Wychowają zastępy młodych goprowców

Gimnazjaliści z Karpacza uczą się ratownictwa. W przyszłości uczniowie zasilą szeregi GOPR-u. Od ubiegłego roku gimnazjum w Karpaczu nosi imię Ratowników Górskich.

– Taki patron zobowiązuje. Stąd pomysł, by nasi wychowankowie opuszczali szkołę z choćby elementarną wiedzą o tym, jak zachowywać się w górach i o zasadach udzielania pomocy – mówi Maria Supeł, dyrektor gimnazjum.

Tak powstał program „Bezpieczni w górach”. Opracował go ksiądz Michał Gołąb, który w szkole dotychczas uczył jedynie religii. Prywatnie jest ratownikiem grupy karkonoskiej GOPR i uprawia taternictwo.

– Chcemy przygotować uczniów do samodzielnych, bezpiecznych wędrówek po górach i nauczyć zasad zachowania się podczas wypadku. Cykl wykładów pomoże im właściwie oceniać warunki panujące w górach i własną kondycję podczas takich wypraw – tłumaczy ksiądz Gołąb.

Program został dofinansowany przez dolnośląskie kuratorium oświaty. 15 tys. zł, które przekazano szkole, wystarczy na sfinansowanie zajęć i zakup sprzętu do udzielania pierwszej pomocy.

Uczniowie już za kilka tygodni będą mogli między innymi ćwiczyć sztuczne oddychanie na specjalnym fantomie.
– Ksiądz fajnie opowiada. Mówiąc o bezpieczeństwie, ilustruje to ciekawymi przykładami – mówi Dominika Koćmierowska z II klasy.

Poza wykładami teoretycznymi, gimnazjum przygotowuje też propozycję dla uczniów, którzy zechcą uczestniczyć w zajęciach praktycznych. W szkole powstaje klub górski, który będzie ściśle współpracował z grupą karkonoską GOPR.
– To będzie takie ratownicze przedszkole. Ma rozwijać w młodzieży fascynację górami. Potem ci uczniowie, już jako pełnoletnie osoby, mogliby ubiegać się o przyjęcie do GOPR-u – przekonuje ksiądz Gołąb.

Maciej Abramowicz, naczelnik grupy karkonoskiej GOPR, uważa, że to dobry pomysł. Tym bardziej że nawet kandydat na ratownika musi być dobrze przygotowany do działalności w tej organizacji.

Nieraz przychodzą do nas ludzie bez dobrej znajomości topografii lub z niewielkimi umiejętnościami narciarskimi. Twierdzą, że szybko się uczą. To za mało, by znaleźć się w naszych szeregach – tłumaczy Abramowicz.

Co roku podanie o przyjęcie do grupy składa kilkanaście osób. Jedynie kilka z nich po dwóch latach służby kandydackiej przypina ratowniczą odznakę.

POLSKA Gazeta Wrocławska
www.naszemiasto.pl

Facebook

Dodaj komentarz