Z wędrówki po Sudetach (część 1)

Artykuł ukazał się w „Ilustrowanym Miesięczniku Krajoznawczym Ziemia”, rocznik XXX, Warszawa, sierpień 1946, nr 5.

Wycieczkę urlopową po Sudetach rozpoczynaliśmy pod znakiem niepewności i lęku. Na kilka tygodni przed wyjazdem z Warszawy ukazał się w „Dzienniku Ludowym” reportaż p.t. „Turystyka na kartki”. Autor opisywał trudności, na jakie napotykają wycieczki i turyści pojedynczy w Sudetach ze strony Wojsk Ochrony Pogranicza.

Z opisu tego wynikało, że poruszanie się swobodnie w obrębie pasa granicznego według ustalonej marszruty jest w ogóle niemożliwe, a co najmniej bardzo wątpliwe. A ponieważ znaczna ilość osobliwości i pięknych malowniczych krajobrazów mieści się bądź w pasie granicznym, bądź nawet na samej granicy, jak np. najwyższy szczyt Sudetów Śnieżka, widoki na pomyślne wyniki wyprawy sudeckiej przedstawiały się dość smętnie…

Rzeczywistość jednak, jak to z dalszego opisu okaże się, sprawiła nam miłą niespodziankę.
Z Wrocławia jedziemy do Jeleniej Góry w pociągu tak natłoczonym, że dojeżdżamy do celu napół nieprzytomni ze zmęczenia. Staliśmy cały czas na jednej nodze, z trudem zmieniając pozycję, chociaż przybyliśmy na dworzec na 2 godziny przed odjazdem pociągu.

Dowiedzieliśmy się od towarzyszów podróży, że już od dawna wszystkie pociągi na tej linii są stale przepełnione. Czyżby ciągle jeszcze „Szaber”? Raczej nie: usilna propaganda: zwiedzajmy ziemie odzyskane! zrobiła swoje. Całą Polska tego lata przypuściła szturm do Bałtyku i do Sudetów.
O szarej godzinie pociąg stanął w Jeleniej Górze. Przy wyjściu z dworca na ulicę widać nad drzwiami olbrzymi napis, zapraszający turystów na nocleg do domu Dolnośląskiego Towarzystwa Turystyczno – Krajoznawczego – Plac Bieruta 3. Chwała Bogu! Nie będzie kłopotu z noclegiem.

Napis jednak okazał się zwodniczym. Noclegu nie było tam, ani gdzieindziej, w żadnym hotelu. Wraz z nami gromada przybyszów na próżno wędrowała po całym mieście. Dopiero po północy przespaliśmy się w prywatnym mieszkaniu, przygodnie nastręczonym, na gołej podłodze.

Jelenia Góra, zwłaszcza po gruzach Warszawy, wywiera wrażenie bardzo przyjemne, kojące. Pięknie położona w kotlinie, z panoramą Karkonoszy w oddali, nie zniszczona przez wojnę, zachowała w całości zabytkowe budowle. Zwłaszcza malowniczy jest rynek, otoczony wokoło starymi kamienicami barokowymi, wśród których stoi po stronie północnej ozdobny budynek rokokowy „pod złotym mieczem”. Wejście do starego miasta zdobi brama forteczna z 1514 r.

Jelenia Góra jako miasto powstała w w. XIII i posiadała bogatą przeszłość historyczną. Świadczą o tym liczne do dziś dnia zachowane zabytki. Po drodze z dworca do miasta mijamy bardzo ładny kościół ewangelicki o założeniu krzyżowym z początku w. XVIII. Parafialny kościół katolicki jest znacznie starszy, pochodzi z w. XIV. Wysoką 70 – metrową wieżę zdobi wspaniały hełm barokowy. Wewnątrz artystycznie rzeźbiony ołtarz, ambona i piękny chór.
Mimo rozwiniętego przemysłu i licznych kominów fabrycznych Jelenia Góra sprawia wrażenie miasta bardzo przytulnego, dzięki malowniczym okolicom, pięknemu parkowi i bogatej zieleni.

