Karkonosze zimą

Luty 2005 r.

Dzień pierwszy – Piątek, 04.02.2005 r.

Marzec w Karkonoszach

Piękna zima. Radiowe prognozy pogody zapowiadały piękny weekend. Więc niewiele myśląc zapakowaliśmy nasze graty do samochodu i w drogę. Wyjazd – wczesnym rankiem. Droga – paskudna. Zamiecie, zawieje. Cóż w tym radiu za głupoty pletli. Ale nie zrażamy się, tylko jedziemy dalej. Za Bolkowem pogoda zaczyna się klarować. A przed Kowarami – piękne karkonoskie panoramy i ani jednej chmurki na niebie. Jedziemy więc do Karpacza, gdzie robimy ostatnie zakupy, parkujemy samochód (ceny zabójcze), ubieramy ochraniacze, szaliki, czapki, rękawiczki i plecaki i w drogę. Ze względu na panujące warunki – pogoda pogodą, ale wszędzie masa śniegu – wybieramy stosunkowo łatwy i niezbyt monotonny szlak żółty biegnący wzdłuż dawnego toru saneczkowego i kierujemy się na Schronisko „Strzecha Akademicka”. Po półtoragodzinnym marszu docieramy w pobliże schroniska, gdzie jednak nie zatrzymujemy się, lecz zmierzamy do jednego z najbardziej uroczych miejsc w polskich górach – do Kotła Małego Stawu, przy którym znajduje się kolejne schronisko, przepiękna, drewniana „Samotnia”.

Samotnia

W międzyczasie zaczęła się psuć pogoda, więc robimy sobie dłuższą przerwę, połączoną z zasłużonym śniadaniem w schronisku.

Zima w Karkonoszach

Po jakimś czasie wracamy do „Strzechy”, gdzie kwaterujemy się i chwilkę odpoczywamy po trudach całodziennej podróży i włóczęgi. Po krótkim odpoczynku zabieramy nasze foto-graty i ruszamy na całkiem przyjemny spacer w kierunku Równi pod Śnieżką. W międzyczasie szalejący wiatr rozwiał chmury, a zachodzące słoneczko ciekawie oświetliło stoki. Zdążyliśmy przed zachodem do granicy polsko – czeskiej, skąd roztacza się świetny widok na Śnieżkę. Po wykonaniu kilku zdjęć wróciliśmy na kwaterunek, a że zaczęło zmierzchać to droga powrotna była bardzo interesująca. Niemalże po ciemku wróciliśmy do schroniska. Spaliśmy jak zabici.

Dzień drugi – Sobota, 05.02.2005 r.

Królowa Karkonoszy

Kolejny dzień powitał nas silnym wiatrem. Ale wczesnym rankiem ruszyliśmy w drogę. Podobnie jak w dniu poprzednim skierowaliśmy się na Równie pod Śnieżką. U góry poprawiła się pogoda, czyste, wręcz granatowe niebo. Piękne warunki do wędrówki. Raźnym krokiem ruszyliśmy więc dalej, jako punkt orientacyjny przyjmując szczyt Śnieżki, wędrowaliśmy sobie połączonymi szlakami niebieskim i czerwonym, których znaków w tych warunkach pogodowych nie sposób odnaleźć. Na szczęście – cała droga oznakowana jest drewnianymi palikami. Tak oto dotarliśmy do jednego z najbrzydszych schronisk w polskich górach – do „Śląskiego Domu pod Śnieżką”, z rozpędu ruszyliśmy dalej na szczyt Śnieżki. Ostry marsz, trwający ok. 40 minut – i jesteśmy na szczycie. A tam co?

Kaplica św. Wawrzyńca

A tam przepięknie ośnieżona Kaplica św. Wawrzyńca i intrygującej budowy schronisko – obserwatorium, w kształcie trzech spodków (niby – UFO). Na szczęście pojawiliśmy się tam wczesnym rankiem, wchodząc do schroniska byliśmy pierwszymi turystami. Jednak – podczas smacznego śniadanka, wraz z upływem czasu, napływały rzesze turystów. Wiązało się to z uruchomieniem kolejki na Kopę (po polskiej stronie) oraz na Śnieżkę (po czeskiej stronie). Na Śnieżkę warto wejść wczesnym rankiem i w spokoju obserwować przepiękne rozległe panoramy. Szczególnie pięknie prezentuje się Kocioł Łomniczki (niestety – zimą niedostępny – zagrożenie lawinowe) oraz Równia pod Śnieżką z czeskim schroniskiem „Loucni Bouda” oraz „Upską Jamą” (także po czeskiej stronie).

