od 15 listopada 1894 r. W tym okresie wprowadzenie tramwajów napędzanych gazem rozważał również na swych posiedzeniach magistrat Legnicy. Tramwaj gazowy był w historii techniki pojazdem niespotykanym, unikalnym na skalę światową, dziś już prawie całkowicie zapomnianym.

Dnia 19 grudnia 1895 r. w Berlinie założone zostało akcyjne przedsiębiorstwo komunikacyjne o nazwie „Hirschberger Thalbahn G.m.b.H.”. Uzyskało ono od władz miasta zgodę na uruchomienie i eksploatację tramwaju na obszarze Kotliny Jeleniogórskiej. Nowopowstałe przedsiębiorstwo miało ówcześnie w kręgach fachowych jak najlepsze rokowania, gdyż powszechnie zwracano uwagę na dużą odległość dworców kolejowych w Jeleniej Górze i Cieplicach od centrów tych miast. Gwarantować to miało stały dopływ pasażerów i dzięki temu zapewnić powodzenie finansowe przedsięwzięcia. Kapitał zakładowy nowej spółki wynosił 800 000 marek, a okres trwania koncesji ustalony został na 70 lat. Szczegółowe przepisy regulować miało prawo o kolejkach wąskotorowych z 28 lipca 1892 r., na podstawie którego w tym czasie zakładane były i inne przedsiębiorstwa tramwajowe na terenie Niemiec. Kolejne jego paragrafy nakazywały ochronę i poszanowanie przez przedsiębiorstwo przewodów telefonicznych oraz telegraficznych, wymagały odpowiedniego przeszkolenia motorniczych i konduktorów, określały maksymalną szybkość jazdy na 20 km/godz. w terenie niezabudowanym, w mieście do 12 km/godz., a na pewnych odcinkach ograniczały ją nawet do 6 km/godz. Projekt jednotorowej sieci z mijankami na przystankach został wykonany przez twórcę wielu rozwiązań komunikacyjnych, radcę budowlanego W. Hostmanna. W tym czasie opracował on też na zlecenie rodziny Schaffgotschów między innymi koncepcję karkonoskiej kolejki wąskotorowej.

Zezwolenie na budowę sieci tramwajów gazowych na obszarze Kotliny Jeleniogórskiej wydano 4 maja 1896 r. Jej realizacji podjęła się za sumę 750 000 marek firma „Deutsche Gasbahn-Gesellschaft in Dessau”, mająca pewne doświadczenie w tego typu inwestycjach. Prace postępowały szybko i już po jedenastu miesiącach od rozpoczęcia większa ich część została ukończona, tak że możliwe było uruchomienie nowego środka transportu jakim był tramwaj gazowy. Personel jezdny przedsiębiorstwa stanowili przeegzaminowani 7 kwietnia 1897r. przez dyrektora kolei Sucka motorniczowie i konduktorzy.

Dnia 8 kwietnia 1897 r. dokonany został urzędowy odbiór linii tramwajowej w obrębie miasta Jeleniej Góry, który był niezbędnym warunkiem dopuszczenia tramwaju gazowego do ruchu. Trzy wagony tramwajowe po uprzednim sprawdzeniu stanu technicznego pojazdu i kompresorów, z których napełniano zbiorniki z gazem, wypełnione przedstawicielami zarządu prowincji śląskiej, miasta, policji, niemieckiej poczty i kolei przejechały trasę od dworca kolejowego, poprzez Rynek do granicy miasta, skąd zawróciły do centrum. W drodze powrotnej na ostrym zakręcie w dzielnicy Malinnik doszło do niewielkiego wypadku, w trakcie którego wykoleiła się doczepa tramwaju. Rząd krajowy reprezentowali tajni radcy Raeck i von Zschock, ze strony wrocławskiej dyrekcji kolei, której nadzorowi podlegał jeleniogórski tramwaj gazowy wystąpił dyrektor Dulin, a miasto oddelegowało jako swego przedstawiciela radcę krajowego von Küstera. Tego samego dnia o godz.15.00 w jeleniogórskim hotelu „Zum preussischen Hof” wydany został przez „Hirschberger Thalbahn G.m.b.H.” zgodnie z ówczesnym zwyczajem uroczysty obiad, podczs którego wzniesiono wiele toastów za powodzenie nowego przedsięwzięcia. W trakcie jednego z nich burmistrz Jeleniej Góry porównał uroczystość otwarcia nowego przedsiębiorstwa tramwajowego do chrztu, życząc „dzieciątku” (to znaczy jeleniogórskiemu tramwajowi gazowemu ) „zdrowia i dalszego rozwoju”.