Na ulicach wre życie, mkną liczne samochody, z wytwornych kawiarni dobiegają tony skocznej muzyczki… Dzięki położeniu u stóp Sudetów, Jelenia Góra stała się głównym miejscem wypadowym w najwyższe pasmo tych gór – w Karkonosze, oraz sąsiadujące z nimi od północno – wschodu góry Izerskie. Również Jelenia Góra stanowi węzeł komunikacyjny: kolejowy, tramwajowy i autobusowy dla szeregu zdrojowisk i uzdrowisk na podgórzu sudeckim położonych, jak Wieniec Zdrój (lub Świeradów), Szklarska Poręba (po kolejowemu: Pisarzewiec Górny), Kowary (Krzyżatka, lub po kolejowemu: Kuźnick), Matejkowice, Chojniasty, Agnieszków – i wreszcie najważniejszy z nich pod względem turystycznym: Karpacz (Drogosławice lub po kolejowemu: Krzywa Góra, dosłowne tłumaczenie niemieckiej nazwy: Krummhübel).

Ta mnogość nazw dla jednej miejscowości w Sudetach stanowi prawdziwe utrapienie dla podróżujących. A już zupełną męką jest dwutorowość w tej dziedzinie pomiędzy administracją ogólną i władzami kolejowymi. Każda niemal miejscowość w Sudetach posiada inną nazwę administracyjną, aniżeli stacja kolejowa.

Po uzdrowiskach sudeckich krąży anegdota, że grono kolejarzy, udających się na wczasy do Drogosławic, objechało w ciągu kilku dni wszystkie miejscowości podsudeckie, na próżno szukając w rozkładzie jazdy kolejowej takiej stacji i dwukrotnie dojeżdżając do tychże Drogosławic i wracając z powrotem, po przeczytaniu na dworcu napisu: „Krzywa Góra”…

Tramwajem elektrycznym dojechaliśmy do odległego od Jeleniej Góry zdrojowiska Cieplice Zdrój, głośnego w czasach przedwojennych w całej Europie Środkowej i frekwentowanego bardzo przez Polaków. W przeciwieństwie do skuteczności leczniczej źródeł termicznych (siarkowe, borowina), przynoszących ulgę cierpiącym na reumatyzm, neurastenię, choroby skórne i kobiece, miejscowość sama niezbyt się nadaje na wypoczynek, posiadając charakter raczej miasta, z turkotem tramwajów, zgiełkiem ulicznym i ożywionym życiem kawiarnianym. Ozdobę miasta stanowi park zdrojowy i zamek, przerobiony z budowli renesansowej po pożarze, w stylu mieszanym późnobarokowym i wczesnoklasycystycznym.

Chlubę i atrakcję Cieplic stanowi naprawdę bardzo ciekawe muzeum ornitologiczne, posiadające 4000 ptasich okazów, obejmujące wszystkie gatunki śląskiego świata skrzydlatego oraz bogaty zbiór kolibrów i innych ptaków egzotycznych; prócz tego 7500 okazów jaj ptasich, zbiory motyli i chrząszczów.

Za miastem w ładnym otoczeniu znajduje się przyjemny basen pływacki, prawdziwe eldorado w upalny dzień dla zdrożonych całodziennym marszem, uginających się pod ciężkim plecakiem pieszych turystów.

Baseny takie, nieraz luksusowo urządzone, spotykaliśmy niemal we wszystkich większych miejscowościach sudeckich.

Do Wieńca Zdrój komunikacja kolejowa z Jeleniej Góry jest przerwana wskutek zwalonego mostu. Można się dostać tam autobusem, który odchodzi 2 razy dziennie. Wybraliśmy jednak inną drogę: dojechaliśmy koleją do Rabszu, a stamtąd poszliśmy pieszo przez góry Izerskie, pięknym świerkowymi lasami, pławiąc się w czarnych jagodach i malinach, pnąc się w górę i schodząc wygodnymi, parkowymi serpentynami, oglądając wokół rozległe, malownicze okolice, jak Spokojna Góra, ruiny zamku na Kamieniu Gryfińskim i w końcu amfiteatralnie rozrzucone wille i domy Wieńca na zboczu zalesionego wzgórza.