Podsumowując – szczyt Śnieżki (najwyższy szczyt sudecki – 1602 m n.p.m.) należy zdobywać w godzinach porannych, można wtedy napawać się samotnością i pięknem surowej natury – później, gdy ruszą tłumy „niedzielnych” turystów, wędrówka na szczyt staje się udręką a nie przyjemnością; wszędzie tylko ludzie i hałas. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Schroniska pod Śnieżką, zwanego „Śląskim Domem”. Mimo, że z zewnątrz prezentuje się wyjątkowo nie ciekawie (budynek obity żółtą blachą trapezową) w środku jest niezwykle sympatycznie. A nasza sympatia do tego miejsca zwiększyła się wielokrotnie po wypiciu galicyjskiego grzańca (tylko sympatia naszych portfeli uległa pewnemu zachwianiu). Podbudowani, rozgrzani i rozochoceni gorącym winem ruszyliśmy dalej. Zimowa droga ze „Śląskiego Domu” do czeskiej „Loucni Bouda” także jest oznakowana drewnianymi drągami, jest to stosunkowo łatwa i nie długa trasa, która jednak pokrywa się z szlakiem dla narciarzy biegowych. A narciarze ci nie są zwolennikami zimowych turystów pieszych, więc na szlaku dochodzi do drobnych przepychanek słownych. Czeskie schronisko to potężny hotel górski. Nie ma w nim nic z piękna przytulnych drewnianych schronisk czy bacówek. Jest to moloch nastawiony na obsługę masowych „niedzielnych” turystów. Tak więc po bardzo krótkiej wizycie uciekliśmy w dalszą drogę. Znakowaną ścieżką doszliśmy do przejścia granicznego na Równi pod Śnieżką, skąd grzbietem karkonoskim udaliśmy się w kierunku zachodnim, w kierunku „Słonecznika”.

Duży Śnieżny Kocioł

Przepiękny znakowany szlak grzbietem karkonoskim, zimą niestety nie jest dostępny dla turystów (zarówno pieszych jak i narciarzy, ze względu na panujące zagrożenie lawinowe w Kotłach Małego i Wielkiego Stawu. Tylko fragment tarasu widokowego na Wielkim Kotle jest dostępny, ale panoramy karkonoskie są dostępne w bardzo ograniczonym zakresie. Koniecznie należy wybrać się na wycieczkę w okresie wiosenno – letnim, by móc z góry podziwiać jeden z najpiękniejszych zakątków polskich gór – Kocioł Małego Stawu z schroniskiem „Samotnia”. Spacerkiem dotarliśmy do skałek dumnie nazwanych „Słonecznikiem”, które nam osobiście przypominały głowy z Wysp Wielkanocnych.

Słonecznik

Tutaj spożyliśmy szybki posiłek (co wcale nie jest takie proste przy ostrym mrozie), popiliśmy zimną, zmrożoną wodą i ruszyliśmy w drogę powrotną do naszego schroniska, na zasłużony odpoczynek.

Dzień trzeci – Niedziela, 06.02.2005 r.

Niedzielny poranek zaczął się dla nas koło godz. 7.00. Gwałtowna pobudka, szybkie pakowanie i w drogę. Żółtym szlakiem zeszliśmy do Karpacza, do samochodu, którym przejechaliśmy dość szybko odcinek do Szklarskiej Poręby. Po drodze warto zatrzymać się w enklawie Karkonoskiego Parku Narodowego, w jeleniogórskiej dzielnicy Sobieszów, skąd -niestety raczej latem – warto wybrać się na spacer na zamek na górze Chojnik. Po dotarciu do Szklarskiej Poręby, po uzupełnieniu zapasów (przede wszystkim słodyczy) i umiejętnym spakowaniu ich, ruszyliśmy pieszo spod dolnej stacji wyciągu krzesełkowego na Szrenicę, najpierw czarnym, później czerwonym szlakiem do Wąwozu Kamieńczyka. Po drodze mijamy kilka formacji skalnych, m.in. skałki „Głowach”. Początkowo ścieżka prowadzi łagodnie lasem, by później gwałtownie wystrzelić w górę.

Wodospad Kamieńczyka

Pierwsze wzniesienie i docieramy do schroniska przy Wodospadzie Kamieńczyka. Najwyższy sudecki (polski) wodospad zimą prezentuje się raczej przeciętnie, więc – postanowione – musimy wrócić tu latem, by podziwiać go w pełnej krasie.

Nieco powyżej wodospadu, poruszając się w dalszym ciągu czerwonym szlakiem docieramy do granicy Karkonoskiego Parku Narodowego, przy której, w stylowej drewnianej budce siedzi sobie młoda Pani i pobiera opłaty (cóż, komercja, komercja ponad wszystko). Ciekawostką jest jednak wybiórcze traktowanie poboru opłat przez osobę do tego uprawnioną – nasza wycieczka została skrupulatnie obciążona kosztami wstępu, podczas gdy kilkunastoosobowa grupa sportowców weszła bez opłat przy znikomych protestach wspomnianej już Pani. Ale, że za przyjemności należy płacić, poszemraliśmy sobie po cichu i zapłaciliśmy.