Pierwszego dnia swego publicznego funkcjonowania, którym był 10 kwietnia 1897 r., przewieziono 2019 osób, a następnego liczba ta wzrosła do 2719. Nowy środek komunikacji cieszył się wśród jeleniogórzan naprawdę dużym zainteresowaniem. W sześć tygodni potem uruchomiona została komunikacja tramwajowa na trasie do Cieplic i Sobieszowa. W myśl teoretycznych założeń wstępnych tramwaj miał kursować na obszarze Jeleniej Góry z częstotliwością 12 minut, a w kierunku Sobieszowa co pół godziny.

Tramwaje gazowe posiadały swoje prowizoryczne, drewniane zajezdnie położone na parcelach obok dawnej jeleniogórskiej gazowni przy dzisiejszej ul. Obrońców Pokoju oraz Wolności 161, tam gdzie mieści się obecnie Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej. W tych miejscach, jak również przy dworcu kolejowym w Jeleniej Górze zainstalowano kompresory z gazem służące do napełniania tramwajowych zbiorników paliwowych.

Wagon motorowy jeleniogórskiego tramwaju gazowego przystosowany był do poruszania się po normalnym 1435 mm rozstawie stalowych szyn takim, jaki do dziś w Europie stosują koleje. Wóz tramwaju posiadał konstrukcję drewnianą ustawioną na stalowym podwoziu. Długość wozu mierzona od końców sprzęgów wynosiła 7400 mm, wysokość 3650 mm,a szerokość 2160 mm. Posiadał on dwa jednocylindrowe motory o mocy 12 koni mechanicznych każdy, napędzane sprężoną do około 7 atmosfer mieszanką gazu i powietrza, a umieszczone pod podłogą przedziału pasażerskiego. Umożliwiały one jazdę tramwaju bez konieczności zawracania. Silnik chłodzono wodą z charakterystycznego, podłużnego, 300 litrowego zbiornika umieszczonego na dachu pojazdu. Przez odkryty tylny i przedni pomost można było się dostać do wnętrza przedziału pasażerskiego. W nim znajdowały się dwie równoległe, umieszczone pod ścianami bocznymi ławki, które zapewniały miejsca siedzące dla 18 osób. Dodatkowo pojazd mógł zabrać 14 podróżnych na miejscach stojących. Tramwaj wyposażony był ponadto w dzwonek sygnalizacyjny, lampę naftową do oświetlania drogi, szyldy kierunkowe, numer kolejny i podłużną tablicę z nazwą przedsiębiorstwa. Jego załogę stanowili motorniczy i konduktor odziani w uniformy służbowe, mający swe stanowiska pracy na przednim i tylnym pomoście.