Po drodze między Kotliną (Kesselberg) i Jelnią Skałą (Querbach) odwiedzaliśmy osadników polskich. Jeden z nich, przesiedlony z pod Radomia, uraczył nas obficie mlekiem i mimo naszych natarczywych żądań nie chciał wziąć pieniędzy. Poza tym wokół, jak np. w Gierbichach (Gieren) i Rabszu przeważają osadnicy – inwalidzi ostatniej wojny, często bez nóg bądź bez rąk.

Wieniec Zdrój, zwany także Świeradowem, lub Włyńskiem, to najpiękniejsze położone, najbardziej urocze uzdrowisko spośród wszystkich, jakie udało się nam poznać w Sudetach. Zbudowane u stóp łańcucha wysokiego Izeru i na jego zboczach, w dolinie Kwisy, w miejscu, w którym ten dziki potok wypływa z gór, oddalone od zgiełku i gwaru, najlepiej nadaje się na prawdziwy wypoczynek, na oderwanie od życia wielkomiejskiego, dzięki wspaniałej ciszy, jaka tutaj króluje. Wpływa na to niewątpliwie i brak ruchu kolejowego, gdyż linia ta jest dotąd nieczynna. Wieniec – w odróżnieniu od Cieplic, np. – nie jest miastem, ale wsią prawdziwą. Jednak istnieją tutaj sklepy, kawiarnie i restauracje. Na placu zdrojowym wznosi się wspaniały, wewnątrz z przepychem urządzony, dom zdrojowy z olbrzymią halą spacerową i pijalnie wód mineralnych.

W Wieńcu leczą się chorzy na serce, na złą przemianę materii, na dolegliwości kobiece. Istnieją tu kąpiele radoczynne, borowinowe i z igliwia. Z placu zdrojowego rozległy widok na malownicze okolice, łańcuchy Izerskie i na całe podgórze z Górą Spokojną i Kamieniem Gryfińskim w oddali. Rozległy naturalny park świerkowy, pokrywający całe zbocze, nad domem zdrojowym, stanowi ulubione miejsce przechadzek dla kuracjuszy. Na skraju wsi, w otoczeniu czarownej leśnej przyrody, znajduje się oczywiście, jak wszędzie, wzorowo urządzony basen z kabinami.

Z Wieńca Zdroju do Szklarskiej Poręby prowadzi szeroka, betonowa szosa, stanowiąca część tak zwanej autostrady sudeckiej, pnąca się serpentynami w górę. Z drogi tej, najpiękniejszego połączenia gór Izerskich z Karkonoszami, turysta ogląda wspaniałą panoramę górską i przepyszne, gęste lasy.

Dla turysty pieszego istnieje droga, dostarczająca więcej widoków i wrażeń. Od autostrady przy schronisku Ludwika (Ludwigsbande, wielki dom, luksusowo urządzony, obecnie zdemolowany i rozkradziony, jak zresztą większość schronisk poniemieckich w Sudetach) prowadzi ścieżka na szczyt Wysokiego Kamienia przez bór niemal dziewiczy (1058 n.p.m.), z którego to szczytu rozciąga się rozległy widok na oba pasma sudeckie: Izery i Karkonosze.

Przeżyliśmy tu pierwszą emocję „graniczna”. U początku ścieżki stoi tablica: „droga zakazana”, bez podpisu. Niewiadomo przez kogo wystawiona. 10 minut wahania. Może to jest zakaz Wojsk Ochrony Pogranicza? Może się narazimy na grube nieprzyjemności? Ale pokusa jest zbyt silna. Przez Wysoki Kamień jest droga znacznie krótsza, a Baedeker, który trzymam w ręku, obiecuje ze szczytu niebywałe rozkosze widokowe. Postanawiamy ryzykować i ryzyko się naprawdę opłaciło. Droga przez lasy prześliczna, widok ze szczytu wspaniały, nikt nas po drodze nie zaczepiał, bo zresztą nikogo nie spotkaliśmy.