W drodze na Halę Szrenicką

Od bramy parkowej prowadzi dość monotonna droga, dosłownie brukowana droga, która na szczęście zimą ukrywa swoją brzydotę pod warstwą śnieżnego puchu.

W drodze na Halę Szrenicką

I tak oto spacerkiem podążamy w górę mijani przez niezliczone rzesze młodzieży, wariata pędzącego na skuterze śnieżnym (jakiś idiota, nie dość, że narobił hałasu to jeszcze nasmrodził nie przeciętnie – a to wszystko pod egidą służb parkowych), aż w końcu minął nas śnieżny ratrak (taka śmieszna zimowa ciężarówka na gąsienicach).

Hala Szrenicka

I tak oto, w sposób nie pozbawiony różnych atrakcji dotarliśmy do polany zwanej Halą Szrenicką. Piękna pogoda, masa śniegu i doskonała infrastruktura narciarska (wyciąg na pobliską Szrenicę, doskonałe trasy zjazdowe i mnogość orczyków) powodują, że jest to miejsce oblegane zimą.

Hala Szrenicka

Na tyle oblegane, że najbardziej karkołomnym naszym wyczynem podczas tej wycieczki było przedarcie się od granicy lasu do Schroniska na Hali Szrenickiej (też moloch, ale bardzo sympatyczny). Był to nieprawdopodobny slalom między bandą wariatów poruszających się na jednej lub dwóch deskach albo na sankach). Mimo to, jakoś się udało.

Hala Szrenicka

W środku dokonaliśmy ceremonii wymiany przepoconych ubrań na nieco suche, ale wątpliwej świeżości, a także skonsumowaliśmy nieprzeciętne śniadanie (na które składało się po czekoladowym batoniku i kilku łyków brązowego, schłodzonego napoju zwanego kolą). Podbudowani, najedzeni i wypoczęci wyszliśmy przed schronisko, ówcześnie pytając obsługi, jak dalej maszerować i ponowiliśmy nasze karkołomne wyczyny w kierunku słynnej Szrenicy (przepiękne panoramy). I znowu brodząc niemalże po pas w śniegu zaczęliśmy lawirować między sportsmenami, dla których byliśmy swego rodzaju nieruchawą przeszkodą, a tyczkami wyznaczającymi marszrutę. Dobrze, że z dołu widzieliśmy cel kolejnego etapu naszej podróży – schronisko na Szrenicy. W połowie drogi zaczęło nieźle dmuchać, więc wytężyliśmy wszystkie nasze siły i dotarliśmy na szczyt. Warunki na szczycie – bardzo silny wiatr, bardzo silny mróz, ani jednej chmurki na niebie – czyli jednym słowem – doskonała widoczność. Zmęczeni jednak udaliśmy się na spoczynek do schroniska, gdzie posililiśmy się po raz kolejny w dniu dzisiejszym, a z mapą w ręce i dobrą wolą obsługi schroniska opracowaliśmy dalszą marszrutę. Niestety, schronisko na Szrenicy to raczej kolejny karkonoski hotel górski. Oblegany – w pogodne dni – przez pseudo-turystów, którzy dostali się tutaj za pomocą wyciągu krzesełkowego (górna stacja znajduje się kilkaset metrów poniżej schroniska).

Powrót ze Szrenicy

Połowa naszej wyprawy zdecydowała się na obfotografowanie niemalże wszystkich okolic schroniska, druga połowa – ta bardziej zmizerniała – poddała się błogiemu lenistwu.

Hala Szrenicka

Jednakże wszystko co dobre szybko się kończy, więc nastała pora na następny etap wyprawy. Wzbudzając nie kłamany podziw wśród pseudo-turystów (właściwie to nasze plecaki wzbudziły ten podziw) ruszyliśmy dalej, oślepiani przez słoneczne promienie, kierowaliśmy się na Łabski Szczyt. W dalszym ciągu podążaliśmy czerwonym szlakiem, tzw. Drogą Przyjaźni (tak przynajmniej wynikało z mapy, bo znaków ni w cholerę nie było widać, tylko wszechobecne tyczki), mijając po drodze dwie formacje skalne (Trzy Świnki i Twarożnik, przy którym znajduje się kolejne piesze przejście graniczne – Mokra Przełęcz), dotarliśmy w okolice Łabskiego Szczytu.

Twarożnik

Tutaj pogoda osiąga granice szczytu nie przyzwoitości i nie przystępności, silny wiatr niemalże uniemożliwia dalszą marszrutę, natychmiast zasypując nasze drobne ślady bytności. Nie dajemy się, brniemy dalej. Tutaj już prawie nie spotykamy pieszych turystów, od czasu do czasu przejedzie jakiś narciarz. A my brniemy dalej. I w ten sposób docieramy do Śnieżnych Kotłów, pod wieżę TV.