Eksploatacja techniczna pojazdu przysparzała niemałych trudności. Słaby silnik pobierał około jednego metra sześciennego gazu na przejechany kilometr, a zużycie paliwa znacznie wzrastało w wypadku ciągnięcia doczepy, jazdy pod górę, bądź z większą liczbą pasażerów. W upalne dni system chłodzenia często zawodził, woda zaś ulegała zagotowaniu i wymagała uzupełnień. Silnik zasysał mieszankę paliwowo – powietrzną , często pełną kurzu i zanieczyszczeń, co prowadziło do jego szybkiego zatykania. Duży ciężar wozu był przyczyną głośnej, pełnej mocnych wstrząsów jazdy, na wskutek której dochodziło do szybkiego zużycia się łożysk tocznych, co powodowało z kolei ich wymianę trwającą w warsztatach naprawczych parę dni. Wstrząsy wpływały też niekorzystnie na stan baterii akumulatorowych i wylewanie się elektrolitu, w wyniku czego nie produkowały one iskry elektrycznej niezbędnej do zapłonu mieszanki paliwowej. Zbiornik na gaz nie był zbyt szczelny, przez co dostawał się on do przedziału pasażerskiego. Pasażerowie często też narzekali na wyziewy powstające w wyniku pracy silnika. wszystko to tworzyło we wnętrzu przedziału pasażerskiego swoisty mikroklimat, który nawet przy otwartych oknach był niezbyt przyjemny dla podróżujących. W jeleniogórskich tramwajach dochodziło też do eksplozji gazu, które na szczęście nie pociągnęły za sobą ofiar śmiertelnych, lecz wywierały duże wrażenie na korzystających z ich usług pasażerach.

Z powodu zbyt małej mocy silnika, szczególnie widocznej podczas pokonywania wzniesienia pomiędzy Jelenią Górą a Cieplicami, tramwaj często się tutaj zatrzymywał. Pasażerowie musieli w takich wypadkach z niego wysiadać tramwaju, a nawet popychać go pod górę. Czasem przy tej okazji odwiedzano bar „Zu den drei Eichen”(dziś prawie dokładnie w tym miejscu znajduje się jeleniogórska Izba Wytrzeźwień ). Ten popularny lokal położony był obok dawnej, mającej w tym czasie już prawie stuletnią tradycję wytwórni likierów i wódek „W.Koerner & Co.”( dziś Jeleniogórskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Miejskiego). Bar serwował między innymi sławny gorzki likier ziołowy o nazwie „Echt Stonsdorfer Bitter” („Prawdziwy staniszowski gorzki”), będący specjalnością sąsiedniej wytwórni, którego receptura produkcji była starannie strzeżona przez kolejnych członków rodziny Koernerów.

Początkowo „Hirschberger Tahlbahn G.m.b.H.” dysponowała 7, a następnie 16 tramwajami o napędzie gazowym. Dwa z nich przybyły do Jeleniej Góry prosto z wystawy przemysłowej w Berlinie, gdzie jeden spełniał rolę eksponatu, drugi zaś kursował po linii Westend – Knie w dzielnicy Charlottenburg jako praktyczny przykład wykorzystania napędu gazowego. Każdy z tych wozów zakupiono za sumę 13 500 marek. W okresie od dnia 10 kwietnia do 31 grudnia 1897 r. tramwaje gazowe w Jeleniej Górze przewiozły 346033 pasażerów, w 1898 odpowiednio 443425, a przez część roku 1899 – 285524. Pomimo dość wysokiej frekwencji przedsięwzięcie to, głównie z powodu niezadawalającej sprawności technicznej tramwajów gazowych poniosło fiasko. Planowana początkowo 12 minutowa częstotliwość połączeń nie została praktycznie nigdy zrealizowana, natomiast zauważono ówcześnie, że idąc można szybciej dotrzeć do celu, niż jadąc tramwajem gazowym. Na funkcjonowanie przedsiębiorstwa negatywny wpływ miał także duży wylew rzeki Kamiennej w lipcu 1897 r., który podmył część torowisk w północno-wschodniej części Cieplic.

