Luboszów najmniejsza polska wioska

Na Dolnym Śląsku jest wieś, która została w całości ogrodzona. Droga do niej jest ślepa, kończy się bramą, za którą czekają na gości trzy psy i pięć milionów pszczół. Średnia wieku, jeśli nie liczymy pszczół, wynosi tu 70 lat. Mieszkańców jest dwoje, z czego aż połowa ma w Luboszowie meldunek – pisze Bernard Łętowski.

Jerzy Słonecki, w przeciwieństwie do wielu polityków, jest gwiazdą każdych wyborów. Jeśli pójdzie do urny, gwarantuje w Luboszowie stuprocentową frekwencję, jeśli nie zagłosuje – frekwencja jest zerowa. Pan Jerzy jest jedynym zameldowanym we wsi mieszkańcem i wyborczym „tematem” dla reporterów. Samorządowe – TVN, przy parlamentarnych wdepnie TVP, a i Polsat pewnie coś nagra na eurowybory. Dyżurny obrazek tych odgrzewanych newsów to m.in. drogowskaz na Luboszów, przy którym Słoneckim robi się zdjęcia.

Kraina miodu

Podczas ostatniej pracy przy pszczołach pan Jerzy został użądlony dwadzieścia razy, w tym w oko – pani Krystyna zaledwie sześć razy. Dla nich to norma.
– Trzeba przeczekać ból i po wszystkim, nic strasznego, Jurek to nawet woli być kłuty – opowiada luboszowianka.- Jak zimą pszczoły nie żądlą, to sam mówi, że brakuje mu wigoru, a jak go pożądlą, to czuje się lepiej.

Być może żądła to tajemnica świetnego samopoczucia, żywotności i wyglądu Słoneckich. On ma 78 lat, ona – 63. Wyglądają, jakby każde miało o dziesięć lat mniej.
A może świetna konserwacja luboszowian to nie żądła pszczół, tylko efekty pracy owadów i pszczelarzy. Propolis, pyłek, piwo z miodem własnego wyrobu czy inne rękodzieło – brzozowiak: nalewka z soku brzozowego z miodem. No i miody – gryczane, wrzosowe czy z pyłkiem kwiatowym. Wszystko nagrodzone jako produkty regionalne Borów Dolnośląskich. Zaproszenia na różne targi i prezentacje przychodzą nieustannie, aż Słoneckim nie chce się na wszystkie jeździć.

Na stronie internetowej gminy Osiecznica o Luboszowie napisano: „Miejscowość istnieje bardziej na mapach niż w rzeczywistości. W XVI wieku stosowana była nazwa Lipschau. Pierwsza wzmianka o wsi pochodzi z 1421 roku. Na początku XVIII wieku Luboszów został prawie całkowicie zniszczony przez pożar, a właściciel popadł w długi. Wieś jednak odbudowano. Obecnie jest to najmniejsza wieś w Polsce, z jednym gospodarstwem (hodowla pszczół). Stali mieszkańcy – dwie osoby. W 1861 roku wieś zamieszkiwało 448 osób”.

Jerzy Słonecki to pszczelarz z dziada pradziada – dziadek miał 200 pni, czyli uli, pod Zbarażem, w miejscu, gdzie powstała pierwsza w Europie szkoła pszczelarstwa. Pan Jerzy w wojsku dowiedział się, że warto przywieźć w okolice Osiecznicy „na pożytek” swoje pszczoły. W jednostce w Lidzbarku Warmińskim chciano z niego zrobić telegrafistę, ale on od razu po zdjęciu munduru przywiózł ule w okolice Osiecznicy. Miał wyjechać po tym, jak pszczoły zrobią swoje z kwiatami wrzosów. Został w ruinach wsi Luboszów.