W Szklarskiej Porębie dopiero dowiedzieliśmy się od leśniczego, że tablica została wystawiona przez władze leśne dla nastraszenia „szabrowników” czyniących tamtędy wyprawy łupieskie, rozkradających zasobne niegdyś schronisko i restaurację na szczycie Wysokiego Kamienia.
Szklarska Poręba (po kolejowemu: Pisarzewiec Górny, jako dosłowne tłumaczenie niemieckiego „Oberschreiberhau) wieś, uzdrowisko klimatyczne i ośrodek turystyczny oraz sportów zimowych, położona jest w rozległej dolinie Wielkiego Kamieńca (Gross Zacken), pomiędzy głównym łańcuchem gór Izerskich od północy i głównym łańcuchem Karkonoszy od południowego wschodu.

Atrakcję turystyczną stanowi w Szklarskiej Porębie szklana huta w Jóźwinie, założona w 1842 r. przez hr. Leopolda Schaffgotscha, słynna przed wojną z wyrobów artystycznych, obecnie również czynna. Z wycieczek okolicznych zasługują na uwagę wycieczka do wodospadu Kamieńca („Zakenfall”), do wodospadu: „Kochenfall”(nazwa polska jeszcze nie ustalona), (dzisiejsza Szklarka, red.), wreszcie wejście na szczyt panujący nad Szklarską Porębą, w głównym paśmie Karkonoszów, Szreniec (zwany również Szrenicą, po niem. Reiftraeger, 1362 m. n.p.m.).

Wycieczka na Szreniec przekonała nas, jak dalece przesadzone były wiadomości o trudnościach czynionych turystom ze strony Wojsk Ochrony Pogranicza. Nie żądano od nas wcale, byśmy się stawili koniecznie w 10 osób, (jak głosiły wieści), nie dano nam wcale do asysty żołnierza z karabinem, któryby nas miał prowadzić aż na szczyt (jak to czytaliśmy w „Dzienniku Ludowym”). Po prostu przy wodospadzie na strażnicy po krótkich pertraktacjach z panem kapralem, we czwórkę, pozostawiwszy nasze dowody osobiste, otrzymaliśmy przepustkę i poszliśmy swobodnie na sam szczyt. Pogoda nam, niestety nie dopisała. Zaszły nas mgły tak gęste, że w otaczającym naokoło mleku nic widać nie było. Zabłądziliśmy wskutek tego i zamiast na szczyt zaszliśmy na czeską stronę – aż kilometr od granicy polskiej. Dopiero studia nad Baedekerem i mapą zorientowały nas i pozwoliły po powrocie na granicę na znalezienie szczytu i schroniska, w którym mieści się obecnie strażnica. Nikogo ze straży granicznej nie spotkaliśmy ani w jednym, ani w drugim kierunku. W strażnicy na szczycie wyszedł strażnik dopiero na skutek naszego dobijania się do drzwi.

Ze Szklarskiej Poręby betonową serpentyną zeszliśmy przez lasy do letniska Agnieszków, zwiedzając w nim siedzibę, obecnie przejętą przez władze polskie, zmarłego niedawno poety niemieckiego Gerharda Hauptmanna, skąd dość wygodną, choć stromą ścieżką dostaliśmy się na słynny zamek Kynast, sterczący dumnie na pionowej wysokiej skale granitowej, skąd wspaniały roztacza się widok na rozległą okolicę, w jedną stronę ku Karkonoszom, a drugą na dziesiątki kilometrów aż hen za Jelenią Górę. Zamek założył książę świdnicki Bolko II. Obecnie istnieje tam schronisko Dolnośląskiego Towarzystwa Turystyczno – Krajoznawczego z restauracją.

Przez Matejkowice, malowniczą drogę wśród lasów doszliśmy do Bierutowic, które tylko potokiem Łomnicy oddzielone są od Karpacza, najgłośniejszego ośrodka turystycznego i sportowego w Karkonoszach. Osobliwość turystyczną w Bierutowicach stanowi mały, drewniany kościół ewangelicki „Wang”, zbudowany w 1842 r. z części składowych przewiezionego tutaj z Wang w Norwegii kościoła z 1200 roku.

Artykuł pochodzi z miesięcznika „Karkonosze” nr 5-6/2004 (229-230)

Facebook

Dodaj komentarz