Z tego okresu pochodzą pierwsze projekty zastąpienia trakcji gazowej przez elektryczną, jednak ostateczna decyzja o jej likwidacji zapadła dopiero pod koniec 1898 r. Próbowano co prawda jeszcze modyfikować przedsiębiorstwo obsługiwane przez tramwaje gazowe poprzez podniesienie drogą zakupu liczby pojazdów co miało podnieść teoretycznie częstotliwość ich kursowania do trzech minut oraz zwiększenie do kilkunastu kompresorów z gazem ustawionych wzdłuż trasy przejazdu, jednak podejmowane działania nie wpłynęły na poprawę istniejącej sytuacji. W 1898 r. nabyto od doświadczonych w rozwiązywaniu podobnych problemów technicznych zakładów „Deutsche Gasbahn – Gesellschaft in Dessau” dwie lokomotywy parowe do odholowywania z trasy uszkodzonych tramwajów oraz cztery wagony doczepne. Wszystkie te zabiegi były próbą usprawnienia źle funkcjonującej komunikacji tramwajowej, jednak i one nie przyniosły spodziewanej poprawy sytuacji.

Pominąwszy opisane wyżej niedomogi jeleniogórskich tramwajów gazowych zwrócić należy również uwagę na fakt, że wybudowana tutaj sieć o jednym torze posiadającym tylko mijanki na przystankach powodowała w przypadku wystąpienia awarii któregokolwiek ze znajdujących się w ruchu pojazdów praktyczne całe jej zablokowanie. Trwało ono aż do momentu odholowania do warsztatów naprawczych pojazdu, w którym nastąpił efekt bądź jego naprawy na trasie, co oznaczało najczęściej konieczność przybycia specjalistycznej ekipy remontowej.

Dnia 7 listopada 1899 r. ostatni tramwaj gazowy w Jeleniej Górze zjechał do zajezdni. „Bote aus dem Riesen-Gebirge”, będąca wtedy najpoczytniejszą gazetą w Kotlinie Jeleniogórskiej donosiła:
„To już minęło ! Dziś wybiły ostatnie godziny tramwaju gazowego. Bez śpiewów i dzwonów, jakże inaczej niż przed laty przy otwarciu, ostatni tramwaj odjedzie dziś wieczorem o godzinie 9 minut 2 spod hotelu „Tietz” w Sobieszowie”.

Tak zakończyła się w Kotlinie Jeleniogórskiej era pionierskich poszukiwań rozwiązania problemu komunikacji publicznej. Napęd gazowy został w dość krótkim czasie zastąpiony trakcją elektryczną, zmniejszono rozstaw szyn do 1000 mm, przez co o wiele łatwiej można było pokonywać ciasne zakręty jeleniogórskich ulic. Dla „Alektrische Boahne”, gdyż tak nazwano w miejscowym dialekcie nowe tramwaje, wybudowano nowoczesną, murowaną zajezdnię i siłownię elektryczną , warsztaty oraz pomieszczenia socjalne dla pracowników obsługi. Prace nad zainstalowaniem sieci elektrycznej rozpoczęto w kwietniu 1899 r., a już 9 lutego następnego roku doszło do otwarcia pierwszego odcinka zelektryfikowanych tramwajów. Zakończyło się ono uroczyście w tak zasłużonym dla jeleniogórskiej komunikacji publicznej lokalu „Zu den drei Eichen”.

Początki komunikacji publicznej w Kotlinie Jeleniogórskiej były ciekawym przyczynkiem do historii transportu pasażerskiego pod koniec XIX wieku. Same tylko dorożki nie mogły sprostać stale rosnącej liczbie podróżnych i ich coraz to nowym wymaganiom. Były one zbyt powolne i dość kosztowne, co przy pokonywaniu większych odległości praktycznie eliminowało je z powszechnego użycia. Podobne mankamenty posiadały też omnibusy, które wykazały potrzebę uruchomienia regularnej komunikacji dostępnej dla coraz liczniejszych rzesz podróżujących. Kolej, tak ważny środek transportu masowych towarów i pasażerów, nie mogła dotrzeć wszędzie, a nakłady finansowe ponoszone przy jej budowie szczególnie na terenach podgórskich były bardzo wysokie. Postęp techniczny, który dokonał się w dziedzinie środków transportu miejskiego w drugiej połowie XIX wieku upowszechnił tanie i efektywne rozwiązanie jakim był tramwaj. Zastosowano tutaj tramwaj o napędzie gazowym, pojazd wyjątkowo rzadko spotykany w innych miastach świata. Niestety niewydolność ówczesnych silników gazowych i mankamenty techniczne stosowanych do nich wozów doprowadziły do zastąpienia ich trakcją elektryczną. Otworzyło to nowy etap w rozwoju komunikacji publicznej na terenie Kotliny Jeleniogórskiej.