– Po wojnie przyszli Rosjanie i wszystko burzyli, wysiedlali ludzi, a domy równali z ziemią. Zakładali poligon – wspomina Słonecki. – Jak tu dotarłem w 1957 roku, to stały jeszcze budynki dworca i zawiadowcy stacji. Do zamieszkania został tu tylko ten dom i mieszkała jeszcze jedna rolniczka, która miała 50 sztuk bydła i wypasała je tutaj. Nie było prądu i wyprowadziła się.

Jerzy Słonecki kupił od kobiety dom, którego zresztą sprzedać nie mogła, bo nie należał do niej. Po latach chciał zalegalizować kupno domu, ale okazało się, że ani gmina, ani wojsko nie ma go w swojej ewidencji. Pomogła dopiero dobra wola geodetów, którzy lubili w Luboszowie zabawić.
– W sumie to dwa razy ten dom kupiłem – śmieje się Słonecki.

Zasypał ją kwiatami

Krystynę pan Jerzy poznał na zabawie w pobliskiej Ławszowej. Potem była kolejna zabawa, kino w Bolesławcu, kawiarnia i po pół roku ślub. Jak na owe czasy dość szybko, ale „nie było na co czekać”.
– Zauroczył mnie, przynosił mi ciągle mnóstwo kwiatów, mama była zła, bo nie mieliśmy gdzie ich wstawiać – wspomina poderwana w 1967 roku pani Krystyna. – Uroczy człowiek, pełen ciepła i te kwiatki, i czekoladki…
– Tak się wkupiłem – śmieje się pan Jerzy.

W listopadzie zeszłego roku 40. rocznicę ślubu uczcili m.in. uroczystą mszą świętą w Świętoszowie.
Irytujący teściową nadmiarem kwiatów pan Jerzy pracował już wtedy w gminie, był agronomem i rolnikiem pełną gębą. 100 hektarów, 300 owiec i 180 uli. Potem, na początku lat siedemdziesiątych, został nawet przewodniczącym Gromadzkiej Rady Narodowej. Znanym z wspierania działalności sportowej i kulturalnej i z ćwiczeń samoobrony z udziałem wojska. Zorganizowanych bardzo realistycznie – ludzie obawiali się, że to już kolejna wojna się zaczęła.

Nadmierna aktywność Jerzego Słoneckiego to prawdopodobnie spadek po ojcu, który był oryginałem znanym m.in. w podlubańskim Radostowie, gdzie po wojnie zarządzał majątkiem Niemca, szpiegującego dla Armii Czerwonej. Marian Słonecki, pszczelarz z AK, zamykany był przez UB zwykle przed 1 maja i 22 lipca. Mawiał: „Zamykali mnie Niemcy, Ruscy, to i wy mnie możecie zamykać”. Wszystkim chłopom w okolicy pisał podania tak umiejętnie, że urzędnikom trudno było odmawiać proszącym. Na dodatek słuchał londyńskiego radia na cały głos i słowa „Tu mówi Londyn” niosły się po Radostowie do kolejnej wizyty ubeków. To dzięki niemu Jerzy Słonecki zobaczył Izrael – pojechał tam odebrać przyznany jego rodzinie medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, który dostali za ratowanie życia Żydów podczas wojny.

W 1968, kiedy zostali mężem i żoną, Krystyna nie widziała jeszcze gospodarstwa Jerzego w Luboszowie.
– Mąż przywiózł mnie tutaj dopiero rok po ślubie, jak się urodził nasz pierwszy syn – wspomina pszczelarka.- Byłam przerażona. Przyjechałam tu z małym dzieckiem. Nie było światła, ruina totalna, tylko dach nad głową. Jerzy przywiózł mnie tutaj i gdzieś pojechał. Któregoś dnia pojawili się na podwórzu żołnierze radzieccy, było ich około dwustu. Wyszłam i tak się przestraszyłam, że załadowałam syna do wózka i szłam do Osiecznicy dwanaście kilometrów pieszo z małym dzieckiem i z wózkiem. Powiedziałam w domu: „Mamo, ja tam więcej nie jadę, ja tam więcej nie będę mieszkać”.