Duży Śnieżny Kocioł

Niestety warunki pogodowe uniemożliwiają dotarcie dalej, więc musimy obejść się ze smakiem spoglądając z jedynego dostępnego tarasu w pobliżu wieży na Mały Śnieżny Kocioł (robi wrażenie). Po chwili odpoczynku i uzupełnieniu odzieży wierzchniej o kolejną już warstwę ruszamy w drogę powrotną. Naszym celem (zaplanowanym na nocleg) jest schronisko na Hali pod Łabskim Szczytem. Niestety najkrótsza droga, żółty szlak – zimą jest nie dostępny. Musimy więc obejść Łabski Szczyt od strony południowej, wrócić się do czeskiego rozdroża na „Tabulowej Planie” skąd kierujemy się obserwując tyczki ostro w dół. To ostatni już dzisiaj odcinek naszej wędrówki, a zarazem najtrudniejszy. Sypki śnieg, coraz gwałtowniejsze porywy wiatru i nadchodzący zmierzch, a także wszechogarniające zmęczenie to nasi przeciwnicy. Ale nic to – musimy iść dalej. Już widzimy schronisko (a właściwie dwa jego budynki), ale droga jeszcze daleka i coraz trudniej się idzie. W końcu jakoś udało nam się tam dotrzeć, w momencie, gdy wchodzimy do środka – nawałnica na zewnątrz osiąga punkt kulminacyjny – nie możemy nawet zamknąć drzwi schroniska. Meldujemy się, udajemy się do naszego pokoju, znajdującego się w drugim budynku (a nawałnica trwa w najlepsze), gospodarzymy się szybko, coś wrzucamy na ząb i wracamy do budynku głównego na kolację. A tu czeka nas niespodzianka. W schronisku nie ma stałego źródła energii elektrycznej, a generator pracuje tylko w określonych godzinach. Tak więc herbatkę i kolację jemy przy małym woskowym ogarku. Jest niesamowicie, ma to swój urok. Czekamy do momentu, aż pojawiło się światło – po ciemku nie można sobie było nawet palcem do nosa trafić, a co dopiero przechadzać się. Wracamy do pokoju. Kolejna niespodzianka – brak ciepłej wody i ogrzewania. Cóż – zahartowaliśmy się i poszliśmy spać.

Dzień czwarty – Poniedziałek, 07.02.2005 r.

Rozpoczyna się ostatni dzień naszej wspaniałej wycieczki. Jesteśmy wypoczęci, wyspani aż do bólu. Przemarznięci, skostniali ale za to pełni zapału. A na dworze wicher dmie. Docieramy do schroniska – po raz ostatni zresztą – pijemy gorącą herbatkę, żegnamy się i ruszamy w drogę. Zimowy skrót żółtego szlaku prowadzi nieco bokiem, po wschodnim stoku Szrenicy, mijamy po drodze „Kukułcze Skały” i docieramy do granicy lasu. Tu wiatr nieco zelżał, by jeszcze paręset metrów niżej wyciszyć się zupełnie. Szybkim krokiem docieramy do rozwidlenia szlaków, gdzie z żółtego schodzimy, wkraczając na ścieżkę znakowaną na zielono, następnie dochodzimy do stacji pośredniej wyciągu na Szrenicę, by idąc chwilkę wzdłuż nartostrady (a narciarze mają frajdę) dotrzeć w końcu do znaków czarnych i w konsekwencji na parking, do naszego środka transportu. I tu czeka nas ostatnia niespodzianka. Po zapakowaniu wszystkich naszych śmieci do samochodu nie możemy ruszyć, auto utknęło na dobre. Dopiero interwencja trzech parkingowych, okupionych sowitym bakszyszem, ratuje nas z opresji. Wracamy do domu, marząc po cichu o kolejnej wyprawie.

Obserwacje

Karkonosze – to przepiękne góry. Piękne właściwie o każdej porze roku. Taka mała namiastka Tatr. Są to jednak góry bardzo niebezpieczne. Zwłaszcza w okresie zimowym, a także dzięki kolejom linowym dowożącym turystów ze Szklarskiej Poręby na Szrenicę oraz z Karpacza na Kopę pod Śnieżką. W tych dwóch rejonach, a zwłaszcza na Śnieżce (obleganej również od czeskiej strony) należy uważać na tłumy ludzi, rzadko turystów. Ten rejon Karkonoszy traci wiele uroku przez „masową” turystykę. Na szczęście jest sporo terenów znacznie mniej obleganych.

Autor: Cyprian Pawlaczyk

Facebook

Dodaj komentarz