Wybrana literatura:

  • S.Bufe,”Strassenbahn in Schlesien”, Stuttgart 1976
  • „Festzeitung zur Eröffnung der Talbahnstrecke nach Ober-Giersdorf (Himmelreich) am 20. Mai 1914″, Hirschberg b.d.w. K.H.Gewandt,”Errinerungen an die Hirschberger Thalbahn” [w:] „Strassenbahn Magazin”, R.48, s.82-103
  • „Hirschberger Talbahn Aktien Gesellschaft Herischdorf in Riesengebirge”, Hirschberg 1925
  • P.H. Prashun,”Chronik der Strassenbahn”, Hannover 1969
  • oraz coroczne sprawozdania „Hirschberger Thalbahn A.G.” i prasa lokalna.

Witosza

Witosza (484 m)

Wznosząca się ponad Staniszowem granitowa kulminacja w paśmie Wzgórz Łomnickich (Staniszowskich). Atrakcją tego wzgórza jest nie tylko pyszna panorama roztaczająca się z jego szczytu, lecz także liczne skałki o bogatych formach wietrzenia, zdobiące zachodni stok wzniesienia. Długotrwałe procesy niszczące wypreparowały w granicie mnogość kształtów, a także pieczary i nisze skalne.

W okresie wojny trzydziestoletniej w największej grocie na stoku Witoszy mieszkał pustelnik Jan Rischmann. Przepowiednie tego „proroka” żyły w legendach i podaniach ludowych jeszcze w XIX wieku. Widoczne na szczycie resztki murowanego cokołu są pozostałością ustawionego tu dawniej pomnika Bismarcka. Szlak 4Ż, łączący szczyt Witoszy ze Staniszowem, umożliwia zwiedzenie najciekawszych form skalnych o nazwach: Pustelnia, Skalna Komora, Ucho Igielne i Skalna Uliczka.

U stóp Witoszy znajduje się węzeł szlaków turystycznych i 6Z.

Źródło: Bohdan W. Szarek „Kotlina Jeleniogórska„, 1989

Uroczysko

Uroczysko

Wąwóz w przełomowej dolinie potoku Piszczak, leżący na Pogórzu Karkonoskim, powyżej Kowar. Wyżłobiony został na linii tektonicznego uskoku, w strefie kontaktowej brunatnych łupków łyszczykowych i oczkowych gnejsów. Pionowe ścianki jaru osiągają wysokość do 40 m. Przedzierający się między nimi potok kaskadami opada z progów skalnych. Na jednym z nich 3-metrowej wysokości wodospadzik, pod którym znajduje się kociołek eworsyjny – wydatne, regularne zagłębienie w skale, wyżłobione przez obracane strumieniem wody luźne kamienie. Przełomowy wąwóz porośnięty jest drzewostanem bukowo-jodłowym, typowym dla dawnej puszczy sudeckiej.

Do górnej części Uroczyska doprowadza szlak turystyczny 20Z. Zwiedzanie wąwozu ułatwia szlak niebieski (pominięty w tym opracowaniu), z którym trasa 20Z łączy się w górze i poniżej jaru.

Źródło: Bohdan W. Szarek „Kotlina Jeleniogórska„, 1989