Nie przekonała się do Luboszowa, dopóki pracowała w szkole. Pan Jerzy cały tydzień pracował w swoim gospodarstwie i przyjeżdżał do Osiecznicy do żony i do synów: Artura i Tomasza. W 2001 roku pani Krystyna przeszła na emeryturę.
– Akurat wyremontowaliśmy sobie mieszkanie kupione w Osiecznicy, a ona przyjechała tu do Luboszowa z jedną reklamówką i już nie chciała się stąd ruszyć – śmieje się pan Jerzy.
– Dla mnie to miejsce to był cudowny odpoczynek po szkole i dzieciach – mówi pani Krystyna.

Złodzieje w mundurach

Rosjanie to było straszne utrapienie. Pojawiali się znikąd przed pracującą w ogrodzie panią Słonecką, krzycząc „Zdrawstwuj”, krzątali się i nigdy nie było wiadomo, co zginie. Znikali błyskawicznie, bo zwykle nielegalnie oddalali się z jednostki.

– Kradli non stop, wybierali miód, kiedyś ukradli rower, pieniądze i dokumenty – żali się pan Słonecki. – Jeździłem na skargi najpierw do Świętoszowa, potem do Legnicy, sprawa oparła się nawet o Wrocław i Warszawę.
W końcu Słoneckiego postawili przed żołnierzami i kazali mu wskazać złodziei.
– Ich pięć tysięcy, wszyscy tacy sami i jak ja miałem rozpoznać? – pyta pszczelarz.
Nie rozpoznał, ale zaczęła go odwiedzać radziecka milicja wojskowa – złodzieje się o tym dowiedzieli i Słonecki miał spokój.

– Kiedy wyjechali ze Świętoszowa, odetchnęliśmy – mówi pani Krystyna. – Teraz też jest tu jednostka i polski poligon, ale takie historie się nie zdarzają.
Luboszanka to pszczoła pracowita, mało chorująca, silna na wiosnę, mało żądląca, prawidłowo budująca gniazdo i świetnie znosząca niskie temperatury. To nie żart ani mit – to fakt. Jerzy Słonecki przez lata wychował luboszanki, selekcjonując najlepsze spośród matek. Dziś powiedzielibyśmy, że dobrał najlepszy materiał genetyczny.

– Są różne pszczoły – mówi. – Jak konie, jeden mądry i pracowity, a drugi leniwy. Pszczoły też różne zachowania, jedne budują gniazdo prawidłowo, a inne niezgodnie ze sztuką.
Wychowanie pszczół to nie wszystko. Słonecki non stop wymyśla albo konstruuje kolejne urządzenia ułatwiające pracę. Do wytapiarki wosku (miodarki), czyli potężnej przeszklonej skrzyni, w której słońce przez szybę wywołuje temperatury powyżej 150 stopni, wykorzystał pół roweru.
Silnik od wycieraczek samochodowych przydał się przy maszynie do odsklepiania ramek, a kawałek pralki i innego roweru przy wirówce do opróżniania ramek wyjętych z uli.

W małym muzeum pszczelarstwa u Słoneckich można zobaczyć również stosowane w ich pasiece ule z obrotowym wnętrzem. Laik (taki jak piszący te słowa) potrafi zrozumieć działanie takiego ula; chodzi w nim o to, aby matka nie uciekała z ula i rój się nie wyroił. Wszystko to osiąga się co tydzień, zamieniając pszczołom jednym obrotem korbki sufit z podłogą. Odwracanie mateczników (i przy okazji całego wnętrza ula) do góry nogami zapobiega też varozie – chorobie pszczół – bo giną od tej wirówki pasożyty.
– Żona powiedziała raz: „Albo pszczoły, albo ja” – mówi Słonecki.

– I wyszło na to, że pszczoły, a ja się musiałam dostosować – śmieje się pani Krystyna. – Żeby dorównać wiedzą mężowi, zrobiłam pszczelarski kurs mistrzowski. Wstyd mi było przed klientami, że czegoś nie wiedziałam. Dokształciłam się i teraz wszystko wiem. Ścieramy się często zawodowo o fachowe rzeczy, a potem idziemy na kompromis, ale mąż mi często ulega dla świętego spokoju, jest ugodowym facetem.

Pani Słonecka dalej naucza, prowadzi pszczelarskie warsztaty szkolne dla młodzieży, pokazuje, jak się robi świece i miód. Ostatnio szkoli nauczycieli ze szkół rolniczych z Francji i Niemiec. Niemal codziennie ktoś ich odwiedza, ludzie po ich słynny miód potrafią przyjechać z Wrocławia, Krakowa, Zielonej Góry czy Olsztyna. Niektórzy chcieli zostać w Luboszowie.
– Chcieli się tu ludzie sprowadzać, jednym z Katowic nawet udostępniłem ten budynek, w którym brat mieszkał, ale zrobili sobie imprezę – opowiada Jerzy Słonecki. – Całą noc nie można było oka zmrużyć, psy szczekały, a oni zaczęli rozbierać stodołę na ognisko. Chcieli kupić budynek, ale powiedziałem im, że nie chcę ich tu widzieć. Dużo ludzi przyjeżdża i chce kupić tu działkę, żeby się wybudować. Wszystkim mówię: nic nie ma na sprzedaż i nie chcemy nikogo. Przyzwyczailiśmy się tutaj sami mieszkać i jest nam dobrze.

Z punktu widzenia gminnej władzy to wzorowa wieś. W Luboszowie nie ma problemów społecznych, przestępczości, a mieszkańcy żyją zgodnie i bez konfliktów (poza małżeńskimi sprzeczkami o technologię wyrobu miodu). W dodatku, żeby zwołać wiejskie zebranie, wystarczy jeden telefon. Luboszów oficjalnie nie ma sołtysa, bo jest za mały, ale Słoneccy mówią, że on jest sołtysem, a ona – radą sołecką. Rada, jak podkreśla pani Krystyna, jest ważniejsza.

Wieś została ogrodzona w 2008 roku po historii z suką husky i wilkiem. Suka uciekała nawet na kilka dni w las, a potem wracała. Pewnego dnia przyszła do domu chora. Weterynarz ją zoperował, okazało się, że będzie się szczenić, ale wkrótce po operacji zdechła. Dwa dni później u Słoneckich na podwórzu pojawił się wilk.

– Chyba przyszedł za nią, a te młode miały być jego – mówi pani Krystyna. – Przestraszyliśmy się tego wilka, leśniczy kazał nam go nie drażnić, nie karmić i nie zbliżać się do niego. Miałam nie wychodzić z domu, kiedy wnuki przyjeżdżały? Ogrodziliśmy dom, poszło na to 400 metrów siatki.

Ostatni

– Chyba jesteśmy ostatnimi Mohikanami – mówi pani Krystyna. – Syn Tomasz ma trochę smykałkę do pszczelarstwa, ale teraz nie ma czasu, a kiedy pójdzie na emeryturę, to nie wiem, czy pszczoły jeszcze będą.
Pszczelarstwo to nie jest lekka praca. Czasem robi się do północy albo i dłużej. Poza tym trzeba przyjmować klientów i mnóstwo gości.
– Może to nas trzyma przy życiu, bo nie siedzimy w kapciach przed telewizorem – mówi Krystyna Słonecka, która od telewizora ostatnio woli internet.
Kiedy robi się zimno, a przy pszczołach nie ma roboty, grzeją się przy dwóch piecach własnej konstrukcji, ewentualnie wykorzystując do ogrzania organizmu odrobinkę dwudziestoprocentowego brzozowiaka z miodem. Albo herbatę smakującą jak żadna inna. Bo herbatę w Luboszowie słodzi się, rzecz jasna, miodem.

Bernard Łętowski – POLSKA Gazeta Wrocławska

Facebook

Dodaj komentarz